Felietony 8 mar 09:42 | Redaktor

Prezydenci miast, w ogóle wszelacy prezydenci, prezesi i przewodniczący to, jak powszechnie wiadomo, nie tylko znakomici mecenasi sztuki, ale również jej subtelni koneserzy. Jeden z nich, rządzący od lat miastem B. nad rzeką B., należy do wybitniejszych znawców sztuki filmowej. Nie może być inaczej, skoro w mieście B. odbyło się dziewięć edycji największego na świecie, i właściwie jedynego takiego na świecie, festiwalu operatorów filmowych.

 

Jarosław Jakubowski

pisarz, poeta, dziennikarz

Wprawdzie stworzył go Marek Żydowicz (pseud. Wieczny Tułacz), ale dzięki „oschłej przyjaźni” obu panów impreza mogła w B. nad B. funkcjonować. Impreza dla branży, a przy okazji świetna sposobność, żeby obejrzeć najciekawsze filmy sezonu, a także spotkać na żywo ich twórców. W ubiegłym roku udało mi się wbić na spotkanie z niejakim Davidem Lynchem. W tym roku gościem Camerimage był Roman Polański. A bywali w B. między innymi Jessica Lange, Keanu Reeves, Kenneth Branagh i wielu, wielu innych.

No tak, ale co z tego mieli mieszkańcy B. czy sama B.? Nic, poza tysiącami gości w hotelach i restauracjach, a także setkami relacji w telewizjach i internetach, w których nazwa „B” pojawiała się niczym błysk geniuszu jej prezydenta. Krótko mówiąc – nic, poza splendorem, a splendor jest jak tren sukni – efektowny, ale cholernie niewygodny. Po serii pląsów, zwodów, potknięć, okrzyków i przekleństw Camerimage został w końcu od B. oderwany. Nie chce mi się wnikać w przesłanki, analizować argumentacji obu stron, od tego są dziennikarze, którzy i tak niczego nie rozumieją. Dość, że festiwal po latach wrócił do miasta T. nad rzeką W., gdzie w międzyczasie zbudowano solidną infrastrukturę dla tego typu przedsięwzięć. Ten fakt zostanie natychmiast opisany przez niczego nierozumiejących dziennikarzy jako kolejna złośliwość T. wobec B. A przy okazji – jako wynik przenikliwości prezydenta B., który przecież był to przewidział i dlatego festiwalowi obciął. Nie tren, ale dotację. A że nie zrobił dokumentnie nic, żeby Camerimage mógł w B. zostać – to przecież tym bardziej świadczy o jego geniuszu. Bo gdyby na przykład zbudował centrum konferencyjno-kongresowe albo czwarty krąg opery, a Wieczny Tułacz dostałby lepszą propozycję z innego miasta – dopiero mielibyśmy klops w B. nad B. A tak nie mamy ani centrum, ani kręgu, ani, co najważniejsze, Camerimage. Baba z wozu, koniom lżej. Mogą pociągnąć landarę ku przyszłości, która rysuje się dla kultury w B. jasnymi barwami. Tak jasnymi, że niemal przezroczystymi.

Jak się nad tym zastanowić, to w polityce B. w B. nad B. polegającej na koszeniu kultury równo z poziomem MCK-u, jest jakiś głębszy zamysł. Po pierwsze, usuwamy panoszących się po mieście przybłędów z całego świata. Po drugie kumulujemy działania artystyczne pod ciasnym, ale jakże bezpiecznym emcekowym kloszem. Po trzecie wreszcie – zyskujemy pełną kontrolę nad całym tym artystycznym tałatajstwem, które żadnych przychodów nie daje, a tylko woła o dotacje, granty i stypendia.

Mądry, po stokroć mądry jest pan B. z B. nad B. Jakiś utalentowany malarz powinien wykonać jego portret dla potomności. Podpowiadam, jak mogłaby wyglądać ta kompozycja. W jednej ręce liczydło, w drugiej brzytwa. A cała postać na tryumfalnie wierzgającym kucu. Dlaczego nie koniu? Wyłącznie ze względów bezpieczeństwa. Tak zdjętemu gospodarzowi największego miasta powiatowego w P. musi rzecz jasna towarzyszyć grupa światłych doradców, a także dworzan podskakujących do podawanego przez wodzireja rytmu. Tylko kto taki portret namaluje?

 

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor