Felietony 29 mar 19:37 | Redaktor

Obserwowane w ostatnich dniach wzmożenie środowisk feministyczno-proaborcyjnych po raz kolejny przypomniało, że mamy wojnę.

Ubrane od stóp do głów na czarno panie, wraz z dużo mniej licznymi czarnymi panami, wcale nie protestowały przeciwko naruszeniu tak zwanego „kompromisu aborcyjnego”. I nie chodzi wcale o to, że o jakimkolwiek kompromisie nie może tu być mowy, ponieważ jako się rzekło mamy wojnę. „Czarny protest” był po prostu kolejną emanacją nienawiści wobec życia. Nie umiem nazwać tego jaśniej. Nienawiść wobec życia objawia się niekiedy przewrotnie, bywa że używa nawet matek z dziećmi, jednak nienawiścią być nie przestaje. Hasła skupione wokół narządów płciowych i rzecz jasna Kościoła utożsamianego z wszelkim złem też nie są nowe. Z podobnymi szli ponad dwieście lat temu rewolucjoniści francuscy, choć wtedy na hasłach się nie skończyło. Ginęli księża i zakonnice, bezczeszczone były ołtarze i hostie. Wtedy się zaczęło. Człowiek świadomy, wyposażony chociażby w minimalną wiedzę historyczną, nie może o tym nie pamiętać. I nie może nie wyciągać wniosków.

Jak to na wojence, akcja wywołuje reakcję, na czarne odpowiada białe i tak to się toczy. Działania wojenne mają swoją przewidywalną mechanikę, ale też nieprzewidywalną dynamikę. Z obu stron padają bardziej lub mniej mądre hasła, każda strona jest święcie wierzy w swoje racje. Kobiety, wyposażone w ponad stuletni dorobek emancypacji, przekonywane przez samych mężczyzn, że są od nich pod każdym względem silniejsze, rzucają się na kolejne szańce. Straceńczy to bój, w którym nikt nie bierze jeńców. Ma on też swoją groteskową stronę, którą zawdzięcza niezawodnym celebrytom i wszelkiej maści komediantom. Ci nie przepuszczą żadnej okazji, żeby nie strzelić sobie „selfika” na czarno. Smutno mi, gdy widzę wśród nich znajome twarze, twarze ludzi, których lubię i szanuję za ich talent. Oto zespoły teatralne skrzyknięte na scenach, tych samych, na których wypowiadane są (coraz rzadziej niestety) szlachetne kwestie, „solidaryzują się”. Solidarność artystów przeciwko życiu, to brzmi i dziwacznie, i strasznie. Wiem, że wielu z tych ludzi wdziewa czarne stroje tylko dlatego, że nie chcą się wyłamać. Zmanipulowani przez ideologicznych hochsztaplerów, którzy trzęsą polskim teatrem, nie chcą stracić pracy. Nie pisałbym tak, gdybym nie znał tego środowiska. Rozmawiam z tymi osobami i wiem, że często muszą ukrywać się ze swoimi prawdziwymi poglądami. Muszą grać w spektaklach, które gwałcą ich sumienia i poczucie estetyki. Muszą wypowiadać słowa, w które nie wierzą. Muszą oddawać swoje ciała na potrzeby chorej wyobraźni reżyserów. To znaczy nie muszą, ale tak się składa, że tylko to potrafią. Tacy trochę żołnierze na niby w tej wojnie na serio.

Zdarzają się też niewypały, strzały w kolano, w stopę albo ślepymi nabojami. Ktoś ważny wycofał się z organizacji konferencji bioetycznej tylko dlatego, że wśród uczestników widniała osoba kojarzona z ruchem pro life. Inny ważny ktoś zaprosił do panelu „etyka w dziennikarstwie” osobnika powszechnie znanego z łamania tejże etyki. Śmieszne przeplata się ze strasznym, mądrość z głupotą, odwaga z tchórzostwem, hipokryzja z oburzeniem. Komedia ludzka trwa w najlepsze.

A jednak każdy z nas, łącznie z piszącym te słowa, ma w niej do odegrania swoją rolę. To przedstawienie, które toczyć się będzie do końca świata. Osobiście jestem przekonany, że śmierć nie ma w nim najmniejszych szans. Gra idzie o to, żeby w tym wszystkim zachować twarz, a nie tylko selfie.

Jarosław Jakubowski

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor