Felietony 14 lis 10:01 | Jarosław Jakubowski

Spodobało mi się hasło wyborcze jednego z kandydatów na prezydenta miasta nad Brdą: „Wielka Bydgoszcz”. Krótkie i marzycielskie. Ten drugi też miał krótkie, ale raczej buchalteryjne: „Tylko konkrety”. Gdyby oba hasła ze sobą zderzyć, wyszłoby, że największym konkretem Bydgoszczy jest jej wielkie zakompleksienie.

Jarosław Jakubowski

pisarz, poeta, dziennikarz

I nie mówię już, że na tle sąsiedniego Torunia, który jak wiadomo przyssał się do marszałkowskiego (czytaj: unijnego) cyca, a Bydgoszczy nie dopuszcza. Nie, to wielkie zakompleksienie wynika raczej z głębokiej samowiedzy. Bydgoszcz wie, że jej pozycja jest słaba, o wiele słabsza niż wynikałoby to z potencjału ludnościowego, ale nigdy tej wiedzy nie wykorzysta dla swojego dobra, mało tego, nigdy tej wiedzy nie ujawni. Zamiast tego będzie wołać w ślad za Mrożkowskim bohaterem „Monizy Clavier”: „o, tu wybili, panie…za wolność wybili” ukazując nieładne ubytki w uzębieniu.

Ale co to znaczy „Bydgoszcz”? Kto to jest? Dla mnie alegorią Bydgoszczy jest na przykład ulica Dworcowa w poniedziałkowe popołudnie, dzień po święcie 11 listopada. Gdy wysiadłem z pociągu z Warszawy, w głowie mając jeszcze jej rozwibrowanie, oczom mym ukazała się ulica widmo. Cichutko, puściutko, tylko gdzieniegdzie polegujący menel, poza tym brak jakichś wyraźnych oznak życia. Gdy zbliżałem się do Gdańskiej, z bocznej uliczki wychynęła grupka śniadych młodzieńców operujących jednym z języków romańskich. Pomyślałem od razu, że to goście festiwalu Camerimage, bo któż by inny o tej porze. Rozglądali się w poszukiwaniu jakichś atrakcji, czegoś czym można by zabić czas między seansami albo warsztatami. Oni, cali nowocześni i zachodni i ona, widmowa ulica Dworcowa, no i ja na niej, przechodzień widmo. Ulica w nosie miała ich oczekiwania, była sobie dalej ospała i półżywa, a i Gdańska nie wykazywała specjalnego zainteresowania życiem. Złośliwie pomyślałem: a, dobrze wam tak, poszukiwacze przygód, poczujcie na własnej skórze, co to znaczy „bydgoska rezygnacja”. Zjawisko opisane niegdyś na łamach pewnego znanego tygodnika i patronujące fanpage’owi o takimż tytule, dobrze oddaje bydgoskiego ducha, ową „bydgoskość”, do której odwołują się różni pozytywni wariaci, ślepo zakochani w tym trudnym mieście o trudnej nazwie.

Bydgoszcz rezygnuje z mocy i znaczenia, bo… ma do tego prawo i z niego pełnymi garściami korzysta. Zbudowała sobie ślizgawkę na 300 osób zamiast nowego „Torbydu”? Nie dała rady zbudować akwaparku choć wiele miasteczek powiatowych takowe posiada? Nie odbudowała zachodniej pierzei rynku ani Teatru Miejskiego? Najlepszą odpowiedzią jest kwestia szatniarza z „Misia”: Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobisz? No nic nie zrobisz. Odmrozi sobie uszy, spadnie do roli powiatowej mieściny, ale przecież zawsze będzie mogła ponarzekać na obiektywne okoliczności, które ją blokują z wszystkich stron.

Czy to bydgoska rezygnacja udzieliła się pewnemu amerykańskiemu operatorowi filmowemu, który – jak podaje prasa – mocno narozrabiał w hotelu, będąc w stanie mocno wskazującym? Pomieszkałby tu trochę, niekoniecznie w hotelu, i przestałby się miotać. Prędzej czy później musiałby zrozumieć, że wszelkie gwałtowne ruchy jedynie potęgują pogrążanie się w tej duszącej atmosferce.

Niewykluczone, że przemawia przeze mnie Schadenfreude wynikająca z jakiejś Hassliebe w stosunku do trudnego miasta o trudnej nazwie. To miasto nikogo nie rozpieszcza. To miasto nie wybacza talentu i sukcesu. Dlatego jest tak nużąco fascynujące jak uśpiona Dworcowa w poświąteczny poniedziałek. W przeddzień zupełnie nieświątecznego wtorku.