Felietony 18 wrz 18:55 | Maciej Eckardt

Sejmowa debata o działaniach rządu po nawałnicy z 11 sierpnia, która położyła pokotem kilkadziesiąt tysięcy hektarów drzew, siejąc spustoszenie wśród setek domostw i gospodarstw, była do bólu przewidywalna.

     

Maciej Eckardt

Felietonista "Tygodnika Bydgoskiego"

 

Tradycyjnej sejmowej awanturze towarzyszyło warczenie wrogich sobie plemion, które nawet w obliczu tak wielkiego dramatu nie potrafią żyć bez bicia politycznej piany. Trudno było wyłuskać z debaty akcenty merytoryczne. Chlubnymi wyjątkami byli posłowie ziemi bydgoskiej – Paweł Skutecki i Piotr Król, którzy wiedzieli, o czym mówią, i czego od rządu oczekują.


Dramat sprzed miesiąca nie polega jedynie na zniszczonych domach i gospodarstwach. Te zostaną prędzej czy później odbudowane. Nie odbuduje się niestety – przynajmniej w ciągu kilkudziesięciu lat – tkanki leśnej, która stanowiła o charakterze sołectwa Rytel. Z dnia na dzień dziewięćdziesiąt procent tamtejszego drzewostanu przestało istnieć. Zniszczona została naturalna symbioza mieszkańców z naturą, dla których las był czymś więcej niż kojącym krajobrazem. On był ich jestestwem w najgłębszym tego słowa znaczeniu. Był częścią nich.


Po nawałnicy przez kilkanaście dni miałem okazję przyglądać się mieszkańcom Rytla oraz pracy społecznego komitetu kierowanego przez sołtysa Ossowskiego. Wiele rozmów schodziło wówczas na temat lasu. Wszyscy wiedzieli, a przynajmniej czuli, że będzie z tym problem. Nie dlatego, że trzeba będzie uprzątnąć i wywieźć z niego kilka milionów metrów sześciennych drewna. To się da zrobić – mówią miejscowi. Problemem będzie las, który został w głowach. Las, z którym rośli, który ukształtował ich dzieciństwo, młodość i dorosłe życie, który stanowił ich mentalną otulinę i dawał poczucie bezpieczeństwa. Teraz go nie ma.

Zamiast niego kilometrami ciągną się kikuty drzew, niedające zapomnieć o tym, co się wydarzyło, szarpiące dusze i wspomnienia. To jak strata kogoś bliskiego. Choć brzmi to nieprawdopodobnie, to tak właśnie jest. Las, którego nie będzie przez kilkadziesiąt lat, w którym długo nie zaśpiewają ptaki i nie zaszumią drzewa, to dla mieszkańców Rytla trauma, z którą będą musieli żyć. Nie wszyscy sobie z tym radzą. Niektórzy sięgają po pomoc psychologa. Zrozumieć może to tylko ktoś, kto jest stamtąd.

Czas, kiedy po nawałnicy wszyscy żyli na adrenalinie, niepozwalającej na dłuższe rozmyślania, pomału mija. Teraz, kiedy wieczory będą dłuższe, a jesienna słota uczyni otaczający świat jeszcze bardziej ponurym, wracać będą myśli o tym, co się stało. Tutaj rząd niewiele pomoże. Zresztą nie pocieszenia od rządu oczekują mieszkańcy, którzy stracili dach nad głową. Dla nich liczą się materiały budowlane i ręce do pracy. No i pieniądze. A te może właśnie zapewnić rząd, gdyż z ubezpieczycielami jest bardzo różnie. Trzeba się jednak spieszyć, do zimy czasu pozostało bardzo mało.