Felietony 30 gru 16:10 | Redaktor

Mija kwartał od wybuchu afery z hollywoodzkim producentem, i prasa branżowa, kolorowa i fachowa zyskały nie lada pożywkę: nie ma tygodnia, by nie pojawiło się nowe wyznanie uwiedzionej lub uwiedzonego, a większość wczytuje się w nie z karminowym rumieńcem emocji, bo są zwykle pikantne i z wielkiego świata.

Wojciech Stanisławski

członek zespołu kuratorów Muzeum Historii Polski

współpracownik tygodnika „W Sieci”

W tle zaś – kampania, której polszczyzna zawdzięczać będzie chyba niedługo nowy czasownik, „mitułować” (od hasztagu #me_too, którym opatrywane są najbardziej bolesne wyznania kobiet i dziewczyn), i zapowiedź rewolucji, która przeora stosunki społeczne, skoro napiętnowana ma być wszelka męska agresja.


Agresja czy inicjatywa? No właśnie, tu zaczynają się schody, na których siedzę w zwyczajowej dla siebie pozie zatroskanego symetrysty, po kolei przyznając rację wszystkim, którzy się na nie wspinają. Tak, mają rację ci, którzy nazywają oczywiste występki, całą paletę zachowań krzywdzących i niegodnych. Ale czy nie mają jej ci, którzy zwracają uwagę, że istnieje jednak różnica między krzywym spojrzeniem a aktem czystej przemocy?


Zgoda – odpowiadają na to inni. Ale czy oznacza to, że istnieje granica, poza którą pewne czyny uznajemy za bezkarne, bo są powszechne? Czy nie jest raczej tak, że dla natur kruchych, wrażliwych, dla nastolatek już gwizd czy nieprzyzwoity gest, jakaś okoliczność, którą dorośli załatwiają wzruszeniem ramion, może stać się źródłem traumy?


Zapewne – replikują co bardziej empatyczni sceptycy. Ale czy naprawdę możemy – i, co ważniejsze, chcemy – zbudować świat bez reszty pozbawiony traum? Ot, inicjatywa nowej gwiazdy gabinetu premiera Macrona, pani ministry Marlène Schiappy, która zamierza karać za gwizdnięcie za zgrabną kobietą na ulicy: jaki byłby jej koszt polityczny i społeczny? Kamery i czujniki dźwięku na każdym rogu, patrole policyjne (mieszane czy kobiece?) ścigające każdego pogwizdywacza i trybunały zasądzające grzywnę? Co to za absurd, jaki potencjał do sprzeciwu, zakonspirowanych niczym w czasach prohibicji klubów, gdzie można będzie sobie bezkarnie – hm, żeby tylko pogwizdać. Ale, z drugiej strony (nie, nie z drugiej; która to już strona?), co to za sprawiedliwość, która nie jest wymierzana „ze względu na koszty”? Ale – wiadomo przecież, że radykalni myśliciele kalifornijscy, w rodzaju Aarona Bady czy Ta–Nishi Coates marzą nie o „korekcie”, nie o reformie, lecz o radykalnym napiętnowaniu rodzaju męskiego.


Dlatego myślę sobie, symetrysta-konserwatysta, o daremności, więcej – groźbie wszelkich wysiłków, które stawiają sobie za cel całkowite uzdrowienie świata. I jeszcze myślę o tym obrazku z wydanego dopiero co tomiku Ewy Różyckiej „Bałutki” (Wydawnictwo Pewne), który nie przestaje za mną chodzić, bo jest to proza niezwykła, pokazująca, że nie ma granic ani ludzkiej krzywdzie, ani współczuciu.
„14 września, Łódź, apteka w Śródmieściu
– Pani magister, córcia tak mi w nocy płakała. Już nie wiem. Czy to kolka?
– A w jakim wieku dziecko? | – Trzy miesiące.
– To może być kolka. Zaraz czegoś poszukamy.
Farmaceutka podaje młodej mamie jakąś buteleczkę.
– Trzydzieści dwa złote, czterdzieści groszy.
Dziewczyna wyjmuje z kieszeni kurtki plastikową portmonetkę. Portmonetka jest niewielka, brudna, miejscami popękana. Różowa z błękitną lamówką. Ciężka od monet (…). Liczą we dwie: pani magister i klientka. Jakby nie patrzeć, brakuje niemal pięciu złotych.
– Proszę chwilkę poczekać. Zapytam narzeczonego, czy ma przy sobie pieniądze – mówi dziewczyna i wybiega.
 Jest już ciemnawo, trudno dojrzeć mężczyznę, z którym rozmawia. Ona stoi, tyłem do nas, on siedzi. Na ławce przy skwerku. Z szeroko rozstawionymi nogami. Rozmowa przedłuża się. Powietrze wokół pary gęstnieje, okrywa ich oboje siną mgłą. Farmaceutka nie kryje zniecierpliwienia. (…) Wreszcie śliczna panna wraca do okienka.
– Nie wezmę tych kropli. | – To może jakiś tańszy odpowiednik?
– Nie. Narzeczony mówi, że dziecko musi się wypłakać.
– I nie przeszkadza mu ten płacz? – farmaceutka uśmiecha się smutno.
– Nie przeszkadza. On zawsze wtedy wychodzi. | – Nocą? | – Tak, nocą”.
Jaka ustawa, jaka pani ministra znajdzie paragraf na każdą postać okrucieństwa i obojętności? Nie znajdziemy na to leku innego niż ten, jaki ordynował przed dwustu laty William Blake: „Bo Łaska ludzkie serce ma, | Współczucie – ludzką twarz, | Miłość – człowieka boski kształt, | A Pokój – ludzki płaszcz”.


Czy udało się kogoś otulić płaszczem w te Święta? A może ktoś znalazł Bałutki pod choinką? Jeśli nie i jedno, i drugie jest do nadrobienia. W oktawie Bożego Narodzenia albo i później.

 

 

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor