Historia 1 lut 2017 | Redaktor
Święta w internacie 1981

Grudzień 1981 roku zapadł głęboko w pamięć wielu Polakom. Zamiast ubierać z dziećmi choinkę i przygotowywać się do świąt, niejeden trafił do ośrodków internowania, nazywanych potocznie „internatami”.

Postrzeganie stanu wojennego redukowane jest często jedynie do daty 13 grudnia. Jest to błędne, gdyż trwał on aż półtora roku, do 22 lipca 1983 r. Musimy jednak pamiętać, że proces, który do niego doprowadził, został zapoczątkowany znacznie wcześniej, a jego skutki odczuwalne były dłużej niż tylko do formalnego końca stanu wojennego. Wiązał się on również z licznymi represjami, spośród których najbardziej znaną były internowania.


Wprowadzony 13 grudnia 1981 r. stan wojenny był odpowiedzią na powstanie NSZZ „Solidarność”, które nastąpiło w wyniku strajków z lata 1980 r. Już wówczas myślano o rozwiązaniach siłowych, ale rozmiary protestów skutecznie zniechęciły władze do tego typu pomysłów. Przygotowania jednak trwały, czego dowodzą pierwsze listy internowanych, które były gotowe już w październiku 1980 r. Znalazło się na nich kilkanaście tysięcy nazwisk.
Istnieją przesłanki sugerujące, że stan wojenny pierwotnie miał być wprowadzony znacznie wcześniej, bo już wiosną 1981 r. Na przeszkodzie stanęły wydarzenia tzw. bydgoskiego marca. Milicja pobiła wówczas kilku działaczy „Solidarności”, którzy przybyli na sesję Wojewódzkiej Rady Narodowej, aby dyskutować o rolnikach i poprzeć ich postulat powołania własnego związku zawodowego. Sprzeciw milionów Polaków wobec tego wydarzenia uzmysłowił władzom, że nie są jeszcze gotowe do działania. Prowadzono więc dalsze przygotowania, które, jak wiemy, wcielono ostatecznie w życie w grudniu 1981 r.


Internowania są najbardziej znaną formą represji stanu wojennego. Przeprowadzono je w ramach operacji pod kryptonimem „Jodła”. W całym kraju w specjalnych ośrodkach odosobnienia izolowano w tym czasie prawie 10 tys. opozycjonistów. W województwie bydgoskim represja ta dotknęła 71 osób. Umieszczono je w kilku ośrodkach na terenie całej Polski, głównie w więzieniu w Potulicach, ale także we Włocławku, Darłówku, Strzebielinku i Białołęce. Dwie internowane kobiety z Bydgoszczy, Halinę Lewandowską i Joannę Schetynę przetrzymywano początkowo w więzieniu w Fordonie, a w styczniu 1982 r. przewieziono do Gołdapi, gdzie przebywały do lipca tego samego roku.
Moment zatrzymania był traumatyczny. Grupa funkcjonariuszy przybywała po zatrzymanego z bronią, wyposażona w kajdanki, gaz pieprzowy, łom i inne tego typu sprzęty. W razie odmowy otwarcia drzwi lub stawiania oporu używano siły. Wyłamywano je łomem i wyprowadzano opozycjonistę skutego w kajdanki. Świadkami byli członkowie rodzin, w tym dzieci. Niektórym nie pozwolono nawet się ubrać. Wyprowadzano ich na mróz w piżamie. Milicyjnymi samochodami zwożono zatrzymanych do komendy wojewódzkiej, gdzie byli poddawani przesłuchaniom. Po wstępnych procedurach ciężarówkami odwożono ich do ośrodków internowania.
Służba Bezpieczeństwa poddała internowanych rozpracowaniu, próbując złamać ich psychicznie. Byli oni wzywani na przesłuchania, zmuszani do podpisania deklaracji o lojalności wobec władz PRL, a czasami również do współpracy z SB. Niekiedy odwoływano się do szantażu, grożąc odmową wydania zgody na jakiekolwiek odwiedziny ze strony rodzin czy też przekazywanie korespondencji.
Internowanie często było związane z dramatycznymi wydarzeniami. Zabierani z domów mężczyźni pozostawiali bez opieki małżonki i dzieci. Zdarzało się, że żony miały termin porodu w czasie, gdy mąż był internowany. Małżeństwo Joanny i Janusza Schetynów zostało internowane, a „na wolności” pozostał ich pięcioletni syn. Zaopiekowała się nim babcia, która jednak była schorowana i właściwie sama wymagała opieki. Na szczęście w tym przypadku, ale również w wielu innych, zadziałała solidarność koleżanek i kolegów z opozycji, którzy przyszli z pomocą.


Wsparcie udzielano zresztą nie tylko rodzinom, ale również samym internowanym. Dostawali oni paczki z żywnością, lekarstwami, papierosami, grami, książkami. Księżą odprawiali nabożeństwa i spowiadali. W trakcie takich wizyt często przemycali również listy dla rodzin albo różne przedmioty, takie jak chociażby aparaty fotograficzne, którymi dokumentowano pobyt w „internacie”. Szczególne zasługi w tym względzie miał kapelan internowanych i więzionych, ks. Józef Kutermak z bazyliki pw. Wincentego à Paolo w Bydgoszczy.
Warunki były fatalne, ponieważ ośrodki tworzono najczęściej w więzieniach. Internowani przetrzymywani byli w celach. Ciasnych, brudnych i zarobaczonych. Równie złe był warunki sanitarne: sedesy znajdowały się wewnątrz cel, odgrodzone od części „mieszkalnej” jedynie niewielkim przepierzeniem. Na noc wyłączano ogrzewanie, a wobec osadzonych wprowadzano więzienny rygor. Internowani musieli składać ubrania w kostkę i zostawiać je na korytarzu. Światło gaszono o 21.00, a pobudka była o 5.00 rano.


Dość szybko wykształciła się wspólnota osadzonych. Zaczęto nawet tworzyć pisane ręcznie gazetki, którymi podtrzymywano się wzajemnie na duchu. Wieczorami wspólnie śpiewano hymn, modlono się, wykonywano pieśni patriotyczne. Organizowano koleżeńskie wykłady, kursy językowe, zawody sportowe. Wszystko to miało służyć nie tylko integracji osadzonych, ale także zabiciu towarzyszącej odizolowaniu nudy.
Z czasem osadzonych w ośrodkach odosobnienia zaczęto zwalniać. Ostatni opuścili je jednak dopiero w grudniu 1981 r., po roku od wprowadzenia stanu wojennego. Jednak musimy pamiętać, że internowania to zaledwie jedna z wielu represji tego czasu. Tysiące osób było aresztowanych, oskarżanych i skazywanych na karę pozbawienia wolności, pozbawiano je pracy, nakładano kary pieniężne, przymusowo wcielano do wojska lub zmuszano do wyjazdu z kraju. O tych i innych formach represji okresu stanu wojennego, ale r&oa

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor