Felietony 8 lip 09:15 | Redaktor

Lewicowi liberałowie zwani niekiedy lewakami są ludźmi głęboko nieszczęśliwymi. Ich sumienia nieustannie znajdują się w stanie podgorączkowym, który często przechodzi w wysoką gorączkę. Właściwie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę dręczą ich wszelkie możliwe plagi. Trudno wymienić je wszystkie, ale jedna bije na głowę pozostałe.

Jarosław Jakubowski

pisarz, poeta, dziennikarz

Lewicowi liberałowie zwani niekiedy lewakami uważają, że główną przyczyną zła na Ziemi jest obecność na niej człowieka. Gdyby nie człowiek, Ziemia byłaby planetą idealną do życia. Oczywiście życia wszystkich gatunków, poza homo sapiens. Niestety, nic nie wskazuje na to, żeby homo sapiens dobrowolnie zniknął z areny dziejów, co z jednej strony LL bardzo martwi, z drugiej zaś stanowi powód ich aktywności.

LL wierzą, że mamy do czynienia z ociepleniem klimatu, za co odpowiada człowiek. Nie trafiają do nich argumenty, że ocieplenia i zlodowacenia następowały również, gdy człowieka na Ziemi nie było lub występował w ilościach śladowych. Jak przystało na emanację cywilizacji zachodniej z jej naczelną filozofią „róbta, co chceta”, LL starają się narzucić swoje poglądy wszystkim, którzy tych poglądów nie podzielają. Ekologia w ich ujęciu polega na tym, żeby mieszkaniec wielkiego miasta miał gdzie wyjechać na weekend, a po weekendzie wrócić do betonowej dżungli usianej deweloperką. Nie daj Boże, jeśli w czasie takiego wyjazdu poczuje zapach, za przeproszeniem, gówna. Wieś dla LL nie jest bowiem miejscem, gdzie się żyje i pracuje, a więc również produkuje żywność, a więc również wytwarza odpady z tejże produkcji. O nie, jedzenie przecież kupuje się w galerii, wieś jest miejscem wypoczynku i rekreacji. Tak samo las, nawet jeśli jest po prostu plantacją drzew. Natura nie ma służyć człowiekowi, natura ma być ładnym i przyjemnie pachnącym landszaftem, w którym nigdy nie dochodzi do aktów tak gwałtownych jak mord. Najlepiej więc pominąć fakt, że zwierzątka jedzą siebie nawzajem, ale oprotestować fakt, że człowiek je zwierzątka. Tak wykastrowana natura spełnia oczekiwania lewicowego mieszczucha i poprawia jego samopoczucie.

Drugim, zaraz po człowieku, wrogiem LL jest religia. Religia chrześcijańska, czytaj: katolicka. Każda inna religia może sobie od biedy istnieć. Istnienie katolicyzmu jest poważnym problemem. Z pewnym rozbawieniem dowiedziałem się ostatnio, że obok homofobii jest coś takiego, jak transfobia i bifobia. Chodzi zdaje się o reakcje lękowe związane z rodzajami aktywności seksualnej pewnego marginesu populacji. Te rzekome fobie są niczym innym, jak ideologicznym bejsbolem, którym LL walą po głowach znienawidzonych „katoli”, którzy uparcie bronią się przed reedukacją w duchu LGBT (tu można dodać kolejne literki z alfabetu różnorakich aktywności łóżkowych i pozałóżkowych). Tymczasem schorzeniem znacznie poważniejszym i dość powszechnym jest dziś katofobia, przejawiająca się alergią na katolików i katolicyzm. Jakoś nie słyszałem o „Dniu Walki z Katofobią”, za to codziennie mam do czynienia z wypowiedziami i działaniami, które katofobię pogłębiają. Osobnik dotknięty tą przypadłością jest święcie (przepraszam za to niepoprawne słowo) przekonany, że znajduje się w nieustannej katolickiej opresji, że nie wolno mu paradować po ulicy w skórzanych gaciach (chociaż wolno), że zabrania mu się parodiowania procesji Bożego Ciała (jak się okazuje, można), aborcji (kto chce, ten i tak dokona), rozwiązłości seksualnej, niewierności etc., etc. Krótko mówiąc – uważa, że katolicyzm przeszkadza mu (mimo że nie przeszkadza) „być w pełni sobą”, cokolwiek to „sobą” oznacza.
Problemy są od tego, żeby je usuwać. Po usunięciu znienawidzonego człowieka i znienawidzonej religii powinna nastąpić era powszechnej szczęśliwości. Na szczęście nikt z nas tego nie doczeka.

 

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor