Felietony 2 cze 20:10 | Redaktor

Pewien znajomy pisarz, na wieść o tym, że skończyłem kolejną sztukę teatralną, udzielił mi dobrej rady, mianowicie żebym odstawił pisanie i zajął się życiem, upił się, przytulił żonę, takie tam. Nie minął może miesiąc, kiedy dowiedziałem się, że znajomy właśnie przystąpił do pracy nad nową powieścią, o czym nie omieszkał powiadomić świata za pośrednictwem Facebooka.

Jarosław Jakubowski

dramatopisarz, poeta, dziennikarz

Wiadomym jest, że grupą celującą w udzielaniu dobrych rad są tak zwani „koledzy po piórze”. To prawdopodobnie najbardziej narcystyczna grupa ludzka. Wiem coś o tym, bo sam do niej należę. Chociaż rada, aby zaprzestać (na jakiś czas) pisania i zająć się dla odmiany życiem sama w sobie nie jest zła, u jej podstaw leży jednak fałszywe założenie, że pisarz rozdziela swoje pisanie od życia. Próbowałem jednego i drugiego, to jest pisałem jak szalony, po czym nie pisałem, też mniej więcej jak szalony. Chyba Baudelaire kiedyś napisał, że trzeba być zawsze pijanym. Równie dobrze można być zawsze trzeźwym, na jedno wyjdzie. To znaczy – na niezaspokojenie, głód, niedobór.

Życie ma to do siebie, że nie znosi planowania, wymyka się z reguł, przekracza granice akurat wtedy, gdy mamy ochotę pobyć trochę życiowymi geodetami. W pewnym wieku człowiek pisze, bo chce dokonać czegoś wielkiego, coś ważnego po sobie zostawić. Innymi słowy – pisze, bo pragnie nieśmiertelności. Im dłużej jednak pisze, tym lepiej poznaje swoje ograniczenia i choć nie opuszcza go myśl o Dziele Istotnym, które przeżyje go samego, to jednak nie traktuje już tego z tak zabawną powagą, jak za młodu. Nagle ważne zaczynają stawać się drobne przyjemności: kawa wypita w cieniu drzewa w pogodny dzień, uśmiech żony, taki „bez powodu”, głupkowata rozmowa z kumplem, w czasie której możesz uśmiać się bezkarnie ze swojej głupawki. Cała masa innych, równie nieistotnych, a składających się na treść życia, momentów. Pisanie staje się dodatkiem do nich, ważnym, choć nie najważniejszym, dopełnieniem.

Tym samym niepisanie nie jest już dopustem Bożym, ale czymś naturalnym i niewywołującym dreszczu niepokoju. Wiadomo, że im bardziej człowiek chce, tym bardziej mu się nie udaje. Sztuka (nie tylko sztuka pisania) polega na umiejętności znalezienia równowagi pomiędzy wytyczonym celem, własnymi możliwościami i przeciwnościami, których los przecież nigdy nie szczędzi.

Każdy chce być kochany i dostawać nagrody. Nikt nie chce być samotnym i niedocenionym. Pisarz tym bardziej, choć pisarze akurat często ze swojej rzekomej samotności lubią robić swój znak rozpoznawczy. Hłasko powiedział kiedyś w wywiadzie, że unika pozowania do zdjęć, bo „nie lubi swojej twarzy”. Można i tak. W ogóle uwielbiam te pisarskie pozy, strategie bycia publicznego, kapryśne jak każdy, kto posiadł sztukę składania słów w zdania i akapity. Hłasko zresztą w swoich kaprysach i pozach był o niebo prawdziwszy niż wielu współczesnych pisarzy, którzy upatrują w nich swego rodzaju biznesplan. Nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że za taką czy inną publiczną, „kontrowersyjną” wypowiedzią stoi jakiś cwany spec od marketingu zatrudniony przez wydawnictwo.

Literatura przestała być domeną Bożych szaleńców piszących dlatego, że muszą. Stała się rodzajem korporacji, w której samo dzieło literackie, jego jakość, stoi na odległym miejscu. Najbardziej liczy się skuteczna reklama dzieła. Dlatego, gdy znajomy pisarz ogłasza, że odkłada pióro i zaczyna zajmować się życiem, robię się podejrzliwy i wyglądam nowej „pozycji wydawniczej”. Intuicja pod tym względem jeszcze mnie nie zawiodła. No chyba, że zamiast pisarza decyzję o zaprzestaniu pisania podejmuje za niego śmierć. Wtedy jednak zaczyna się dla niego całkiem nowe życie.

 

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor