Felietony 19 paź 15:18 | Marcin Masny

Jak świat światem, nie był – ponoć – Niemiec Polakowi bratem.

      

Marcin Masny

Publicysta, tłumacz, poeta

Współpracował m.in. z "Gazetą Bankową" i tygodnikiem "Niedziela"

 

To oczywista bzdura, bo braterstwo nigdy nie jest idyllą, a polska historia jest nierozerwalnie spleciona z Niemcami. A wojen w niej wcale nie jest dużo. Do XIX wieku wzajemna agresja Polaków i Niemców miała inne podłoże niż dziś, bo narody w dzisiejszym sensie nie istniały. Niemcy mówili wieloma językami, niekoniecznie wzajemnie zrozumiałymi i mieli bardzo wiele państewek. A poza tymi państwami też było ich pełno, zwłaszcza w Europie Wschodniej. Zasiedlali pustki.

Na Śląsku i Pomorzu Szczecińskim język górnoniemiecki wchłaniał inne narzecza. W Małopolsce natomiast ogromna kolonizacja niemiecka w ciągu kilku pokoleń spolszczyła się. No… niezupełnie. Spolszczyli się Niemcy-katolicy. Niemcy wyznania talmudycznego, którzy też ciągnęli na wschód, pozostali przy swym języku zwanym jidysz oraz przy swej religii. Przez wieki ogromne pogranicze polsko-niemieckie było obszarem zwyczajnego życia zwyczajnych ludzi, miejscem współpracy, mieszanych małżeństw, codziennych konfliktów (także na tle językowym). Obecne państwo niemieckie powstało dopiero w 1871 roku. Wtedy wszczęto masowe ujednolicanie języka, kultury, a nawet religii. Warto pamiętać, że przedtem przez dwa pokolenia Niemcy jako państwo nie istniały. Do 1804 roku zaś istniały tylko teoretycznie w postaci cesarstwa Habsburgów. Naród polski, czyli być może kilkanaście procent populacji mówiącej po polsku, miał kłopoty z Prusakami, a nie z Niemcami. Z Prusakami kłopoty mieli też wszyscy pozostali Niemcy. W XIX wieku Polacy-poddani rosyjscy pohukiwali na Niemców głównie dlatego, że Rosja była geopolitycznym rywalem wielkich, prusackich Niemiec powstałych ku zgrozie Europy po zwycięstwie nad Austrią, Danią i Francją. „Rotę” o pluciu w twarz napisała kobieta o lata świetlne oddalona od ideału matki-Polki. Konopnicka nawet mieszkając w Galicji nie atakowała rusyfikacji tak, jak wojowała z germanizacją. Historia nie jest prosta.

Za trzy miesiące przypadnie tysiąclecie ważnego epizodu, pokoju w Budziszynie, który na krótko zatwierdził władzę Bolesława Chrobrego nad częścią dzisiejszych Niemiec. Może polscy narodowcy gdzieś w okolicy Budziszyna urządzą upamiętnienie. Na pewno pomogłoby to Dobrej Zmianie w negocjacjach z Niemcami. Ekipa Jarosława Kaczyńskiego najwyraźniej bowiem chce coś wytargować od Niemiec, grając zupełnie uzasadnionym żądaniem reparacji wojennych. Takie odszkodowania są uznawane za wymóg sprawiedliwości, i to akurat naprawdę jak świat światem. Jeśli na razie nie uda się wyszarpać reparacji, załatwmy z Niemcami inne sprawy. Na przykład prawa mniejszości dla Polaków w Niemczech. Polska jest wielkoduszna i szlachetna. Mniejszości u nas cieszą się wszelkimi przywilejami. Polacy w sąsiednich krajach mają kłopoty. Panuje asymetria. W połowie maja mec. Stefan Hambura wraz ze mną prowadził w Warszawie głodówkę, upominając się o symetrię. Kiedy marszałek senatu Stanisław Karczewski wspomniał, że poruszy sprawę w rozmowie z przybywającym właśnie prezydentem Niemiec, ten arogancko odwołał wizytę w polskim Sejmie i Senacie. Prezydent Duda, poproszony o interwencję, ograniczył się do kornej prośby o „opiekę” prezydenta Niemiec nad Polakami w Niemczech. Ta sprawa oczywiście musi powrócić.

Twarda postawa pisowskiej ekipy wobec rządu Angeli Merkel wcale nie jest oczywista. Drużyna Kaczyńskiego, Dudy, Macierewicza, Morawieckiego, Ziobry i Gowina – no i Beaty Szydło oczywiście – osiadła w warszawskich pałacach władzy za rządów Baracka Obamy i jego szefowej dyplomacji Hillary Clinton. Demokraci Obamy i Clinton odziedziczyli Angelę Merkel wprawdzie po republikanach Busha, ale bardzo wspierali kanclerzycę, a nawet zapewne ją inspirowali. Kaczyński i Merkel zawdzięczają rządy amerykańskiemu establishmentowi, z którym próbował się szamotać nowy prezydent Trump i ugrzązł. Mimo wspólnego pochodzenia Merkel i Kaczyński jednak naprawdę mają sprzeczne plany.

To dobrze. Po premierze, który polskiego uczył się dopiero w szkole, a w domu rozmawiał po niemiecku, mamy przywódcę, który po niemiecku nie umie powiedzieć ani słowa. Być może też nie zna i nie rozumie Niemców. Ale to też dobrze. Nie da się im obłaskawić. A czy poprowadzi polsko-niemieckie sprawy umiejętnie, to się okaże. Jeśli okaże się niezdarą, zapewne polegnie, bo mecz Polska-Niemcy to nie przelewki. Jeśli obecny kapitan biało-czerwonych przegra, dzieło podejmą sprawniejsi dryblerzy.

 

Marcin Masny

Marcin Masny Autor

Publicysta, tłumacz, poeta, współpracował m.in. z "Gazetą Bankową" i tygodnikiem "Niedziela"