Niedziela - Tygodnik Bydgoski 11 mar 08:36 | Redaktor
Bez sakramentów nie ma zbawienia

„Chrystus z Eucharystią”, obraz Joana de Joanes (zbiory Esterházy, Budapeszt)/THE YORCK PROJECT: 10.000 MEISTERWERKE DER MALERE/ WIKIPEDIA

W czwartą niedzielę Wielkiego Postu kolor szat liturgicznych przybiera barwę stosowaną niezwykle rzadko, barwę różową. Jest to też kolor róż, które w Rzymie o tej porze roku zaczynają kwitnąć, stąd też inna nazwa tej niedzieli – niedziela róż.

Kto jest większy?

Niedziela - Tygodnik Bydgoski 23 wrz 10:11

Co z tą miłością? [NIEDZIELA]

Niedziela - Tygodnik Bydgoski 16 wrz 09:23

Jak więc widzimy, nasza więź z Rzymem, tym Wiecznym Miastem naszej kultury, poprzez liturgię i całe obrzędy Kościoła jest nierozerwalna, nawet w tak drobnych szczegółach. Ale róż to także kolor zwiastujący świt (bo „noc już daleko się posunęła i przybliżył się dzień”, por. Rz 13,12).

Wizja Leona XIII

Zanim przejdę do dalszych rozważań nad Tajemnicą Odkupienia, które wraz z świętym Tomaszem z Akwinu prowadzimy, pozwolę sobie na osobistą refleksję. Być może niektórym z nas znana jest wizja, którą otrzymał w trakcie swego pontyfikatu wielki papież końca XIX wieku, Leon XIII. To ten sam papież, który napisał pierwszą znaną encyklikę społeczną, będącą reakcją na rozwijający się ruch socjalistyczny i komunistyczny w Europie – encyklikę „Rerum novarum”. Mniej może znany jest fakt, że zwany był on papieżem różańcowym, bo od 1883 do 1898 roku wydał dwanaście encyklik różańcowych. Jego grób znajduje się w bazylice na Lateranie, „matce i głowie wszystkich kościołów świata”.

Otóż Leon XIII miał wizję Pana Jezusa rozmawiającego z szatanem. Przypomnę jej krótki opis za ojcem Domenico Pechenino: „Pewnego poranka (13 października 1884 r.) wielki papież Leon XIII zakończył Mszę św. i uczestniczył w innej, odprawiając dziękczynienie, jak to zawsze miał zwyczaj czynić. W pewnej chwili zauważono, że energicznie podniósł głowę, a następnie utkwił swój wzrok w czymś, co unosiło się nad głową kapłana odprawiającego Mszę świętą. Wpatrywał się niewzruszenie, bez mrugnięcia okiem, ale z uczuciem przerażenia i zdziwienia, mieniąc się na twarzy. Coś dziwnego, coś nadzwyczajnego działo się z nim. Wreszcie, jakby przychodząc do siebie, dał lekkim, ale energicznym uderzeniem dłoni znak, wstał i udał się do swego prywatnego gabinetu. Na pytanie zadane przyciszonym głosem: »Czy Ojciec święty nie czuje się dobrze? Może czegoś potrzebuje? « – odpowiedział: »Nic, nic«. Po upływie pół godziny kazał przywołać sekretarza Kongregacji Rytów, dał zapisany arkusz papieru, polecił wydrukować go i rozesłać do wszystkich w świecie biskupów, ordynariuszy diecezji”. Na arkuszu tym był tekst modlitwy do św. Michała Archanioła z poleceniem odmawiania jej po każdej Mszy świętej. A wizja była następująca. 

„W chwili, gdy zamierzał zakończyć modlitwę, usłyszał dwa głosy: jeden łagodny, drugi szorstki i twardy. I usłyszał taką oto rozmowę: Szorstki głos Szatana: »Mogę zniszczyć Twój Kościół!« Łagodny głos: »Możesz? Uczyń więc to«. Szatan: »Do tego potrzeba mi więcej czasu i władzy«. Pan: »Ile czasu? Ile władzy?«Szatan: »Od 75 do 100 lat i większą władzę nad tymi, którzy mi służą«. Pan: »Masz czas, będziesz miał władzę. Rób z tym, co zechcesz«”. 

Wizja, z tego co wiemy, nie precyzowała ani tego, co się stanie po owych stu latach, ani środków zaradczych. Leon XIII rozumiał jednak, że środkiem takim może być modlitwa do archanioła, który zgodnie z księgą Apokalipsy pokonał szatana, a ta sama księga zapowiada przecież, że zły duch będzie kiedyś uwolniony „na krótki czas”. Nie miał więc ten papież wątpliwości, że trzeba z całych sił modlić się o skrócenie tego czasu. 

Nie ma oczywiście w Kościele obowiązku wiary w objawienia prywatne. Natomiast z samego istnienia rozumnej natury ludzkiej wynika obowiązek używania rozumu. Jeśli więc nawet ktoś uzna, że wizja Leona XIII była złudzeniem czy przywidzeniem, to z samej obserwacji faktów ostatniego stulecia, a i ostatnich lat uznać trzeba, że Kościół i świat przeżywają pewną noc. I może – to już zupełnie osobisty punkt widzenia – gdybyśmy nie porzucili tej modlitwy Leona XIII, moc zostałaby szybciej zabrana diabłu? Może szybciej nastałaby ta chwila, kiedy „noc już daleko się posunęła i przybliżył się dzień”? Wszak nasz Pan chętnie daje wiernym to, o co wytrwale proszą… Ale jeśli liczba 100 lat rzeczywiście jest miarą tego czasu, czyż nie wolno mieć nadziei, że ten różowy kolor najbliższej niedzieli symbolizuje nadchodzący świt nowego światła nad naszym rzymskim, katolickim Kościołem? Oby tak było. Wolno przecież prosić o to Pana Boga. 

Ciało dające życie

Wróćmy do centralnego tematu naszych rozważań. W liturgii zreformowanej w czwartą niedzielę Wielkiego Postu czyta się ewangelię wg świętego Jana, fragment rozmowy z Nikodemem (J 3, 14nn). Te słowa rzucają nas w samo centrum tajemnicy naszego zbawienia: „Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto wierzy w niego, nie zginął, ale miał żywot wieczny. Bo Bóg nie posłał Syna na świat, aby świat sądził, ale aby świat był zbawiony przez niego. Kto wierzy w Niego, nie jest sądzony, a kto nie wierzy, już jest osądzony, że nie uwierzył w imię jednorodzonego Syna Bożego. A wyrok na tym polega, że światłość przyszła na świat, ale ludzie umiłowali bardziej ciemności niż światłość, bo ich uczynki były złe”. Tak to brzmi w moim ulubionym tłumaczeniu ks. prof. Dąbrowskiego. W Biblii Tysiąclecia, według której zresztą zostanie to odczytane w kościołach, jest paradoksalnie jeszcze mocniej: „Kto nie wierzy, już został potępiony…” 

Ale, żeby ktoś nie wyciągnął z tego protestanckiego wniosku, że zbawia „sama wiara”, zajrzyjmy do ewangelii czytanej w tę niedzielę w obrządku tradycyjnym. Wszak Ewangelię i całe Boże objawienie jest całością i nie wolno wyrywać pojedynczych zdań z tego kontekstu. A w tamtej perykopie znajdziemy opis rozmnożenia chleba, też wg św. Jana (rozdział 6). Wiemy, że rozmnożenie chleba jest zapowiedzią Eucharystii, czyli sakramentu Ciała i Krwi Pańskiej – Najświętszego Sakramentu. To rozmnożenie chleba doprowadziło potem do mowy eucharystycznej, w której tłumy usłyszały słowa „Jeślibyście nie pożywali ciała Syna Człowieczego i nie pili krwi jego, nie będziecie mieć życia w sobie” (to cały czas ten sam, szósty rozdział Ewangelii Janowej, wers 53.). Wtedy wielu odeszło.

To zdanie wyraża twardą prawdę, która i dziś jest kamieniem obrazy dla wielu. Nie ma zbawienia bez sakramentów. Z sakramentów najświętszym jest Eucharystia, zaś wszystkie pozostałe do niej prowadzą. A sakramenty są możliwe jedynie w Kościele, stąd słynna formuła „poza Kościołem nie ma zbawienia” – extra Ecclesiam salus nulla. Ten osławiony aksjomat sformułował w połowie III wieku św. Cyprian, biskup Kartaginy. 

Człowiek potrzebuje znaków

Wątpliwości co do tego nie ma również nasz przewodnik po świecie Bożych tajemnic – św. Tomasz z Akwinu. Zakończę cytatem z zagadnienia 61. trzeciej części jego „Sumy teologicznej”. 

„Sakramenty są konieczne do zbawienia ludzkiego z trzech powodów” – pisze św. Tomasz: 

„Pierwszy daje się wysnuć z samej ludzkiej natury, której właściwością jest to, że daje się prowadzić do spraw duchowych i umysłowych poprzez rzeczy cielesne i postrzegalne. Rzeczą zaś Bożej opatrzności jest zaopatrywać potrzeby każdej rzeczy zgodnie ze sposobem jej bytowania. Słusznie więc mądrość Boża udziela człowiekowi pomocy do zbawienia pod jakimiś cielesnymi i postrzegalnymi znakami, które zwą się sakramentami. 

Drugi powód nasuwa stan człowieka, który, grzesząc, poddał się rzeczom cielesnym na skutek ich umiłowania. W tym zaś miejscu należy człowiekowi stosować środek leczniczy, w którym jest ognisko choroby. Słuszne więc było, żeby Bóg udzielał człowiekowi duchowego lekarstwa poprzez jakieś cielesne znaki. Gdyby mu bowiem podano rzeczy duchowe tak jak są, jego duch oddany cielesnym rzeczom nie mógłby się do nich przyłożyć.

Trzeci powód nasuwa działalność ludzka, która głównie obraca się około spraw i rzeczy cielesnych. Otóż byłoby dla człowieka nader uciążliwe, gdyby go całkowicie oderwano od działań cielesnych. Dlatego to w sakramentach podano mu cielesne obrzędy, które go zbawiennie wychowują i zaprawiają; a podano mu je celem uchronienia go od zabobonnych praktyk, które są niczym innym jak czcią oddawaną złym duchom, lub też od wszystkiego, co jest dlań szkodliwe, a tym jest postępowanie grzeszne.

Tak więc dzięki ustanowieniu sakramentów człowiek odpowiednio do swojej natury 1. bywa wychowywany za pomocą rzeczy postrzegalnych; 2. doznaje upokorzenia, stwierdzając, że jest poddany rzeczom cielesnym, jako że poprzez te właśnie rzeczy otrzymuje pomoc; wreszcie 3. bywa chroniony od szkód ze strony rzeczy cielesnych za pomocą zbawiennych obrzędów stosowanych w sakramentach”. 

Maksymilian Powęski

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor