Felietony 31 gru 13:31 | Redaktor

Polscy patrioci z czasów stalinowskich na jednym sztandarze wyszywali sobie Piłsudskiego po jednej stronie, a Matkę Boską – po drugiej. Tymczasem bogiem Piłsudskiego był on sam. Oraz Napoleon, którego duch ponoć się w niego wcielił – pisze Marcin Masny.

Marcin Masny

publicysta, tłumacz, poeta

5 grudnia w urodziny Józefa Piłsudskiego specjalnie zwołano Zgromadzenie Narodowe. Prezydent Andrzej Duda w orędziu wymienił Piłsudskiego i pięciu innych polskich mężów sprzed stulecia.

List do świętujących wystosował również nasz nowy Piłsudski, prezes rządzącej pratii. Nazwał swego idola „wskrzesicielem państwa polskiego”, „ojcem odrodzonego państwa polskiego” i „jedynym człowiekiem, który mógł zjednoczyć pod swoim przywództwem wszystkie proniepodległościowe polskie nurty polityczne”. Jemu – zdaniem czciciela – „zawdzięczamy niepodległe państwo w takich, a nie innych, w końcu niemałych granicach”. Każde z tych twierdzeń jest fałszywe. Wrócę do tematu w wiosenne rocznice zamachu i zgonu dyktatora, które przypadną blisko 70. rocznicy powstania Izraela. Wbrew pozorom łączy te jubileusze wspólna nić.

Józef Piłsudski nosił w klapie obrazek Matki Boskiej Ostrobramskiej. Lech Wałęsa wolał Częstochowską. Dla powierzchownej polskiej religijności nie jest niczym dziwnym spotkanie Matek Boskich, jak w poemacie Słowackiego: „I przyszły dwie Panie w błękit ubrane”.

Dwa lata temu demoliberalna „Frankfurter Allgemeine Zeitung” pisała: „Kaczyński już dziesięć lat temu chciał przekształcić swój kraj w patriotyczne, ściśle katolickie państwo” na wzór „Polski międzywojennej rządzonej autorytarnie przez marszałka Piłsudskiego”. Ta sama gazeta niedawno doniosła, że bracia Kaczyńscy wychowali się „w atmosferze katolicko-patriotycznego domu rodzinnego”. Fałsz. Rodzice posłali ich do szkoły bez lekcji religii w okresie, gdy przez kilka lat była obowiązkowa. Elita PiS-u wyrosła z antyreligijnej, prometejskiej lewicy, tolerowanej przez PRL po 1956 roku. Władza była wobec niej łaskawa. Jednych omijały wszelkie represje, mogli podróżować i konspirować bez przeszkód. Inni gładko uciekali z internowania. Magdalenka… Uwłaszczenie…

Wierny giermek obecnego Piłsudskiego, nadzorca służb specjalnych, uczciwy ateusz, nie udaje religianta. W latach 80. wraz z kolegami postanowił dać wycisk młodym narodowcom, których uważał za moczarowską czarną sotnię. Wpadł do kościelnej salki, gdzie czarna sotnia się zbierała, ale zatrzymał się na pokaźnym korpusie wąsatego narodowca. Po latach szukał kościelnych kontaktów, więc odnalazł wąsatego i zwrócił się do niego: – Cześć, jestem Mariusz, pamiętasz mnie? Spotkaliśmy się w kościele.

Mariusza później niechętna gazeta przezwała Robespierrem, a naczelnik po przejęciu władzy powtórzył ten ryzykowny żarcik. Żeby było śmieszniej, natychmiast na Twitterze powtórzył te słowa zastępca Mariusza, nie dostrzegając zapewne ich przewrotności. Wszyscy wiemy, że przywódca terroru państwowego podczas Rewolucji Francuskiej sam padł jego ofiarą. Robespierre wierzył w jakąś Istotę Najwyższą, a planową dechrystianizację Francji uważał za błąd. Sądząc po biografii biednego rewolucjonisty, jego Istotą Najwyższą był ten bóg, który w ogrodzie rajskim obwieścił: „Stworzył was ciemny, zły demiurg, a ja jestem bogiem światłości i dam wam szczęście”.

Piłsudscy, Wałęsowie, a może nawet inni naczelnicy noszą Matkę Boską w klapie dla uwiarygodnienia lub jako amulet. Polscy patrioci z czasów stalinowskich na jednym sztandarze wyszywali sobie Piłsudskiego po jednej stronie, a Matkę Boską – po drugiej. Tymczasem Piłsudski był apostatą, a jego bogiem był on sam. Oraz Napoleon, którego duch ponoć w niego się wcielił.

12 maja 1935 roku, w dniu zgonu Piłsudskiego, św. Faustyna Kowalska miała widzenie. „Wtem ujrzałam pewną duszę, która się rozłączała od ciała w strasznych mękach…, a dusza, którą widzę w skonaniu, jest to dusza, która była pełna zaszczytów i oklasków światowych, a których końcem jest próżnia i grzech. Na koniec wyszła niewiasta, która trzymała jakby w fartuchu łzy i ta bardzo świadczyła przeciw niemu. (…) Nie mam wyrazów ani porównań na wypowiedzenie rzeczy tak strasznych, a chociaż zdaje mi się, że dusza ta nie jest potępiona, to jednak męki jej nie różnią się niczym od mąk piekielnych, tylko jest ta różnica, [że] się kiedyś skończą”. Przed zaduszkami tego roku jakaś postać przyszła do Faustyny. „Zaczęła mi robić wymówki: czemu nie chcę uznać jej wielkości, jaką mi oddają wszyscy za moje wielkie czyny; czemuż ty jedna nie oddajesz mi chwały? Wtem ujrzałam, iż w tej postaci szatan jest, i rzekłam: Bogu samemu należy się chwała, idź precz, szatanie! I w jednej chwili dusza ta wpadła w otchłań”.

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor