Kultura 5 lut 12:43 | Redaktor
„Psy 3. W imię zasad” - uwieńczenie historii na tle genialnej muzyki Lorenca  [RECENZJA]

plakat filmu „Psy 3. W imię zasad” (fragment)

O najnowszych „Psach” Władysława Pasikowskiego i mistrzowskiej grze aktorskiej głównych bohaterów pisze Katarzyna Chrzan.

Na ekranach polskich kin właśnie wyświetlany jest film z puli tzw. kultowych w swoim gatunku, czyli po prostu „Psy 3. W imię zasad”. Wydaje się, że to ostatnia część, ale nie nam widzom o tym decydować. Jeśli jednak jest to koniec, a dobrze by było, żeby był, to wcale nie dlatego, że, jak to z kolejnymi częściami opowieści kinowych bywa, jest słabsza, ale dlatego, że w trzeciej części „Psów” Władysława Pasikowskiego coś po prostu zostało ostatecznie dopełnione.

Porównania? Ale po co?

„Psy 3. W imię zasad” nie jest filmem do porównywania z poprzednimi częściami. Wydaje się, że mamy do czynienia z innym wektorem wartości filmowej, w której tym, co warto naprawdę zauważyć, jest wyśmienita gra głównych aktorów.

Splot wydarzeń, który w tym filmie niekiedy wręcz ociera się o absurd, wcale nie jest wartością całkiem ujemną, choć zachwycać się chyba jakoś szczególnie nie ma czym. Bywają też epizody w dialogach, które można było sobie podarować, np. tekst przystojnego komisarza Witkowskiego o jego dzieciństwie w „bidulu”, wypowiedziany jako raczej kokieteria wobec kobiet z nadmiarem macierzyństwa (metoda na litość?), a także wystrzelone nie wiadomo po co zdanie jego nowej dziewczyny o tym, że matka biła ją kablem - wyszło sztucznie i nie wpasowało się w klimat całości, w którym dialogi, mimo notorycznych wulgaryzmów, są ważne u Pasikowskiego i jeszcze długo po premierach powszechnie przytaczane przy różnych okazjach.

Akcja filmu, obnażająca na różne sposoby brud moralny działań osób należących do niektórych sfer społecznych, wikłanie się ich w sytuacje, w których życie ludzkie nie jest żadną wartością oraz w swoistym zagęszczeniu wątków, kończących się niemal za każdym razem co najmniej strzelaniną, to okoliczności, w których działają główni bohaterowie, a ich role odegrane są po mistrzowsku.

Linda, Pazura i Frycz - profesjonalizm czy mistrzostwo?

Można nie lubić tego rodzaju filmów, ale Bogusław Linda, Cezary Pazura i Jan Frycz skutecznie zdobywają widza autentycznością, bez lukrowania i bez kokieterii. To kunszt gry aktorskiej, która na tym etapie ich dojrzałości zawodowej pewnie polega już na swobodnym przejściu z profesjonalizmu na poziom mistrzowski właśnie.

oficjalny plakat filmu

Stare psy są naprawdę... stare, jednak nie o wiek tutaj chodzi, ale o szczególny rodzaj... zmęczenia. Jakby powracające do nich nieustannie zło zamknęło w nich jakąkolwiek możność dostrzegania radości, dobra i piękna. Entuzjazm wyczerpał się, życie nie ma już wielkich celów (o ile ma jakiekolwiek?). Świat nie wysyła ciekawych bodźców, chyba że zaczyna chodzić o… zasady. Dodajmy od razu, o subiektywne zasady Franza i starych psów.

Waldemar Morawiec „Nowy” – prezes stowarzyszenia działkowców (sic!), grany przez Cezarego Pazurę, udaje, że żyje normalnie. Nie ma chęci bycia kimś wyjątkowym, a jednak jego nerwy są napięte jak zardzewiała struna, która musi w końcu pęknąć. I pęka, na przykład podczas posiłku w opuszczonym budynku, gdzie wszystko jest brzydkie, a samo spożywanie jedzenia jest tak samo nic nie znaczące jak czyjaś śmierć. Cezary Pazura w tej scenie zagrał Morawca tak, że nim był.

Franz Maurer grany przez Bogusława Lindę, nieustannie życiowo pokopany, no i raczej z powodu własnych wyborów, niby-cwaniak, z uporem niedający poznać po sobie, że ma słabości, tym razem jest... upokorzony i poniżony. Linda tak zagrał starego Franza, że widz pozostaje wolny we własnych odczuciach wobec jego postaci. Nie trzeba już ani żalu, ani sympatii, wystarczy przyglądać się upokorzeniu starego, byłego funkcjonariusza. Ale… może jednak wcale nie było to upokorzenie, a Maurer tym jednym wyartykułowanym: „Dziękuję panu” przechytrzył i „pana”, i widza?...

Życiową degradację byłego funkcjonariusza obnażył równie po mistrzowsku Jan Frycz. Stary pies, stare mieszkanie, jeszcze starszy samochód… i niezmienna metodologia działania „Panicza”, jakby był człowiekiem wyhodowanym do gromadzenia i zestawiania informacji, gdy tylko się go do tego znów zaktywizuje. Cenna umiejętność, która została w nim na stare lata, jakby miała go dowartościować i wyróżnić.

Wolnść od tendencyjności

Główni aktorzy w najnowszych „Psach” swoją grą umiejętnie polaryzują emocje widza. W trzeciej części już nie trzeba być ani za, ani przeciw. Wystarczy poznawać daną postać bez oddawania hołdów tzw. dobrym-złym bohaterom.

Gdy w światowym kinie od lat panuje moda na oswajanie z „dobrymi” mordercami („Leon zawodowiec”), w filmie Pasikowskiego nie zobaczymy tej taniej naiwności. Czujność nad obiektywnym widzeniem osób zostaje zachowana dzięki konkretnym scenom. Na przykład, tak jak wynoszono niegdyś pijanego funkcjonariusza, śpiewając znamienne „Janek Wiśniewski padł”, obnażając tym samym podłość i totalny brak skrupułów wobec strajkujących i pomordowanych, tak i w tej części „Psów” jest krótka, ale wstrząsająca scena, w której jeden ze starych psów (nie zdradzamy kto) opowiada bez zająknięcia i bez emocji o pewnym kapłanie, osobiście przez niego katowanym w tzw. tamtych czasach.

„Psy 3. W imię zasad” Władysława Pasikowskiego to kino z dużą dawką przemocy, która niestety wciąż dominuje we współczesnej kinematografii. Przemocy i brutalności, ale „Psy” są nie tylko o tym. Między strzelaninami pojawia się charakterystyczna dla filmu Pasikowskiego męska zaduma, może nawet wyczuwana wątpliwość nad owymi „zasadami”, które nie mogą być usprawiedliwieniem dla zabijania. Usprawiedliwieniem, którego zresztą i tak nikt z bohaterów filmu wcale nie szuka.

Muzyka rodząca refleksje

Życie ludzkie w tym świecie, dla niektórych przedwcześnie zakończone, jest zanurzone w brudzie i tak naprawdę mało znaczące, a jednak przebija w filmie odwieczne ludzkie pragnienie kochania i bycia pokochanym, co niezwykle wyraziście i jakby na przekór wszystkiemu podkreśla piękna muzyka Michała Lorenca. To właśnie ta muzyka rodzi w widzu pytania, czy w ogóle możliwe jest przeżyć życie tak, jak symboliczny Franz, „Nowy”, „Panicz” i inne psy? Oczywiście takie pytanie musi zrodzić się w widzu, znającym najnowszą historię przemian ustrojowych w Polsce. W widzu, który w ogóle chce takie pytania jeszcze zadawać.

Katarzyna Chrzan

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor