Felietony 13 lut 09:00 | Redaktor

Co zostało z Dobrej Zmiany? Jest jeszcze 500+. Ale nowy premier nie ukrywał nigdy zniesmaczenia tym bezproduktywnym dotowaniem zwykłych Polaków.

 

      

Autor to publicysta, tłumacz i poeta.

Współpracował m. in. z „Gazetą Bankową” i tygodnikiem „Niedziela”

Co zostało z Dobrej Zmiany? Jest jeszcze 500+. Ale nowy premier nie ukrywał nigdy zniesmaczenia tym bezproduktywnym dotowaniem zwykłych Polaków. W Sejmie lada chwila PiS-WiS-Porozumienie-SP będzie monopartią, jak dawniej PZPR. Będzie bezideowym blokiem wspierania rządu. Albo się rozpadnie, jeśli prezydent i premier oderwą się od starego PiS-u, np. odsuwając od władzy ministrów Mariusza Kamińskiego i Zbigniewa Ziobrę. Raczej więc tego nie zrobią.

Wewnątrzpolskie walki partyjne mało kogo obchodzą w świecie. Wisi nad nami jednak nieuchronny szok globalny, który Polską wstrząśnie na równi z innymi państwami. Kryzys finansowy rozpętany załamaniem w amerykańskich kredytach hipotecznych latem 2007 roku, establishmentowi udało się zagłaskać. Prostym ludziom jednak żyje się na Zachodzie gorzej niż przed kryzysem, są niezadowoleni. A zagłaskany kryzys musi powrócić. Może odezwie się na nowojorskiej giełdzie, może w Chinach, może w Europie. Jeśli załamanie nastąpi przed wyborami w Polsce, premier Mateusz Morawiecki będzie dla bankierskich elit gwarantem, że w takiej sytuacji państwo polskie, wielki dłużnik, zadba najpierw o europejskich i amerykańskich wierzycieli, a dopiero potem o swoich obywateli. I to będzie ostateczny koniec mitu Dobrej Zmiany.

Klęska? Niekoniecznie. Bo nie ma komu Dobrej Zmiany zastąpić. Gdyby nadeszła Lepsza Zmiana, musiałaby wejść na ruiny tego, co zwie się „systemem”. Zrujnowane finanse. Skompromitowane elity. Dobite niewydolne państwo niby-socjalne. Diabetycy mrący bez insuliny. Lepszą Zmianę czeka harówka nie do pozazdroszczenia. W poprzednim felietonie wspomniałem o fundamencie nowej cywilizacji, wziętym ze starej, oczyszczonym. O ojcostwie. To słowo zaraz powróci.

Fundamentem lepszego państwa zaś może być nowe prawo. Skoro zaś w tym roku mamy jako naród rozprawiać o konstytucji, zacznijmy od wyboru budulca samej konstytucji i systemu prawnego, który zadziała lepiej niż znany nam boleśnie gąszcz absurdalnych i wzajemnie sprzecznych wykwitów chorej mentalności i głupoty pseudoprawników i pseudopolityków.

Budulcem tym jest prawo naturalne. Prawo, które lepiej lub gorzej dostrzega każdy człowiek – wierzący, ateista, wyrafinowany cynik i prostolinijny kaznodzieja. To prawo już jest. Nie my je ustanawiamy. Możemy je zaobserwować i opisać. Ojciec może wydawać dzieciom nakazy i zakazy. Wtedy jest prawodawcą. Może rzucić imperatyw: „Nie dotykaj się marihuany”. Może jednak zadziałać inaczej i opowiedzieć: „Jeśli zaczniesz jarać, to może się zdarzyć to i to”. Ten drugi ojciec – jak się domyślamy – zna życie lepiej niż ten pierwszy. Gdy dzieci i całe narody były chowane w karności, zakazy i nakazy nieźle się sprawdzały. Ojcowie rodzin i narodów mogli liczyć na ich pewną skuteczność. Dziś raczej nie.

Prawa fizyki są dobrze znane i za szaleństwo uważamy sprzeciwianie się im. Upuszczona szklanka niemal zawsze tłucze się na podłodze. Prawa rządzące rzeczywistością ludzką też są znane. A przynajmniej były, dopóki kapłani postępu nie podważyli mądrości pokoleń. Prawo natury rządzi rzeczami i ludzkością. Ono właśnie jest Prawem przez duże P. Nie są prawem tak zwane prawa człowieka  Wymyślono je dla zdziecinniałej ludzkości, aby zapomniała o Prawie. Aby infantylna istotka nie pojmowała, że – jeśli zajara szluga, nachleje się ideologii – to straci kontakt z rzeczywistością. A jeśli zleje brata i nie pożałuje, to za którymś razem upadając coraz niżej zabije własną matkę. Nasi współcześni chodzą po świecie z prawami człowieka na ustach. – Mam prawo! – krzyczą raz po raz. I nie przyjmują do wiadomości, że mają też rozum i wolę, powinności i odpowiedzialność.

Prawo naturalne takie, jak tu opisuję, nie może oczywiście być dla prawnika pomocą w pisaniu konstytucji i ustaw. Może być jedynie podstawą projektu lepszego społeczeństwa. Ma być obecne w wychowaniu dzieci, polityce, praktyce społecznej, gospodarczej, prawnej. W Polsce zresztą niewielu jest praktykujących prawników, którzy by zrozumieli, co napisałem w poprzednim akapicie. Dla nich prawo – to paragraf. Paragrafy nazywamy prawem pozytywnym albo pisanym, a mnie chodzi tylko o to, żeby to prawo jak najwierniej zapisać, przepisać, a nie napisać wedle własnego widzimisię. Zapisać to, co jest. Niedoskonale, lecz z najwyższą starannością zapisać Prawo. Zrobić zapisy, a nie przepisy, które się samemu wymyśliło.

W roku refleksji nad konstytucją powierzam te myśli naszym chwilowym rządcom. Cztery lata, osiem lat… to tylko chwila.

 

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor