Felietony 24 lut 10:06 | Redaktor

Krach będzie miał nieprzewidywalne efekty. Kilka konsekwencji jednak można uznać za pewne.

       

Autor to publicysta, tłumacz i poeta.

Współpracował m. in. z „Gazetą Bankową” i tygodnikiem „Niedziela”

 

Akcje firm notowanych na giełdach tracą na wartości. Inwestorzy je wyprzedają. Dotyczy to głównie giełdy amerykańskiej.

Media trąbią, że spadek wycen wynika z marnych perspektyw gospodarki. Sprawa ma jednak głębsze dno. Na rynkach akcji, zwłaszcza na giełdzie nowojorskiej, mieliśmy bańkę spekulacyjną, a bańka w końcu pęka. Obecna korekta na giełdach jest jednak jedyna w swoim rodzaju. Ceny akcji latami rosły, bo uprzywilejowane instytucje finansowe lokowały na giełdzie swoje wpływy, czyli 4 biliony dolarów sprezentowane przez bank centralny. Dopływ pieniędzy windował ceny także papierów dłużnych i towarów. Możliwe, że ceny masła też zawyżyli spekulanci. Ten dopływ w Ameryce zasadniczo ustał trzy lata temu. Banki europejskie nadal dostają monstrualne pieniądze od banku centralnego strefy euro i rozdymają ceny na rynkach.

Akcje spółek giełdowych nabywcy zapisują sobie w bilansach po stronie aktywów. Gdy wycena tych aktywów spadnie znacznie i na dłużej, ich posiadacze w uczciwym systemie okazaliby się bankrutami. I być może się okażą. Ponieważ jednak Zachodem rządzą dziś właśnie banksterzy, wspólnie z rządami dokonują wszelkich szalbierstw, aby nie zbankrutować.

Bańkę spekulacyjną dość łatwo sprowokować i przez pewien czas podtrzymywać. Rok temu w branżowym miesięczniku poważyłem się zasugerować, że obecna hossa na giełdzie ma sens polityczny. Zaczęła się bowiem natychmiast po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta USA, a jej przebieg wskazywał, że musi pęknąć za jego rządów. To wielkie obciążenie dla prezydenta, jeśli musi się borykać z gospodarczymi skutkami krachu. Za dziewięć miesięcy Amerykanie wybiorą sporą część posłów i senatorów. Koła finansowe, przeważnie związane z demokratami, mogą wykorzystać kłopoty rządu, aby pozbawić republikanów stanu posiadania w legislatywie. Republikanie wprawdzie nie są wcale wiernym zapleczem Trumpa, ale dla starej banksterskiej mafii rządzącej od pokoleń Ameryką listopadowe wybory będą ostatnią szansą na przetrwanie. Kiedy to piszę, 9 lutego, czekam niecierpliwie, aż sprytny Trump z hukiem obwini bankierów za krach. Jeśli indeks giełdy nowojorskiej spadnie od szczytu o 20 proc. (na dziś jest to tylko 11 proc.), korektę zgodnie z leksykonowym znaczeniem słów nazwiemy krachem. Na miejscu Trumpa zacząłbym bębnić na cały świat, że źli banksterzy rujnują gospodarkę i zwykłych obywateli. On akurat bez trudu zdoła wymówić się od współodpowiedzialności. 

Banksterzy faktycznie rujnują świat. Wielcy bankierzy za zgodą potężnych rządów wytwarzają pieniądze z niczego, pożyczają je na procent obywatelom, firmom, słabym rządom. A następnie wywłaszczają swoich klientów z kapitału i owoców pracy. Większość populacji Zachodu w ostatnich dziesięcioleciach biedniała w porównaniu ze znikomą mniejszością. Ostatnio nawet mieszkańcy Zachodu w swej większości wręcz tracą siłę nabywczą. Nie dajmy się zwieść weekendowym wycieczkom tanimi liniami lotniczymi i zapełnionym knajpom. To nie jest oznaka zamożności szerokich mas. W zasobnych Niemczech bynajmniej nie każdy spędza wakacje na Majorce, a w Polsce tylko mniejszość stołuje się w restauracjach. Miały być pałace dla elit i kiełbasa dla ludu. Kiełbasa się już kończy. A jaki los czeka pałace? Zobaczymy. 

Krach będzie miał nieprzewidywalne efekty. Kilka konsekwencji jednak można uznać za pewne. Dla Polski istotne są warunki rolowania długu. Wyjaśnię w kilku zdaniach sytuację. Polski bank centralny, NBP, trzyma w skarbcu papiery dłużne zachodnich sojuszników jako pasywa, aby nasi starsi bracia pozwolili prezesowi Glapińskiemu emitować złotówki. Polska zatem pożyczyła sojusznikom bardzo dużo pieniędzy na niski procent. Od sojuszników zaś polski rząd pożycza coraz więcej euro i dolarów na wyższy procent. Gdyby sobie wzajemnie oddać długi, okazałoby się, że nasze zadłużenie zagraniczne nie jest wielkie. Rząd polski ma jednak jeszcze długi w polskich filiach zagranicznych banków. W tym roku premier Morawiecki musiałby spłacić 180 mld złotych, ale liczy na to, że bankierzy zrolują dług. To znaczy udzielą kolejnych pożyczek na spłatę poprzednich. W obliczu krachu jednak banksterzy mogą stracić chęć do rolowania długu albo zaoferować pożyczki na drakońskich warunkach. Przeżyłem przynajmniej jeden bolesny i długotrwały kryzys zadłużenia mojego kraju. Nic wesołego. Długi rzekomo nam umorzono w połowie, ale z naddatkiem spłaciliśmy wszystko majątkiem i zaniżonymi dochodami. Nazwisko wicepremiera, który tę operację przeprowadził, do dziś kojarzy się starszym Polakom z kłopotami albo nawet nędzą.l 

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor