Felietony 2 paź 11:17 | Redaktor

Nie wiemy jeszcze, czy sprawa pedofilii w słupskim ośrodku kultury wpłynie na wizerunek odchodzącego z urzędu prezydenta miasta Roberta Biedronia. Jedno nie ulega wątpliwości, że ruch LGBT, także w Polsce, stał się już drogą awansu politycznego. Można powiedzieć, że wcześniej przetarła ten szlak Anna Grodzka, czyli dawny Ryszard Bęgowski.

Tomasz Rowiński

publicysta, redaktor kwartalnika „Christianitas”

 Jak to możliwe w kraju, który wciąż jest przywiązany do chrześcijaństwa i takiej klasyfikacji spraw publicznych, w których preferencje seksualne polityków nie odgrywają zasadniczej roli, tzn. są raczej sprawą prywatną? Co więcej, w przypadku innych polityków niestandardowe zachowania seksualne kończą się jakiegoś rodzaju kompromitacją. Można przypomnieć choćby nie tak dawną sprawę posła Pięty. Rzecz jasna tego typu niesława częściej dotyka osoby publiczne deklarujące katolicyzm czy choćby konserwatyzm – nie powinno to dziwić, wszak prowadzone jawnie lub ujawnione niestandardowe zachowania seksualne zaprzeczają ich deklaracjom światopoglądowym.

Przykład Roberta Biedronia i to, jak łatwo udało mu się wskoczyć w pobliże dużej polityki w Polsce, pokazuje działanie innego już mechanizmu. Gdyby ktoś miał wątpliwości, że akcje prezydenta Słupska - mimo problemów - znacznie wzrosły w ostatnim czasie wystarczy, że zestawi sobie „wiszące” na You Tubie występy Biedronia sprzed lat z niedawnymi opiniami, że właściwie byłby to dobry kandydat na urząd prezydenta Polski. Robert Biedroń był przed dekadą typowym, agresywnym i zachowującym się żenująco działaczem ruchu homoseksualnego, który obrażał się i wychodził ze studia, gdy choćby o. Leon Knabit wyrażał – delikatnie – opinie będące nie po drodze z agendą LGBT.

Dziś Biedroń wydaje się poważnym działaczem, politykiem w niezłym garniturze. Czy ktoś z nas potrafi jednak powiedzieć, jakie poglądy na sprawy publiczne reprezentuje on poza popieraniem agendy politycznego ruchu homoseksualnego? Wydaje się, że to one i tylko one wyniosły Biedrona jako polityka. Celowo używam sformułowania „polityczny ruch homoseksualny”, ponieważ chcę go odróżnić od osób o skłonnościach homoseksualnych. Phillippe Arino – były francuski aktywista homoseksualny, który w swoich książkach opisuje dynamikę społeczności homoseksualnych oraz politykę politycznego ruchu homoseksualnego – tak mówił na łamach „Christianitas” o sytuacji we Francji (65/2016): „Oczywiście, są wśród nich [działaczy LGBT] „zadeklarowane” osoby homoseksualne, które w tym ruchu robią za poręczycieli, figurantów lub królowe karnawału. Zazwyczaj jednak ze strony osób homoseksualnych zaangażowanie polityczne i chęć pokazywania się jest niewielka. Praktycznie wszyscy określają się jako „ludzie spoza środowiska”, odcinają się od społecznej czy politycznej promocji homoseksualizmu. [...] Może to zabrzmi nieprawdopodobnie, ale lobby LGBT jest w większości heteroseksualne! Tworzą je ludzie, którzy mówią o sobie „hetero” i chcą naszego szczęścia w homoseksualnej „miłości”, do której nas przeznaczają. Czynią tak z zemsty za swoje nieudane małżeństwa i związki.” Arino mówił także w przywołanym wywiadzie, że we Francji nie dziwi obecność polityków, którzy zaistnieli w niej tylko dzięki wizerunkowi LGBT.

Zadajmy jednak pytanie, jaką politykę mogą zaproponować takie osoby, jakie są ich polityczne kompetencje, czy mogą zadbać o dobro wspólne, o rodzinę, skoro praktycznym ich celem jest destrukcja rodziny i dobra wspólnego. Robert Biedroń jest cieniem, jakim kładzie się na polskim życiu publicznym liberalny model polityki, w którym dostęp do władzy mogą uzyskać wszelkie tożsamości, jakie tylko zdołają sobie wywalczyć publiczne i medialne uznanie. Niezależnie, czy są warte rozważenia, czy są projektami antyspołecznymi i toksycznymi. Ktoś może zapytać – to jak? Mamy zabronić udziału w polityce takim ludziom jak Robert Biedroń? Gdzie wolność, gdzie demokracja? Sądzę, że lepiej gdyby każdy z czytelników sam odpowiedział sobie na to pytanie, choćby gdy pójdzie głosować w najbliższych wyborach.

Dodam jeszcze dwa pytania – czy naprawdę możemy uważać, że nie ma dobrej lub złej polityki, a liczy się tylko siła przebicia? A jeśli to pierwsze pytanie nie wystarcza, to dodam pod rozwagę i drugie. Jakie jeszcze preferencje seksualne mogą stanowić podstawę do ustanowienia wokół nich walczącej o afirmację tożsamości społecznej, a co za tym idzie jakiejś formy organizacji politycznej? I czy motywacje aktywności publicznej oparte na afirmacji rzeczywistości „wewnętrznie nieuporządkowanej” (Katechizm Kościoła Katolickiego, 2357–2358) mogą oznaczać dobrą przyszłość dla dobra wspólnego, dla nas wszystkich?

Artykuł opublikowany w wydaniu „Tygodnika Bydgoskiego” z 6 września 2018 roku.

 

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor