Historia 14 gru 10:23 | Krzysztof Osiński
Utajniona eksplozja sprzed lat

Ważący 6 ton fragment stropu odnaleziony 500 metrów od miejsca wybuchu/ fot. materiały IPN

W nocy 19 listopada 1952 r. mieszkańców Bydgoszczy zbudziła potężna eksplozja. Do wybuchu doszło w miejscu oddalonym o kilka kilometrów od miasta, w Wytwórni Chemicznej nr 9 w Łęgnowie, leżącej poza granicami administracyjnymi ówczesnej Bydgoszczy.

Siła wybuchu była tak duża, że w promieniu 10 km wyleciały wszystkie szyby w oknach. Samego zajścia nie dało się ukryć, ale mimo to władze nie chciały o nim informować, utajniając wszystko, co było z nim związane. Przez lata ludzie musieli zadowalać się różnego rodzaju pogłoskami, które z czasem wypaczały prawdziwy obraz wydarzeń i przyczyniały się do powstawania plotek i niepopartych faktami fałszywych opowieści.

Poniemiecka fabryka broni


Wytwórnia Chemiczna nr 9 powstała w miejscu wybudowanej w czasie II wojny światowej przez Niemców ogromnej fabryki zbrojeniowej Dynamit Action Gesellschaft Brahnau, wytwarzającej różnego rodzaju materiały wybuchowe. Po wojnie fabrykę przejęli Sowieci, którzy co prawda zainteresowani byli produkcją materiałów zbrojeniowych, z tym że u siebie, a nie na miejscu. Z tego też względu rozmontowali wszystkie urządzenia, zapakowali do wagonów kolejowych i wywieźli na Wschód.


Po przejęciu opustoszałych budynków przez polskie władze zapadła decyzja o wznowieniu produkcji. Od podstaw zaczęto odtwarzać linię technologiczną, co ostatecznie zakończyło się sukcesem. W niedługim czasie zaczęto wytwarzać trotyl i inne materiały wybuchowe, w tym heksogen i pentryt. Zapotrzebowanie było bardzo duże, więc z czasem fabrykę zaczęto rozbudowywać. Na początku listopada 1952 r. uruchomiono dodatkową linię, nazywaną obiektem 2000. Składał się on kilku budynków otoczonych wałem ziemnym. Najważniejszym pomieszczeniem był budynek 186, w którym przeprowadzano ostatni etap produkcji trotylu. To właśnie tam doszło do wspomnianej  eksplozji.

Został lej i kikuty drzew


Jak później obliczono, podczas wypadku eksplodowało ponad 85 ton materiału wybuchowego: 41,8 tony gotowego trotylu (TNT), 19,3 tony dinitrotoluenu (DNT) oraz 24 tony niedonitrowanego trotylu (3/4 TNT). Siła wybuchu była tak duża, że ponad pięćset metrów od pierwotnego miejsca odnaleziono fragment żelbetonowego stropu ze zbrojeniami. Ważył on, bagatela, 6 ton! Mniejsze kawałki budynków fabrycznych odnajdowano nawet kilka kilometrów dalej. Po głównym budynku 186 powstał krater głębokości 5 i średnicy 80 metrów. Z czasem wypełnił się on wodą, tworząc małe jeziorko. O tym, jak wyglądało miejsce wybuchu, jednemu z dziennikarzy opowiadał po latach Zbigniew Gruszka, pracownik Wytwórni Chemicznej nr 9: „Do fabryki wpuszczono nas dopiero po trzech dniach. Poszliśmy na miejsce wybuchu. Z czterokondygnacyjnego budynku 186 pozostała dziura w ziemi. Wał ziemny, który go otaczał, zniknął. Spora część budynków zmieniła się w pozbawione ścian szkielety. Kawałki betonu z prętami zbrojeniowymi leżały porozrzucane w promieniu kilkuset metrów. Lecąc, pościnały drzewa. Został tylko las kikutów. Nie mogliśmy w to uwierzyć. Każdy wiedział, że to materiał wybuchowy, ale nie zdawaliśmy sobie sprawy, jaką ma siłę”.

Mieli pomóc, sami zginęli


Straty materialne były olbrzymie, obliczane na 23 miliony złotych. Poważnemu uszkodzeniu uległy 132 budynki fabryczne, powodując unieruchomienie fabryki na dłuższy czas. Nie to jednak było najtragiczniejsze. W czasie wybuchu i później w jego następstwie zginęło co najmniej 15 osób, a kolejne 84 zostały lżej lub ciężej ranne. Ofiarami byli zarówno pracownicy hali produkcyjnej, jak i przybyli na miejsce strażacy. Krótko po północy zostali oni powiadomieni o pożarze na hali produkcyjnej. Po zaledwie kilku minutach przyjechali na miejsce. Kiedy wysiadali z nowoczesnego wozu gaśniczego bedford, nastąpiła eksplozja. Trzech strażaków wysiadających od strony, gdzie nastąpiła eksplozja, zginęło natychmiast, pięciu pozostałych miało więcej szczęścia, gdyż wysiadali z drugiej strony. Ciężko poparzeni trafili w stanie krytycznym do szpitala, ale ostatecznie przeżyli. Mniej szczęścia miało 12 pracowników produkcji, którzy zginęli od płomieni lub fali uderzeniowej.
Od razu po wypadku teren zakładu otoczyli żołnierze Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, aby nie dopuścić nikogo do miejsca eksplozji. Przedstawiciele KBW z karabinami przy ramieniu pełnili również warty przed drzwiami rannych w szpitalu, aby uniemożliwić dostanie się do nich ciekawskich osób. Do akcji wkroczyli też funkcjonariusze UB, którzy starali się doszukać przyczyn wybuchu. Praktycznie od razu założono, że dokonano sabotażu, pomimo że nie posiadano żadnych dowodów na poparcie tej tezy. Wszyscy pracownicy zakładu musieli podpisać deklarację o zachowaniu w tajemnicy informacji o eksplozji. Za ich ujawnienie groziły surowe konsekwencje, włącznie z karą wieloletniego więzienia.

„Nieprawidłowości” na linii produkcyjnej


Trzy miesiące po wybuchu na terenie Wytwórni Chemicznej nr 9 odbył się pokazowy proces. Przed sędziami Wojskowego Sądu Rejonowego postawiono: mistrza zmianowego, kierownika personalnego, naczelnego inżyniera i dyrektora zakładu. Później dokooptowano do nich jeszcze naczelnego inżyniera i dyrektora naczelnego z Warszawy. Publicznością byli wyselekcjonowani przez partię pracownicy zakładu.


Biorąc pod uwagę, że proces miał miejsce w czasach stalinizmu i to, że oskarżonym zarzucano dokonanie sabotażu, wyroki były stosunkowo łagodne. Pamiętać musimy, że w podobnych przypadkach zapadały kary śmierci, co zresztą spotkało poprzedniego dyrektora zakładu Eugeniusza Smolińskiego, aresztowanego w 1947 r., skazanego i straconego dwa lata później. Tymczasem oskarżonych teraz skazano „zaledwie” na pobyt w więzieniu w okresie od 9 do 18 miesięcy, z czego tylko dwie osoby (mistrz i kierownik personalny) trafiły za kraty, pozostali odbywali karę w areszcie domowym.


Dochodzenie nie potwierdziło wersji o sabotażu. Pozwoliło jednak ustalić, że w zakładzie dochodziło do licznych nieprawidłowości. Zatrudniano tam osoby niemające jakichkolwiek kwalifikacji do pracy z materiałami wybuchowymi. Okazało się także, że linia produkcyjna miała wady konstrukcyjne, bowiem śruby wężownic chłodzenia przyspawano, zamiast je przykręcić. W efekcie doszło do ich pęknięcia i dostania się wody do kwasu, a następnie wzrostu temperatury i wybuchu. Ponadto do uszczelnienia reaktora wykorzystano rzekomo niepalny sznur azbestowy, który jednak po zetknięciu się z gazem wytwarzanym podczas nitracji zapalał się. Jak niebezpieczne to było w pomieszczeniu wypełnionym materiałem wybuchowym, chyba nie trzeba wspominać.


Naganne było również ignorowanie wcześniejszych sygnałów o nieprawidłowościach, chociażby gdy dochodziło do niespodziewanych samozapłonów na linii produkcyjnej. Uznawano wówczas, że skoro nie doszło do wybuchu, a pożar udało się ugasić, to nie ma również żadnego problemu. Przyszłość pokazała, jak błędne było to rozumowanie.

Pamięć o ofiarach


W kolejnych latach na terenie Wytwórni Chemicznej nr 9, przekształconej z czasem w Zakłady Chemiczne „Zachem”, dochodziło również do różnego rodzaju awarii i eksplozji (miały one m.in. miejsce w 1953, 1957, 1959, 1964, 1968, 1969, 1973, 1984 i 1985). Żadna z nich nie miała jednak takich rozmiarów, ani nie przyniosła tylu ofiar, jak ta z 1952 roku.


Po latach, dla uczczenia ofiar eksplozji z 1952 r., ale również innych wypadków mających miejsce na terenie zakładu, pracownicy ufundowali przypominającą o nich tablicę. Została ona umieszczona w pobliżu bramy wejściowej do dawnych Zakładów Chemicznych „Zachem”.