Historia 29 paź 10:56 | Krzysztof Osiński
Ostatnia Msza księdza Popiełuszki

fot. materiały IPN

Niedawno minęła kolejna rocznica uprowadzenia i tragicznej śmierci z rąk oprawców z SB księdza Jerzego Popiełuszki. Ostatnią Mszę odprawił w Bydgoszczy. Zginął w drodze powrotnej do domu.

Ksiądz Jerzy Popiełuszko był w latach 80. jedną z najbardziej znienawidzonych przez władze PRL osób. Uczucie to było efektem pełnienia przez niego nieformalnej funkcji kapelana podziemnej „Solidarności”. Podczas odprawianych przez siebie Mszy za ojczyznę podtrzymywał na duchu złamane wprowadzeniem stanu wojennego społeczeństwo i dawał świadectwo niezłomności i odwagi. Z tego względu był uwielbiany przez przeciwników ówczesnych władz, a przez jej przedstawicieli znienawidzony. Ówczesny rzecznik prasowy rządu, Jerzy Urban, nazywał duchownego „działaczem politycznym”, „wrogiem ustroju komunistycznego w Polsce”, „mówcą ubranym w liturgiczne szaty”, „żoliborskim magikiem politycznym”, a odprawiane przez niego nabożeństwa określał mianem „seansów nienawiści”.

Zgodził się na Bydgoszcz

Nagonka prowadzona przez komunistyczne władze przyniosła odwrotny do spodziewanych przez nie efekt. Stworzyła legendę niezłomnego kapelana, który stał się rozpoznawalny i sławny w całym kraju. Wszyscy chcieli gościć go u siebie, chociaż on sam niechętnie wyjeżdżał poza Warszawę. Bydgoszczanom dał się jednak uprosić. Zaproszenie przekazali mu ks. Jerzy Osiński i Zbigniew Rekowski we wrześniu 1984 r. na Jasnej Górze, podczas pielgrzymki Duszpasterstwa Ludzi Pracy. Później ustalono, że do Bydgoszczy przyjedzie w piątek, 19 października.

Gdy nastał ten feralny dzień, ks. Osiński poprosił swojego znajomego, Marka Wilka, który akurat wybierał się samochodem do Warszawy, aby podjechał do ks. Popiełuszki i zaproponował zabranie go ze sobą w drodze powrotnej. Na miejscu okazało się jednak, że duchowny ma swojego kierowcę, który zawiezie go do Bydgoszczy. Wyruszyli kolumną dwóch samochodów i około godziny 14.00 przybyli do kościoła pw. Świętych Polskich Braci Męczenników przy ówczesnej ul. Lubińskiej (obecnie ul. Popiełuszki) na osiedlu Wyżyny. Przywitał ich ks. Osiński, który oprowadził ich po nadal będącej w budowie świątyni, a następnie zaprosił do swojego mieszkania na plebanii. Po krótkiej rozmowie, ks. Popiełuszko, który nie czuł się zbyt dobrze, poszedł się przespać, a ks. Osiński udał się na lekcję religii.

Nabożeństwo rozpoczęło się o godz. 18.00. W meldunkach SB odnaleźć można informację, że uczestniczyło w nim ok. 800 osób, jednak prawdopodobnie szacunki te są nieco zawyżone, uczestnicy Mszy wspominają, że było ich mniej. Niższa frekwencja wynikła z tego, że przyjazd kapelana „Solidarności” do końca trzymano w tajemnicy. Nie ogłoszono tego oficjalnie, a wieści na ten temat rozchodziły się jedynie tzw. pocztą pantoflową, wśród zaufanych osób.

Niepozorny i wyciszony

Duchowny z Warszawy otoczony był swoistą legendą. Antoni Tokarczuk wspominał: „Dla nas przyjazd uznanego kapelana »Solidarności« był wielkim, podniosłym wydarzeniem. Nie oczekiwaliśmy sensacji, ale byliśmy mocno podekscytowani i przekonani, że wywoła on duży odzew w środowisku. Ksiądz Jerzy sprawiał jednak wrażenie bardzo wyciszonego, nie miał w sobie nic z gwiazdorstwa, o co gotowi byli go posądzać ci, którzy nie mieli okazji zetknąć się z nim bezpośrednio”.

Msza była drugim nabożeństwem w ramach działań powołanego niedawno w Bydgoszczy Duszpasterstwa Ludzi Pracy. Sprawowało ją czterech duchownych, w tym ks. Popiełuszko i ks. Osiński. Proboszcz parafii, ks. Romuald Biniak, nie pozwolił jednak gościowi wygłosić w trakcie Mszy kazania, obawiając się, że może to spowodować represje ze strony władz, w tym zwłaszcza kolejne przeszkody w dalszej budowie świątyni. Zgodził się jedynie na to, aby po nabożeństwie mógł on odprawić różaniec.

Jan Rulewski, przewodniczący bydgoskiej „Solidarności” sprzed stanu wojennego, uczestniczył w Mszy. W następujący sposób wspominał ks. Popiełuszkę: „Głos ks. Jerzego brzmiał potężnie. Jego słowa były logiczne, żarliwe, mówił spokojnie i dobitnie. To, co usłyszałem, to była recepta na godne człowieczeństwo w każdym czasie, a zwłaszcza w trudnym czasie. Wtedy zrozumiałem, dlaczego Urban i politycy tak się bali Popiełuszki”. Antoni Tokarczuk z kolei żoliborskiego kapłana wspominał następująco: „Człowiek, który porywał tłumy, tak był skupiony i pozbawiony widocznych emocji, że zdawał się czasami nie oddychać. Ten niepozorny, z wyglądu zupełnie zwykły, skromny ksiądz sprawiał wrażenie zawstydzonego swoją popularnością. Nie poczuł się w najmniejszym stopniu urażony, kiedy dowiedział się o obawach ks. Biniaka, że kazanie może rozgrzać i tak już napiętą atmosferę i sprawić proboszczowi poważne trudności z pracami budowlanymi. Ale też widziałem zadowolenie ks. Popiełuszki, kiedy udało mu się zawrzeć w rozważaniach różańcowych wszystko, co chciał powiedzieć w homilii”.

Liczą się godność i wolność

Wspomniane rozważania różańcowe wygłoszone zostały przez ks. Popiełuszkę bezpośrednio po Mszy. Po odczytaniu nazwy każdej z pięciu tajemnic różańcowych, duchowny przedstawił własne krótkie refleksje. W pierwszej dotknął problemu wolności i ludzkiej godności, w drugiej – niesprawiedliwości. W kolejnej poruszył problem prawdy i kłamstwa, stwierdzając, że ludzi głoszących prawdę jest znacznie mniej niż tych, którzy kłamią. Nawiązał też do cenzury, mówiąc, że ingeruje się nawet w wystąpienia prymasa Wyszyńskiego i papieża Jana Pawła II. W następnym skupił się na pojęciu władzy. Zaznaczył, że władza, która stosuje siłę, jest de facto władzą słabą. Wreszcie ostatnie rozważanie dotyczyło „Solidarności”. Duchowny stwierdził, że siłą tego ruchu jest to, że powstał on bez rozlewu krwi, a ludzi zjednoczyła wspólna modlitwa z różańcem.

Po zakończonych modłach księża udali się na plebanię, gdzie za nimi podążyło ponad sto osób spośród wiernych. Ksiądz Popiełuszko rozmawiał z nimi przez kwadrans, a następnie udał się do mieszkania ks. Osińskiego, aby tam w mniejszym gronie spotkać się z bydgoskimi opozycjonistami. W spotkaniu tym uczestniczyli m.in. Antoni Tokarczuk, Jan Rulewski, Zbigniew Ornowski i Jerzy Puciata. Po kolacji, około godz. 22.00, duchowny wraz z kierowcą wyruszyli w drogę powrotną. Nikt nie przypuszczał, że będzie to ostatnia droga księdza. W kontekście tego, co wkrótce się z nim stało, to, że swoją ostatnią Mszę odprawił w kościele pod wezwaniem Świętych Polskich Braci Męczenników, nabiera symbolicznego znaczenia.

Symboliczny wymiar

W Mszy z udziałem ks. Popiełuszki brali udział funkcjonariusze z SB w Bydgoszczy, o czym świadczy sprawozdanie z przebiegu nabożeństwa złożone przez nich następnego dnia. Obecni byli również oprawcy duchownego z warszawskiej SB: Grzegorz Piotrowski, Leszek Pękala i Waldemar Chmielewski. Pierwszy z nich znajdował się wewnątrz kościoła, dwaj kolejni czekali na zewnątrz w samochodzie. Zachowało się kilka zdjęć z pobytu ks. Popiełuszki w Bydgoszczy. Ich autorem jest Marek Koczwara, działacz podziemnej „Solidarności”, który w tym czasie pracował jako fotograf. Po latach wspominał: „Kiedy znalazłem się w kościele, nie wiedziałem, jak się ustawić. Msza jest przeżyciem intymnym, zwłaszcza celebrowana przez takiego księdza. Nie chciałem więc podchodzić zbyt blisko ołtarza. Robiłem zdjęcia z tłumu. Cyknąłem kilka rzeczy i wyszedłem. Nie mogłem przypuszczać, że to są ostatnie zdjęcia księdza Jerzego”.

Brak odpowiedzi

Wokół śmierci ks. Popiełuszki narosło wiele mitów. Jest również wiele pytań, na które cały czas nie znamy odpowiedzi. Kontrowersje wzbudza chociażby tajemnicza ucieczka kierowcy duchownego, trwają spory co do daty śmierci kapłana, ale również to, czy skazani funkcjonariusze SB byli jego jedynymi, a nawet faktycznymi mordercami. Nieznana jest również rzeczywista rola duchownych zapraszających i goszczących w Bydgoszczy ks. Popiełuszkę. Wiedzieć bowiem należy, że ks. Jerzy Osiński był rejestrowany przez SB jako TW „Jerzy”, natomiast ks. Romuald Biniak jako TW „Ostrożny”. Czy poprzez kontakty z funkcjonariuszami bezpieki zostali oni, świadomie lub nie, wykorzystani do zwabienia kapelana „Solidarności” do Bydgoszczy? Stuprocentowej odpowiedzi na tego typu pytania prawdopodobnie już nigdy nie uzyskamy. Nie oznacza to jednak, że nie powinniśmy ich zadawać i starać się tej zagadki rozwikłać.