Lifestyle 5 lis 14:17 | Redaktor
Smaki i smaczki: pomidorowe placuszki z Santorini

Dla Zosi spotkanie z polską wycieczką to jakby odwiedziny w Polsce/ fot. Sofia Petrova

Placuszki, wprost lizać paluszki! Przepis na nie zdradziła mi Sofia Petrova – przewodniczka polskich wycieczek, odwiedzających grecką wyspę Santorini. Wyspę wulkaniczną, z której roztacza się przepiękny widok na wciąż czynny krater wulkanu.

Kiedy wulkan ponownie wybuchnie –  nie wiadomo. Dość powiedzieć, że wybuch sprzed 3,5 tysięcy lat to była erupcja, która spowodowała zatopienie okrągłej wyspy Thira.  Wyłoniło się wskutek tego wybuchu kilka mniejszych wysepek, tworzących dzisiejszy Archipelag Santorini. Jeśli zaś wyspa była okrągła to... u Platona taka była przecież Atlantyda! Ta teoria doprowadziła do wielkiego ożywienia turystycznego na wyspie Santorini po roku 1967, kiedy to wielki badacz Spiridon Marinatos ogłosił odkrycie Atlantydy. Ogromną wiedzę o historii wyspy ma Sofia Petrova, z którą zaprzyjaźniłam się podczas wycieczki na Santorini. Rozmawiałyśmy oczywiście o urokach miejscowej kuchni, w której króluje przede wszystkim oliwa, warzywa i owoce, znane santoryjskie wino Vinsanto, owoce morza i musaka. Niezwykle ciekawa okazała się także historia życia Zosi. Zresztą przekonajcie się Państwo o tym sami:


– W Twojej doskonałej polszczyźnie Zosiu, brzmi nuta rosyjskiego śpiewnego akcentu. I bardzo pięknie komponuje się z Twoją słowiańską urodą.


– Tak, mój dziadek ze strony taty był Polakiem. Nazywał się Piotr Burlewski, pochodził z Wielkopolski i po drugiej wojnie światowej został zesłany na roboty do kopalni złota na Syberii. Tam znalazł swój największy skarb, czyli... moją babcię Taisię i tak już w Nowokuźniecku pozostał. Tam są mrozy nawet minus 40 stopni Celsjusza. Ja również  urodziłam się w Nowokuźniecku i mieszkałam w tym mieście do 17 roku życia, kiedy to wyjechałam do Polski, do Poznania, na studia. Można powiedzieć – powróciłam do korzeni. I choć niewiele wiem o moim polskim dziadku, to moja dusza garnęła się do wszystkiego co polskie. Szybko nauczyłam się języka, historii i szybko poczułam się w Poznaniu jak w swoim domu. Ale…


– Ale życie dopisało kolejne malownicze scenariusze. Po studiach w poznańskiej Wyższej Szkole Hotelarstwa i Gastronomii Romana Taubera pojechałaś do Grecji na półroczną praktykę i...


– Tak, byłam młodą dziewczyną, zauroczoną greckimi widokami, grecką kuchnią i Grekami. Jeden z tych uroczych Greków został wkrótce moim mężem i nawet nie chciał słyszeć o moim powrocie do Polski. Małżeństwo przetrwało 10 lat, bo wiesz…. Tu w Grecji, w tradycyjnej rodzinie najważniejsza jest teściowa. Wiele lat pomagałam mojemu mężowi prowadzić jego turystyczno-hotelarski biznes, ale po rozstaniu postawiłam na własną działalność. Wcześniej byłam przewodnikiem na wyspie Kos, teraz rozkochałam się w Santorini, gdzie oprowadzam polskie wycieczki, łącząc tę pasję z dziennikarską pracą w greckiej telewizji.


– Jesteś doskonałą przewodniczką! Znasz tu każdy kamyk, każdą uliczkę, każdy zakamarek i piękną historię.


– Pokochałam Santorini. Wierzę w historię santoryjskiej Atlantydy. A poznać wyspę nie jest trudno, bo jest długa zaledwie na 18 kilometrów, szeroka na 2 do 6 kilometrów, a jej powierzchnia to ledwie 76 kilometrów kwadratowych. Ma chyba najkrótszy na świecie pas lotniska, bo tylko 1850 metrów. Mieszka tu około 1600 stałych mieszkańców, a w okresie sezonu letniego – od kwietnia do października – przybywa ponad 2,5 miliona turystów; w zimowym sezonie turystycznym kilka tysięcy. Mer Santorini zabronił już budowania nowych hoteli, bo wyspie grozi „zadeptanie”. Stąd doba hotelowa tutaj potrafi kosztować od 500 euro do… blisko 6 tysięcy!


– I chętnych nie brakuje. Ale wielu tak jak ja, korzysta z jednodniowych wycieczek do tego magicznego miejsca, przebywając po prostu na urlopie w Grecji. I pomyśleć, że przed rokiem 1967, kiedy profesor Spiridon Marinatos odkrył tu swoją Atlantydę, ten skrawek ziemi omijali nawet żeglarze.


– Tak było. Wyspa wyludniła się bowiem prawie po tragicznym trzęsieniu ziemi 9 lipca 1956 roku, kiedy zginęło wielu jej mieszkańców, przede wszystkim dzieci. One spały jeszcze w domach, gdy ich rodzice – rano o godzinie piątej dwanaście – zbierali santoryjskie małe pomidorki, które podobnie jak winorośla, są podstawą produkcji rolniczej na żyznej wulkanicznej ziemi. Po tej tragedii można powiedzieć „umarła” też wyspa. I dopiero odkrycie profesora ożywiło ją na nowo.


– I to jak! Cudowne bialutkie budowle z niebieskimi kopułami, liczne kościoły, sklepy, restauracyjki i przemili ludzie.


– Te wszystkie budowle są tu co roku od nowa malowane, bo pył wulkaniczny i czerwone deszcze z piaskowym pyłem z Sahary, przebarwiają te budynki nie do poznania. Jedną z ciekawostek Santorini jest fakt, że mamy tu blisko 600 kościołów. A wzięło się to stąd, że jeszcze kilka lat temu, każdy kto pobudował świątynię na swojej ziemi, był zwolniony z podatków od nieruchomości. Nie musiał też płacić za prąd doprowadzony do swojego kościoła. I czasami, dziwnym zbiegiem okoliczności, zużycie energii na te cele było baaaardzo wysokie. Nie mnie sądzić dokąd jeszcze ten prąd płynął.


–Zosiu, dziękuję Ci serdecznie za rozmowę. Muszę powiedzieć, że i ja zostawiam na Santorini kawałek mojego serca. To piękne miejsce!


Krystyna Lewicka-Ritter

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor