Felietony 11 mar 09:02 | Redaktor

Dzidka wychowali w domu tak, że liczą się ideały, altruizm, zasady, maniery i te rzeczy. No i przede wszystkim precz z konformizmem. To było głupie wychowanie, bo Dzidek był takim samym ancymonem i egoistą, jak inni, ale nie wierzył w to i nie przyznawał się. A – co gorsza – co chwila musiał udowadniać, że nie pójdzie na kompromis ze złym światem.

      

Autor to publicysta, tłumacz i poeta.

Współpracował m. in. z „Gazetą Bankową” i tygodnikiem „Niedziela”

U schyłku Peerelu odmówił służby wojskowej. Szykował się na dwa lata odsiadki, ale go zostawili w spokoju, bo Peerel właśnie upadał. Za to wojsko dobrze go zapamiętało. Dzidek został bezkompromisowym publicystą. Wojskowi po kilku latach uznali, że będą z niego ludzie i że warto mieć z nim dobre relacje. Ale na odległość. No bo na ten przykład maniery w wojsku mieli mniej wyszukane i nie chcieli spłoszyć wzniosłego publicysty. Dzidek miał prawie czterdziechę, jak od kolegi polityka usłyszał po raz pierwszy brzydkie słowo „zaje*ać” użyte w groźnym znaczeniu. Był to czas, kiedy trup słał się gęsto za rządów premiera miłości. Wszyscy przy nim unikali brzydkich słów. Taki to był ten Dzidek. 

Później pewien fachowiec ze służb, Waldi, wyjaśni Dzidkowi, że wojsko prowadzi go na dystans. Do Dzidka odzywali się ludzie fajni albo czcigodni i prowadzili mądre rozmow, próbując wyczuć, co Dzidek knuje. Albo po cichu, anonimowo pomogli zarobić parę groszy (nigdy więcej). 

Kiedyś zadzwonił nieznajomy, zwany złośliwie Pawką, i zaproponował wspólne zakładanie nowej gazety. Minęło znowu z dziesięć lat i Pawka zapoznał Dzidka z fajnym człowiekiem. – Zarobisz sobie – rzucił. Fajny człowiek nie dał zarobić, tylko stawiał obiadki i zasilał Dzidka mocnymi wódkami. W końcu zaprosił go na imprezkę. Było trochę towarzystwa. Na przykład przystojny prezes firmy z atrakcyjną pracownicą, bodajże Martyną. Dolewali, więc Dzidek pił. Nawet domagał się więcej, bo coś przeczuwał. Trafnie przeczuwał. Po dwóch godzinkach picia przystojny gość dał znak podwładnej i blondyna kocim ruchem niemal usiadła na kolanach Dzidka. Dzidek się zdążył usunąć. I tak jeszcze ze dwa razy. Skończyło się na tym, że Dzidek zażądał odwiezienia, bo nogi mu nieco odmawiały posłuszeństwa. A wojsko już wiedziało, że w pracy z Dzidkiem trzeba trzymać się zasad i nie ignorować manier. 

Tymczasem w kraju od niedawna istniała służba specjalna, która wojska nie lubiła, ale najwyraźniej jeszcze wśród pagoniastych nie miała wiarygodnych źródeł, więc nie wiedziała o klęsce pięknej Martyny. Nowa służba miała maniery. Z klasą wszczęła działania mające na celu zohydzenie Dzidka w oczach jego wojskowych znajomych. Dzidek zatem do spółki z Waldim wykonał wysoce intelektualne zlecenie dla rządu i pobrał honorarium w kasie służby specjalnej, za szeregiem strasznych drzwi bez klamek. Znał takie drzwi z gabinetów ważnych generałów, dlatego światek służb kojarzył mu się ze szpitalem psychiatrycznym. Dzidek dostał w kasie tzw. pasek, jak za dawnych lat. Nazwisko, kwota wypłaty, nazwa firmy. 

Miesiąc po wypłacie Dzidek miał śmieszną przygodę. Poszedł na styczniowy opłatek w fajnym towarzystwie. Zobaczył ważnego prezesa, byłego posła. Prezes nieodparcie kojarzył się z wojskiem. Dzidek radośnie rzucił mu: – Cześć! 

Prezes spiesznie wyminął Dzidka. Dzidek obrócił się do wspólnego kolegi: – Co go ugryzło? – spytał. – Jesteście z innych służb – odparł kolega. 

Nie trzeba dodawać, że później śmiechom i przekomarzaniom nie było końca, bo trudno się obrażać przez całe życie z byle powodu. Służby się zmieniają, a ludzie trwają. 

I to jest morał z powyższej bajeczki. Mógłbym opowiastkę pozostawić bez dalszego ciągu, ale zostało mi jeszcze trochę miejsca do wypełnienia. W świecie i w Polsce obserwujemy narastającą atomizację. Rozpadają się potężne armie i wieczyste sojusze. Każdy indywidualnie gra sam przeciwko każdemu. Powstają małe, doraźne grupki, po chwili się rozpadają. Mocarstwa nie mają już pełnokrwistych agentów, jak za mojej młodości. Wtedy było wiadomo, kto do jakiej ambasady chodzi i po co. Teraz każdy może pójść do dowolnej ambasady i nic z tego nie wynika. Nawet wypłaty może nie dostać… 

Wezwał mnie niedawno na konsultację jakiś kolejny nowy kolega. Iluż to człek ma tych nowych kolegów! Skarżył się, że on by mógł wiele zrobić, ale ludzi nie ma i pieniędzy. – Po co ci pieniądze? – spytałem. Zdziwiony był. Że niby bez pieniędzy to się nic nie da. I wtedy ja mu opowiedziałem o tej atomizacji. Że każdy osobno, że żadnej lojalności, żadnego zaufania. I że sprawdzona lojalność w dzisiejszym świecie więcej warta jak majątek Sorosa.

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor