ROZMOWY 10 sie 18:09 | Redaktor
Kazali mi robić sondy, a ja zamarzyłam o reportażach [ROZMOWA]

W moim życiu zawodowym nie ma nic ważniejszego niż reportaże – mówi Żaneta Walentyn/fot. Anna Kopeć

– Trzeba wejść do mieszkania rozmówcy, nie tylko skracając dystans, ale zupełnie go niwelując. Nie może być tak, że „ja, pani redaktor, zadaję ci teraz człowieku pytanie” – o kulisach swojej pracy opowiada Żaneta Walentyn*, ceniona i wielokrotnie nagradzana reportażystka Polskiego Radia PiK.

Magdalena Gill: Jak odkryłaś dla siebie reportaż radiowy? 

Żaneta Walentyn: W Polskim Radiu PiK zaczynałam w publicystyce, jak wszyscy inni, od sond, których bardzo nie lubiłam. Prowadziłam też program poranny. Krótko po zatrudnieniu mnie był w radiu wewnętrzny konkurs na reportaż. Prace reprezentujące naszą rozgłośnię były wysyłane na ogólnopolski konkurs i urządzono ich publiczny odsłuch. Wszyscy w skupieniu słuchaliśmy reportaży w studiu muzycznym, mieliśmy karteczki, głosowaliśmy, oczywiście był z nami prezes – śp. Michał Jagodziński… Ta celebra zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Pomyślałam: „jak ja bym chciała, żeby mnie słuchali z takim pietyzmem i zainteresowaniem, też chcę zrobić reportaż”. 

Pierwszy był o czym? 

Ktoś zaczynający robić reportaże zwykle odkrywa coś, co już przed nim odkryło wielu innych (śmiech). Też odkryłam Amerykę, czyli schronisko dla bezdomnych. Pierwszy materiał pojechałam zrobić właśnie tam. Wydawało mi się, że jak pójdę do sal, gdzie bezdomni śpią, chwilę z nimi porozmawiam, pójdę do kuchni i jeszcze w kilka innych miejsc, to zrobię taki reportaż, że świat upadnie na kolana. Tak się oczywiście nie stało. Bardzo szybko mi uświadomiono, że: „to jakaś relacyjka, ale na pewno nie reportaż”. 

Nie podcięło Ci to skrzydeł? Byłaś wtedy już po kilku latach pracy w szkole i roku w komercyjnym radiu. Ile miałaś wtedy lat?

Byłam po trzydziestce. Pierwsza nieudana próba wcale mnie nie zniechęciła. Stwierdziłam jednak, że sama nie dam rady, ale jest w radiu bardziej doświadczona Iwona Komisarek, która już pracowała tu dwa lata, więc może poproszę ją, żebyśmy zrobiły coś razem. Iwona się zgodziła i zrealizowałyśmy pierwszy prawdziwy reportaż. Trafiła nam się tragiczna, ale bardzo interesująca historia. Zgłosił się do nas człowiek, którego wuj nie został przyjęty do szpitala, bo uważano, że był pijany, a okazało się, że miał udar i w rezultacie zmarł. Tak się złożyło, że tą samą sprawą zajmował się dziś już nieżyjący Krystian Przysiecki z programu „Zawsze po 21” w telewizji ogólnopolskiej. Dotarłyśmy do sprawy jako pierwsze, więc zaprosił nas do programu. 

Pierwszy nasz reportaż, a tu nagle znalazłyśmy się w telewizji ogólnopolskiej – to nam na pewno bardzo pomogło. Koledzy pomyśleli wtedy „chyba potrafią coś zrobić”. 

Jakie cechy powinien mieć dobry reportażysta?

Ciekawość świata i umiejętność słuchania wystarczą? Ciekawość świata – to po pierwsze. Umiejętność słuchania też jest ważna, ale trzeba też potrafić skłonić człowieka, by zechciał się otworzyć i opowiadać. To wcale nie jest takie proste. 

Bo ludzie często są spięci na widok dziennikarza. Co wtedy robisz? 

Mnie się wydaje – i tu moi koledzy się pewnie zdziwią – że jestem sympatyczna (śmiech) i otwarta. To chyba czują też moi rozmówcy. Strasznie megalomańsko się teraz wypowiadam, ale prawda jest taka, że trzeba wejść do mieszkania, czy gdziekolwiek by rozmówca nie był – nie tylko skracając dystans, ale zupełnie go niwelując. Nie może być tak, że: „ja, pani redaktor, zadaję ci teraz człowieku pytanie”. Nie może być między nami dystansu nawet, jeśli ten człowiek jest profesorem kardiochirurgii. To musi być rozmowa dwojga ludzi, którzy mają inne zawody i są w różnych miejscach, ale człowiek, z którym rozmawiam, musi wiedzieć i przede wszystkim czuć, bo nie wystarczy go o tym zapewnić, że ja nie chcę mu zrobić krzywdy, że jestem bardzo nim zainteresowana i chcę dowiedzieć się, co ma do powiedzenia. 

Ludzi, którzy nie mieli nigdy wcześniej do czynienia z radiem, telewizją, mediami, może denerwować nawet mały mikrofon. 

Jakie są na to metody? 

Wchodzę już z otwartym mikrofonem, bo czasami mówi się rzeczy fajne i ważne, otwierając drzwi. Ale nie trzymam go jak miecza w dłoni, tylko tak normalnie. Oczywiście też go nie chowam, bo nie nagrywam na ukryty mikrofon. 

Jeżeli zdarza się, że mam go jeszcze w torbie, to rozmawiając z człowiekiem, opowiadając coś o sobie, wyjmuję sprzęt i zaznaczam: „proszę się nie przejmować, tak sobie normalnie porozmawiamy”. Staram się, żeby wyjęcie mikrofonu i sprzętu nie było celebrą, tylko odbywało się przy okazji rozmowy, żeby człowieka nie zestresować. Wiem, że to nie tylko mój sposób, ale chyba wszystkich reportażystów radiowych. 

Przy realizacji reportaży interwencyjnych trzeba zadawać niewygodne pytania. Wtedy już nie jest miło. 

Jeśli po drugiej stronie stoi urzędnik, samorządowiec, czyli ktoś, kogo obejmuje prawo prasowe i nie może odmówić rozmowy, to się nie przejmuję. Nadal jednak staram się być otwarta, bo może akurat przekona mnie do swojej racji? Może wcale nie jest tak, jak mi się na początku wydawało, a on nie jest ciemną stroną księżyca, tylko odwrotnie. 

A jeśli to człowiek, którego nie obejmuje prawo prasowe i nie ma obowiązku rozmawiać?

Wtedy idę i przekonuję: „Mówią o panu to i to, albo zdaniem pana adwersarzy zrobił pan to i to. Daję panu możliwość wytłumaczenia się”. Wielu z tego korzysta. Są oczywiście tacy, którzy odpowiadają: „spadaj babo, bo cię psem poszczuję...”.

To się zdarza? 

Oczywiście i to jest największa trudność w przypadku reportażu interwencyjnego, który – biorąc pod uwagę dramaturgię – jest bardzo prosty. Wielu jednak moich kolegów z realizacji takich materiałów rezygnuje, bo nieprzyjemne jest wchodzenie do kogoś, kto cię nie chce i krzyczy z daleka „wypier…”. Na dodatek ty jeszcze musisz się upewnić „a może jednak pan by coś powiedział?”. Jeśli on jednak drugi raz powtarza „wypier…, bo psem poszczuję”, to wtedy już rezygnuję. Słuchacze oczywiście dowiadują się, jak się druga strona zachowała. 

Z reguły jednak ludzie chcą mówić, nawet jeśli naprawdę zrobili coś złego. Chcą się wytłumaczyć, bo jest zasada, że „ci, którzy się nie bronią, nie mają racji”. 

Bywa niebezpiecznie?

Miałam kilka takich sytuacji. Pamiętam pierwszy mój tak naprawdę prawdziwy reportaż o schronisku dla bezdomnych, gdy padło oskarżenie, że dyrekcja wykorzystuje podopiecznych do budowy swojego domu i innych prywatnych spraw. 

Pojechałam do domu, w którym mieszkał były bezdomny. Miał już wtedy swoje mieszkanie i zgodził się na rozmowę. W pewnym momencie – nie wiem, co się stało – ale zrobił się bardzo agresywny. Zaczął używać wulgarnych wyrazów, mówił: „po co pani tu przyszła” mimo, że już 15 minut nagrywaliśmy. 

Nic mi się nie stało, ale jak idę w miejsca, które mogą być potencjalnie niebezpieczne, to proszę, żeby poszedł ze mną kolega-kierowca, z którym jeżdżę. 

Przed zrealizowaniem reportażu, tworzysz jakiś plan? 

Zawsze zaczyna się od tematu, który mnie zainteresuje i poruszy emocjonalnie. To jest najważniejsze. Kolejnym etapem jest nagranie, na które nigdy nie jadę nieprzygotowana. Zawsze przed wyjazdem staram się maksymalnie dużo dowiedzieć o danej sprawie czy człowieku. Dziś mamy Internet, więc taki research nie jest trudny, choć szukanie zajmuje dużo czasu. Potem jest nagranie i dopiero jak mam surówkę z wielu godzin spotkań z ludźmi, układa się jakiś plan, czyli dramaturgię reportażu. 

Masz swoje ulubione tematy?

Chyba nie. Czasami to człowiek, który miał życie jak z hollywoodzkiego filmu, a do tego sam był wyjątkową osobowością. Taki człowiek mnie porywa i unoszę się razem z nim. Bywa też, że unoszę się z jakąś sprawą, albo o coś walczę. Na pewno bardzo lubię śledztwa w historii i zagadki historyczne - gdy odkrywam, że coś, co wydawało się czarno-białe, nie do końca takie było. 

Jak na przykład prof. Jan Czochralski? 

Pojechałam zrobić reportaż o utalentowanym chemiku, który urodził się w naszym regionie i zrobił niesamowitą karierę na Zachodzie, głównie w Niemczech. Jest tam tak znany, jak Mikołaj Kopernik, choć w Polsce wielu ludzi zupełnie go nie kojarzy. 

Podczas przygotowań znalazłam jednak strony w Internecie ze świadectwami oficerów Armii Krajowej i uczestników Powstania Warszawskiego, którzy twierdzili, że prof. Czochralski podczas II wojny światowej współpracował z Niemcami. Ci ludzie do końca swojego życia, a pracowali na Politechnice Warszawskiej, nie pozwolili, żeby profesor został zrehabilitowany. Zrobiono to dopiero po ich śmierci. 

Gdy to odkryłam, poprosiłam o pomoc w realizacji reportażu Michała Słobodziana, odtąd robiliśmy go wspólnie. I oboje bardzo się w to wciągnęliśmy. 

Siedzieliśmy nad dokumentami, szukaliśmy świadków. To naprawdę jest – jak mawia młodzież – ogromny fun, kiedy docierasz do kolejnego świadka, znajdujesz go, udaje ci się go zlokalizować i namierzyć. Niesamowite podekscytowanie ogarnia cię, kiedy do niego jedziesz. Zastanawiasz się, co ci powie, choć mniej więcej się tego spodziewasz, bo już jesteś w tej historii i wiesz, jaką on tam odgrywa rolę. Praca nad takim reportażem niesamowicie wciąga. 

Jaki materiał był dla Ciebie najtrudniejszy? Niełatwa musiała być rozmowa z księdzem oskarżonym o pedofilię, który sam się do Ciebie zgłosił?

Zadzwonił po premierze filmu „Tylko nie mów nikomu” Tomasza Sekielskiego i poprosił o rozmowę. To było dla mnie bardzo trudne, bo uważałam, że jeśli ten ksiądz jest oskarżony, to należy dać mu się wypowiedzieć, ale jednocześnie nie mogę doprowadzić do sytuacji, w której mówiłby, co chce. Byłam świadoma, że jeśli dokonywał czynów pedofilskich, to przecież nie przyzna mi się do mikrofonu, nie miałam takich złudzeń. Musiałam stawiać celne pytania.

To Ci się udało. 

Czasami wracam z nagrania bardzo zadowolona. Wracając z rozmowy z tym księdzem do końca tak nie było. Nigdy wcześniej na swojej długiej drodze reporterskiej nie spotkałam się z takim bohaterem. Do tej pory mam mieszane uczucia i zastanawiam się, czy miało sens, że tam pojechałam? 

Co jeszcze było trudne? 

Zawsze trudno jest, gdy wchodzisz na onkologię dziecięcą i rozmawiasz z mamą dziecka, które odchodzi. To jednak jest trudne emocjonalnie, nie intelektualnie, jak w przypadku księdza. 

W przypadku reportażu o prof. Czochralskim trudna była świadomość, że są ludzie, którzy uważają, że był zdrajcą. I że nie możesz tego pominąć, choć to postać pomnikowa, bardzo znana i ceniona, i wielu liczy, że twój reportaż będzie laurką. 

W takim przypadku bardzo ważne jest, by być wiernym sobie. Osobiście nie mam jednoznacznego osądu, jednak bardzo mocno wzięłam pod uwagę przeciwników rehabilitacji profesora, bo były to dla mnie osoby bardzo wiarygodne – związane z Armią Krajową, delegaturą rządu w Londynie. Przekonywała mnie ich desperacja, by nie dopuścić do rehabilitacji. Bez powodu by tego nie robili. 

Był jakiś bohater twojego reportażu, z którym związałaś się emocjonalnie?

Moja ukochana prof. generał Elżbieta Zawacka „Zo”. To zabrzmi strasznie megalomańsko, ale to jedyny mój reportaż, którego słucham wiele razy i – głupio powiedzieć – ale za każdym razem płaczę. Być może zawdzięczam to przepięknej muzyce, skomponowanej przez koleżankę z radia – Ewę Dąbrowską? 

Prof. Elżbieta Zawacka była osobą, z którą wystarczyło raz się spotkać i wywierała na człowieku ogromne wrażenie. Dla mnie była bardzo ważną osobą. Miałam szczęście, że ją spotkałam. Umówiłam się i wpadłam zupełnie – zakochałam się w pani profesor, w jej historii i w historii w ogóle. Zainteresowanie historią zawdzięczam właśnie prof. Zawackiej. 

Polskie Radio PiK od wielu lat jest organizatorem Konkursu Artystycznych Form Radiowych Grand PiK. Co roku gromadzi najbardziej utalentowanych reportażystów z całej Polski. Byłaś współautorką tej inicjatywy. 

Razem z Ewą Dąbską i z Kasią Rodziewicz wymyśliłyśmy wiele lat temu ogólnopolski konkurs „Dylematy człowieka XXI wieku”. Kontynuacją naszego konkursu jest Grand PiK, nad którego nazwą i szczegółową formułą pracowały cztery osoby – Ewa, śp. prezes Michał Jagodziński, Marek Rzepa i ja. 

Dlaczego Wam zależało, żeby taki konkurs w radiu powstał?

Odpowiedzią na to pytanie może być obecne miejsce Bydgoszczy na mapie rozgłośni publicznych. Gdyby zapytać radiowców z Rzeszowa, Lublina, Wrocławia czy Gdańska, czym charakteryzuje się Polskie Radio PiK, natychmiast odpowiedzieliby: reportażem. Bydgoszcz stała się znana w branży i wypłynęła na szerokie wody właśnie dzięki temu konkursowi. 

I o to właśnie chodziło?

Tym przekonałyśmy ówczesnych szefów, by zdecydowali się na realizację konkursu (śmiech). 

Jeśli chodzi o mnie, reportaż radiowy uprawiam od lat, jest bliski mojemu sercu, więc bardzo chciałam, żeby taki konkurs tu powstał. To są zawsze piękne spotkania z reportażystami, z którymi znamy się od lat. Słuchamy się nawzajem, bardzo często krytykujemy, czasami chwalimy. To bardzo podnosi kwalifikacje, doskonali warsztat. To jest naprawdę ważne, dlatego do nas od tylu lat przyjeżdżają. Mają nawet u siebie wewnętrzne konkursy, bo wielu chce przyjechać, a nie można każdego wysłać. 

Od niedawna Grand PiK bardzo stawia na młodych. 

Przy okazji Grand PiK-u powstała inicjatywa, by zapraszać także studentów dziennikarstwa i robić dla nich specjalne warsztaty. W tym roku pierwszy raz w szczątkowej formie udało nam się to zrealizować. Zaprosiliśmy młodych z kilku uczelni z naszego i ościennych województw. Przyjechali na jeden dzień, przywieźli swoje prace, słuchali ich i omawiali. Potem jury wyłoniło najlepszy utwór i wręczono nagrodę. 

W kolejnych latach chcielibyśmy organizować podobne spotkania dla studentów dziennikarstwa z całej Polski. Przyjeżdżaliby do nas na około tydzień na warsztaty z reportażystami i nie tylko, a potem uczestniczyli w Grand PiK-u i wraz z nami słuchali profesjonalnych utworów, zgłoszonych na konkurs. Dla nas profesjonalistów bardzo interesujące jest, co sądzą młodzi, jaki jest ich odbiór. Powstał też pomysł, żeby studenci przyjeżdżali do nas także poza Konkursem Grand PiK, na zajęcia z reportażystami. Mam nadzieję, że uda się to wszystko zrealizować. 

Czekasz na Konkurs Grand PiK?

Oczywiście. I wiem, że inni reportażyści też. Czasami obiecuję sobie, że w tym roku już na pewno nie wystartuję, bo na przykład dostałam Grand PiK-a na ostatnim konkursie. A potem zbliża się termin i zmieniam zdanie. Zawsze jest coś, co mogłabym pokazać. Nie robię reportaży specjalnie pod Grand PiK-a, ale pojawiają się tematy w ciągu roku, o których wiem, że są dobre i że powstaną z nich konkursowe reportaże. Jakoś to wszystko samo się robi (śmiech). l 

*Żaneta Walentyn – wielokrotnie nagradzana za reportaże, realizowane na antenie Polskiego Radia PiK. Laureatka m.in. Konkursów Artystycznych Form Radiowych Grand PiK, Ogólnopolskiego Konkursu Reportażystów „Melchiory”, Ogólnopolskiego Konkursu Reportażu i Dokumentu Radiowego „Bałtyk”, nominowana do międzynarodowych nagród Prix Europa i Prix Italia. 

Reportaże Żanety Walentyn znaleźć można na radiopik.pl, w zakładce Audycje.

 

Artykuł ukazał się w papierowym wydaniu Tygodnika Bydgoskiego, 8 sierpnia 2019 r.

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor