Kultura 2 gru 09:09 | Magdalena Gill
Potrzeba lat, żeby kompozytorzy mówili „jestem z Bydgoszczy

– W Bydgoszczy urodził się autor katalogu dzieł Jana Sebastiana Bacha – słynny Wolfgang Schmieder – mówi Aleksandra Kłaput-Wiśniewska (na zdjęciu przy pomniku Bacha w Dzielnicy Muzycznej)/Anna Kopeć

– W dalszym ciągu jeszcze niewielu twórców utożsamia się z Bydgoszczą. Przyjeżdżają tu, wyjeżdżają. Jedynie część z nich obiera nasze miasto jako miejsce swojej twórczości – mówi Aleksandra Kłaput-Wiśniewska, autorka książki „Kompozytorzy w Bydgoszczy”.

Magdalena Gill: „Miasto muzyki” – tak mówi się o Bydgoszczy, ale raczej nikomu nie przyjdzie do głowy, by wiązać to określenie z kompozytorami. Pani w swojej książce wskazała aż 80 nazwisk twórców muzyki związanych z naszym miastem. Dlaczego postanowiła Pani ich odszukać?
Aleksandra Kłaput-Wiśniewska: Zacznę od tego, że Bydgoszcz w okresie powojennym była nastawiona na udowadnianie, że jest miastem, w którym w ogóle były jakieś tradycje muzyczne. Dyrektor Andrzej Szwalbe musiał nieustannie dokumentować, że istnienie filharmonii jest uzasadnione historią tego miasta. Zresztą Szwalbe zapoczątkował poszukiwania związane z muzycznymi tradycjami Bydgoszczy. Przez długie lata koncentrowały się one przede wszystkim na odnajdywaniu śladów polskich instytucji czy zespołów muzycznych.
Po latach ukazała się też praca Barbary Gogol-Drożniakiewicz mówiąca o dwudziestoleciu międzywojennym w Bydgoszczy jako okresie działalności wielu instytucji i intensywnego życia muzycznego, która zahaczała też nieco o XIX wiek. Tam również wyeksponowano instytucje, stowarzyszenia, zespoły, ale pojawiły się także nazwiska kompozytorów. Odtąd nie dawała mi spokoju myśl, że skoro w naszym mieście przez długi czas rozwijało się życie muzyczne, to musieli być tu także jacyś ludzie, którzy pisali muzykę. Środowisko artystyczne nie może istnieć bez twórców. Twórczość muzyczna – co chciałam pokazać w mojej książce – jest ukoronowaniem aktywności muzycznej.

Pisząc o kompozytorach w Bydgoszczy, nie mogła Pani nie wspomnieć o Karolu Szymanowskim, który w latach 20. minionego wieku mieszkał w willi przy ul. Kozietulskiego i tu tworzył. Jakie były okoliczności jego przyjazdu?
Rodzina Szymanowskich straciła majątek na Wschodzie i szukała dobrego miejsca do osiedlenia się. Jeden z przyjaciół zainteresował Szymanowskiego Bydgoszczą, która w tym czasie, po I wojnie światowej, była pięknym miastem. Dodatkowo były tutaj tanie poniemieckie mieszkania w pięknych willach na obrzeżach miasta. Szymanowski pisał nawet, że kupił dom w podbydgoskiej wsi Bielawy, bo zdaje się, że to było już poza granicami miasta. Bardzo mnie boli, że zniknęła tablica, która upamiętniała, że Karol Szymanowski mieszkał w domu przy ul. Kozietulskiego 5. To właśnie w Bydgoszczy powstały przecież szkice do „Króla Rogera” i cykl pieśni „Słopiewnie”. Kompozytor wiedział, że Bydgoszcz, niemająca wówczas nawet orkiestry, nie jest dobrym miejscem na promocję jego twórczości, ale doceniał to, że mieszkańcy bardzo chcieli, i byli dumni z tego, że ktoś tak wielki tu zawitał. Prasa rozpisywała się, że mieszka tu „koryfeusz muzyki polskiej”. Zarzucano nawet jego koncertującemu bratu – pianiście, że prezentuje za mało muzyki komponującego mistrza. W Bydgoszczy w okresie międzywojennym odczuwano „wielki głód” osobowości twórczych.

Karol Szymanowski/Wikipedia


Poza Szymanowskim chyba jednak wiele ich w naszym mieście nie zaistniało?
Okazuje się, że twórców w Bydgoszczy nie było aż tak mało, ale często przebywali tu okresowo, a potem znikali, nie zapisując się na trwałe w złożonej historii naszego miasta. Dla mnie na przykład fascynującą postacią jest Bruno Stein – nauczyciel muzyki ks. Wacława Gieburowskiego, znakomitego chórmistrza i promotora muzyki kościelnej okresu międzywojennego. Sakralne utwory Bruno Steina, który na początku XX wieku pracował w Bydgoszczy, ze zdziwieniem odkryłam w bibliotekach i archiwach w wielu różnych miejscach w Europie – co dowodzi tego, że były wykonywane dość powszechnie. Niewiele jednak o samym kompozytorze wiadomo.

 


Muzyki uczył też w Bydgoszczy Hugo Riemann, światowej sławy muzykolog.
Jego bydgoski epizod jest kompletnie zapomniany i właściwie nieeksponowany w żadnych encyklopediach. Nawet w polskiej przeczytamy, że działał w Brombergu – bo nikomu nie przyszło do głowy, że chodzi o naszą Bydgoszcz, w której Riemann zwyczajnie uczył muzyki w tzw. Realschule.
Ważne jest też to, co odkryli Niemcy: że w Bydgoszczy urodził się autor katalogu dzieł Jana Sebastiana Bacha, słynny Wolfgang Schmieder. Wszyscy posługujemy się określeniem Bach Werke Verzeichnis – (skrót BWV) przywoływanym za każdym razem przy wymienianiu dzieł Bacha, nie wiedząc, że imponujący spis dorobku Jana Sebastiana to dzieło bydgoszczanina. To drobny epizod, ale świadczący o potencjale środowiska miasta i wymagający podejścia do historii w sposób otwarty, bez kompleksów, bez dzielenia na to co polskie, a co niemieckie.
Myślę, że wiele postaci, które pojawiły się w mojej książce, wymaga, żebyśmy poświęcili im trochę uwagi, poszukali może znajdujących się gdzieś w bibliotekach kompozycji, które nie zawsze są pierwszorzędną twórczością, ale zawsze są śladem naszej rodzimej kultury... To jest historia naszego miasta.

Potencjał muzyczny XIX-wiecznej Bydgoszczy oszałamia. Kilka szkół muzycznych, 50 miejsc do prezentacji muzyki. To był wtedy standard też w innych miastach?
Pod koniec XIX wieku Bydgoszcz była uważana za jeden z prężniejszych ośrodków muzycznych. W Poznaniu ukazywały się nawet publikacje wskazujące ją jako model działalności artystycznej. Bydgoszcz rozwijała się wtedy przemysłowo i komunikacyjnie, a jest prosta zasada – jeśli miasto dobrze funkcjonuje pod względem gospodarczym, to i kultura ma większe możliwości rozwoju. Mieszkańcy, którzy nie są wiecznie zaabsorbowani zaspokajaniem podstawowych potrzeb, realizują się w działalności kulturalnej. Chodzą do teatru, pożądają sztuki, zapraszają artystów, sami angażują się w życie kulturalne…

I kształcą muzycznie swoje dzieci. W bydgoskich szkołach XIX-wiecznych uczniowie mieli po kilka godzin muzyki tygodniowo, dzięki temu potrafili śpiewać pieśni wielogłosowe.
To był skutek modelu kształcenia rodem z XIX-wiecznej zachodniej Europy, gdzie wszystkie przysłowiowe „panienki z dobrego domu” grywały na instrumentach, a kanonem wykształcenia była umiejętność śpiewu i znajomość nut. Bydgoskie szkoły zatrudniały najlepszych nauczycieli z Europy. W mieście powstało konserwatorium muzyczne, utworzone na bazie prywatnych szkół, których było tu bardzo wiele. Historyk sztuki Bogna Derkowska-Kostkowska bardzo mnie zainspirowała, pisząc artykuł o tym, jak wielu nauczycieli muzyki – śpiewu, gry na fortepianie itd. – ogłaszało się wtedy w bydgoskiej prasie. Zrobiła ich listę, a ja idąc tym tropem sprawdziłam, czy ktoś z nich nie był twórcą. Okazało się, że część z nich komponowała i wydawała drukiem swoje utwory w różnych europejskich oficynach wydawniczych i zakładach edytorskich.

Dziwi mnie fakt, jak wiele chórów działało w Bydgoszczy tuż po II wojnie światowej...
Ci, którzy tu powrócili – przedwojenni absolwenci konserwatoriów – intensywnie zabrali się do reorganizacji życia muzycznego. Zespoły chóralne z lat 40. czy 50. imponują liczebnością – widać to na zdjęciach. „Hasło”, „Halka”, „Dzwon”, „Arion” – to zespoły, które kontynuowały z wielkim zaangażowaniem tradycje sprzed wojny. Potem niestety została zaburzona ciągłość międzypokoleniowa wśród chórzystów i do naszych czasów te zespoły już nie przetrwały. Poza tym z czasem zmienił się model uczestniczenia w kulturze, raczej wolimy biernie odbierać „dobra kultury” niż je współtworzyć.

W latach 70. ubiegłego wieku mieliśmy w Bydgoszczy nawet kompozytora musicali.
Stanisław Renz – to świetna postać. Kompozytor, który z Bydgoszczy wyjechał, osiągnął sławę w Poznaniu i wrócił do nas jako dyrygent opery. Ze względu na jego upodobanie do lżejszego repertuaru, mocno go krytykowano. Uważano, że w bydgoskiej instytucji przeznaczonej do prezentacji wielkich dzieł operowych nie ma miejsca na musicalową muzykę. Szkoda, bo jego utwory osiągały imponujące sukcesy sceniczne. Słynny musical „Dziękuję ci, Ewo” Renza, to świetna muzyka.
Mieliśmy w Bydgoszczy problem z muzyką pogranicza – czymś pomiędzy typową muzyką rozrywkową a poważną – klasyczną. Dziś na przykład Krzysztof Herdzin czy Piotr Salaber swoją twórczością znakomicie wypełniają tę lukę.

W Bydgoszczy były momenty pełnego rozkwitu twórczości kompozytorskiej?
Bydgoszcz niestety nie miała szczęścia, bo w pewnych okresach, gdy życie muzyczne rozwijało się prężnie, dochodząc do określonego poziomu, kiedy mogło się sprofesjonalizować, przychodziło załamanie – jedna, druga wojna i wszystko trzeba było zaczynać od nowa. W mieście wymieniały się struktury społeczne, zmieniał się sposób życia kulturalnego, a to wymagało wykształcenia od nowa środowiska artystycznego i ściągania nowych osobowości, które miałyby swobodę realizacji swoich artystycznych zamierzeń. Przez lata w Bydgoszczy byliśmy kilkakrotnie bliscy takich sytuacji, ale ostatecznie środowisko kształtuje się dopiero teraz.

Kształtuje się? Jeszcze go nie ma w Bydgoszczy?
Bardzo chciałabym powiedzieć, że już jest, ale myślę, że trudno to jednoznacznie stwierdzić choćby dlatego, że w dalszym ciągu jeszcze tak niewielu twórców utożsamia się z Bydgoszczą. Przyjeżdżają tu, wyjeżdżają. Jedynie część z nich obiera Bydgoszcz jako obszar swojej działalności, miejsce swojej twórczości, ale wydaje mi się, że potrzeba jeszcze lat, żeby kompozytorzy mówili „jestem związany z Bydgoszczą, wyrosłem z tego środowiska”.

Wielu ludziom pewnie trudno byłoby wskazać choć jednego „bydgoskiego kompozytora”.
„Bydgoscy kompozytorzy” to określenie, które – mam nadzieję – pojawi się w przyszłości. Do tej pory raczej nie możemy mówić o takiej kategorii. Mieliśmy i mamy tutaj twórców, którzy działali czy działają, przyjeżdżają, pojawiają się, zostawiają swój ślad w naszej kulturze i to jest piękne. Nie ma natomiast wielu kompozytorów, których wiąże twórczość o pewnych charakterystycznych cechach, nawiązująca na przykład do rodzimej kultury, do specyficznego źródła inspiracji, do jakiegoś rodzaju stylu czy techniki kompozytorskiej.

Ale Pani używa terminu „bydgoska szkoła kompozycji”?
Używam, bo coraz częściej spotykamy się z tym, że ktoś wyrósł z bydgoskiej szkoły, kształcił się u działających w Bydgoszczy kompozytorów.

Jaka jest ta „szkoła kompozytorska”?
Przede wszystkim kształci bardzo wielostronnie, nie determinuje określonego stylu. Wielu współczesnych kompozytorów, którzy tutaj zdobyli wykształcenie, działa w bardzo różnych obszarach muzyki – są tacy, którzy realizują się w muzyce teatralnej czy filmowej, tacy, którzy wybierają muzykę nowoczesną, awangardową, albo jeszcze inni, którzy preferują tradycyjne środki kompozytorskie. Ta różnorodność, niejednolitość może być określana przez niektórych jako wada środowiska, dla mnie jest jego zaletą.

Znam młodych kompozytorów, którzy tu się wykształcili i tu zostali. Mówią, że nie chcą i nie muszą stąd wyjeżdżać, by ich muzyka była obecna na całym świecie.
Dobrze, że młodzi ludzie tu mieszkają. Mogą mieć rangę światowych kompozytorów, zdobywać nagrody na międzynarodowych festiwalach, ale – jak sami o tym mówią – chętnie wracają do tego miasta, bo dobrze się im tu tworzy, jest dobra atmosfera. Myślę, że mogłaby być jeszcze lepsza, jeśli istniałyby przesłanki pomagające w wykonawstwie, w interpretacji muzyki.

Na czym miałoby to polegać?
Muzycy często potrzebują impulsu, żeby pisać utwory, które mają szanse być wykonane. Bydgoszcz jest silnym środowiskiem chóralistyki, pianistyki, rośnie z dnia na dzień jako ośrodek muzyki kameralnej, więc będzie inspirowała właśnie te rodzaje twórczości. Ale potrzeba też profesjonalnych zamówień twórczych. W latach 70. to bydgoska filharmonia stymulowała zamówienia kompozytorskie.

Jej wieloletni dyrektor Andrzej Szwalbe próbował wtedy związać z Bydgoszczą największych polskich kompozytorów.
Miał taką ideę, kształtując wizerunek filharmonii. Jedną z jej charakterystycznych cech miała być promocja nowego repertuaru. Na początku – w latach 50. i 60. – krąg kompozytorów tworzyli lokalni twórcy – Florian Dąbrowski, Konrad Pałubicki, Henryk Hubertus Jabłoński, to oni mieli prawykonania swoich utworów w bydgoskiej filharmonii. Potem krąg artystów bardzo się poszerzał. Andrzej Szwalbe miał świadomość, że znaczenie filharmonii rośnie i że można w krąg zainteresowań twórczych wciągnąć największych.

Podziwiam Szwalbego, że nie miał przy tym żadnych kompleksów. Sięgał po „najwyższą półkę”.
Zawsze twierdził, że Bydgoszcz skazana jest na wielkość, metropolitalność. Jego działania nie zawsze kończyły się powodzeniem, ale epizody związane z Bydgoszczą mieli przecież Henryk Mikołaj Górecki, Krzysztof Penderecki czy Wojciech Kilar. Wszyscy z sympatią wyrażali się o dyrektorze, filharmonii, o atmosferze środowiska. Z wielu przyczyn nie udało się ich na stałe związać z naszym miastem, ale jakieś nici sprzyjające prezentowaniu ich muzyki właśnie tutaj pojawiły się i niejednokrotnie trwają do dziś.

Zostały też utwory, skomponowane przez nich dla Bydgoszczy.
Czasem są to specjalne dedykacje, czasem jest to jedynie miejsce prawykonania. Ale na przykład „Miserere” Henryka Mikołaja Góreckiego w wielu publikacjach określane jest jako „bydgoska muzyka”. Nie chcę wskazywać Bydgoszczy jako miejsca wyjątkowo „kreatogennego”, ale warto dostrzegać zarówno potencjał tego miejsca, jak i proces zmagania się Bydgoszczy z kreowaniem sytuacji sprzyjającej twórczości muzycznej.

Dziś kolejne pokolenie kompozytorów kształci z powodzeniem Akademia Muzyczna, też dzieło Szwalbego.
Szwalbe był wielkim orędownikiem działalności w naszym mieście wyższej szkoły muzycznej, ale bydgoską klasę kompozycji zapoczątkował prof. Franciszek Woźniak. Niestety, tak bardzo zaangażował się w działania organizacyjne i pedagogikę na uczelni, że nie miał czasu na pisanie utworów. Ten los nauczyciela muzyki dotknął też na przykład Ryszarda Kwiatkowskiego, doskwierał także Marianowi Gordiejukowi. Potem dopiero przyszedł okres, że pojawili się w akademii twórcy o znacznej renomie i dorobku, którym praca dydaktyczna nie ograniczała działań twórczych – nieżyjący już prof. Marek Jasiński i ciągle zaskakujący nas swoją aktywnością kompozytorską prof. Zbigniew Bargielski. Bardzo różne osobowości twórcze, każdy z nich kształci trochę inaczej, miał innych uczniów, ale młodzi bardzo często przechodzili od jednego do drugiego. Te osobowości są niezwykle istotne, bo wielkie nazwiska przyciągają kolejnych. Teraz na uczelni działają m.in. Hanna Kulenty, Bettina Skrzypczak – znane kompozytorki, które pracują w Bydgoszczy.

Jaka będzie przyszłość „miasta kompozytorów”?
Mam nadzieję, że Bydgoszcz stanie się miejscem inspirującym. Już teraz mamy sygnał, że część młodych wykształconych w naszym mieście tu zostaje. Najlepiej jest, gdy zdobywają światową sławę i wracają tu jako pedagodzy. Mam nadzieję, że twórcy nie będą wstydzili się, że są z Bydgoszczy, że miasto ich zainspirowało, a środowisko ich w jakiś sposób utworzyło.

Aleksandra Kłaput-Wiśniewska – autorka książki „Kompozytorzy w Bydgoszczy: ku twórczemu środowisku”, wydanej przez bydgoską Akademię Muzyczną. Teoretyk muzyki, dr historii, starszy wykładowca w bydgoskiej AM, kierownik działającej przy Wydziale Kompozycji, Teorii Muzyki i Reżyserii Dźwięku – Pracowni Kultury Muzycznej Pomorza i Kujaw i Folklorystyki; działa w Stowarzyszeniu im. Andrzeja Szwalbego „Dziedzictwo”, współpracuje z Polskim Radiem PiK.

Magdalena Gill

Magdalena Gill Autor

Zca Red. Naczelnego