Wywiady Tygodnika Bydgoskiego 16 cze 09:23 | Marta Kocoń
Galeria Autorska Kaji i Solińskiego jest dziełem sztuki sama w sobie [ROZMOWA]

fot. Anna Kopeć

Otworzyliśmy galerię jako zbuntowani młodzieńcy. Chcieliśmy stworzyć niezależną enklawę, wyspę wolności, gdzie moglibyśmy pokazywać twórców ideowo nam bliskich i to, co sami robimy – mówią Jan Kaja i Jacek Soliński. Założona przez nich Galeria Autorska świętowała w maju 40-lecie istnienia.

Marta Kocoń: Jak to się zaczęło? Dlaczego 40 lat temu postanowili Panowie, jako bardzo młodzi ludzie, założyć „coś swojego”? 

Jan Kaja: Jesteśmy świeżo po spotkaniu poświęconym Ryszardowi Milczewskiemu-Bruno. Jego życie, a właściwie schyłek życia, połączył się z naszym początkiem. On, jako poeta [wówczas] bardzo znany w Polsce, można powiedzieć legenda, przyjaciel Stachury, będąc w Bydgoszczy, poznał to, co robimy, zachęcił nas do bardziej ekspansywnej działalności, dodał nam ducha, odwagi, żeby nie tylko malować sobie w pracowni... Tak narodziła się idea stworzenia galerii niezależnej. 17 maja 1979 roku Ryszard utonął podczas Wiosny Poetyckiej pod Toruniem. A my Galerię Autorską, o której z nim rozmawialiśmy, otworzyliśmy miesiąc później, 16 czerwca 1979 roku. Taki był początek naszej działalności. Mieliśmy po 22 lata. 

Jacek Soliński: Warto wspomnieć również o moim starszym o siedem lat bracie, Krzysztofie, który również nas inspirował. Świat ostatniego oddechu czasu gierkowskiego był dosyć kłopotliwy, trudny dla młodych ludzi, którzy chcieli zaistnieć. Wszystko było zinstytucjonalizowane, niedostępne... Dwaj młodzi twórcy, którzy chcą się wyrwać z zamknięcia, rzeczywistości usankcjonowanej autorytetami, które im nie odpowiadają – aż się prosi, żeby coś takiego powstało. 

Na to nakładało się wiele różnych motywów, również ideologicznych. Możliwości instytucjonalne były z jednej strony dla nas niedostępne, a z drugiej – niesprzyjające temu, co chcielibyśmy zrobić, nie szły w parze z naszym kanonem wartości. 

Chcieliśmy poczuć swobodę, by przeżywać świat po swojemu, w zupełnie innym rytmie. Zgrzebna rzeczywistość socjalistyczna wszystko to ograniczała. 

JK: Trzeba przypomnieć, że to były czasy zupełnie inne od obecnych. Wszystko było reglamentowane, nawet twórczość. To nie było tak, że ktoś miał pomysł, żeby zrobić coś własnego i mógł to zrealizować. Nie można było wydać nawet najmniejszej publikacji, wydrukować karteczki bez zgody cenzury, nie mówiąc o otworzeniu galerii. Wszystkie instytucje kulturalne były pod nadzorem państwowym. To był rok 1979, może było już trochę lżej niż w minionych dekadach PRL-u, ale mechanizmy ucisku, kontroli, cały czas doskonale działały. W tych realiach wymyśliśmy sobie, że chcemy otworzyć galerię. To był pomysł kosmiczny, ze względów formalnych niemożliwy do zrealizowania. 

A jednak się udało. 

JK: Udało się ze względu na pewien zbieg okoliczności... 

JS: Znalazły się życzliwe osoby w Urzędzie Miasta, które potrafiły postawić zaporę niektórym działaczom z ruchu związkowego, artystycznego mającym duże obawy, ludziom, którym to nie pasowało... 

JK: Pomysł był taki, żeby stworzyć coś w rodzaju niezależnej enklawy, wyspy wolności, gdzie moglibyśmy pokazywać twórców ideowo nam bliskich i to, co sami robimy. Nasza galeria, razem z galerią sióstr Wahl w Warszawie, to były dwie pierwsze tego typu galerie prywatne w Polsce. 

Pierwsza siedziba mieściła się przy Dworcowej. 

JS: Tak, to była nasza pracownia jeszcze z czasów Liceum Plastycznego, czuliśmy się tam wolni i niezależni, dlatego to miejsce w naturalny sposób stało się najwłaściwsze. Własnymi siłami wyremontowaliśmy ten lokal i rozpoczęliśmy swoją działalność. 

A później? Jaką formułę udało się wypracować? 

JS: Otworzyliśmy galerię jako zbuntowani młodzieńcy, ale kolejne lata były czasem formacji intelektualnej, artystycznej i na pewno – mimo że staraliśmy się odgradzać od tych spraw – również politycznej. Chociaż nie w bezpośredni sposób, ale z nadzieją przyglądaliśmy się przemianom społecznym, które zaczęły się po roku 80. Wiadomo, po jakiej byliśmy stronie... 

Zawsze uważaliśmy, że sztuka jest sferą, która nie wiąże się bezpośrednio z działalnością społeczną. Mieliśmy poczucie wartości, z których nie rezygnowaliśmy: chrześcijańskie fundamenty naszej kultury były i pozostały dla nas najważniejsze. Pośród artystów współpracujących z nami pojawiali się często ludzie o poglądach może nie zawsze bezpośrednio związanych z tym kanonem wartości, ale na pewno poszukujących i to dla nas było podstawą współpracy. 

 

Fundament jest stały, a co się zmieniało? 

JS: Podejścia formalne do szeregu rzeczy. Zaczynaliśmy od działalności wystawienniczej, wydawniczej, potem to rozrastało się na spotkania związane z teatrem, muzyką, poezją, literaturą, filozofią, teologią. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że powstał krąg ludzi niezależnych, a jednak podobnie myślących. To środowisko jest główną wartością galerii, związały się z nami osoby, które w jakimś sensie stają się współtwórcami Galerii Autorskiej. Istotnym elementem tej działalności stały się też nasze liczne wyjazdy i to, co sami zrobimy, i ekspozycje w różnych ośrodkach w kraju i za granicą. 

JK: Od początku ważną sprawą była dla nas atrakcyjność edytorska. Przywiązywaliśmy dużą wagę do formy zaproszeń. Chcieliśmy przełamać dotychczasową konwencję zaproszenia – chcieliśmy, by druki „mówiły” coś więcej o samym spotkaniu, by stawały się naszym komentarzem twórców i rzeczywistości. Stąd powstały przedziwne przedmioty. 

JS: Kartki żywnościowe, które były odbiciem naszej ówczesnej kondycji ekonomicznej, bilety tramwajowe i kolejowe, zapisy kardiogramu, recepty, mapy nieba, znaki drogowe... Wszystkie te przedmioty robiliśmy ręcznie w dość dużych nakładach. 

JK: Zaproszenia i okolicznościowe druki były odbijane na ręcznej prasie drukarskiej w technice wypukło- druku. Potem, stosunkowo niedawno, przeszliśmy do druków offsetowych. Oczywiście nie robiliśmy tego przypadkowo, zawsze dopasowywaliśmy formę druku, by stanowiła coś w rodzaju artystycznej wizytówki. Tak staraliśmy się zawsze uhonorować każdego autora i zdarzenie w naszej galerii. Zajmowało nam to dosyć dużo czasu, ale nie żałujemy, bo dzięki temu pozostał trwały ślad działalności z tego czasu.

 Z czasem druków było coraz więcej. 

JS: Zajęliśmy się wydawaniem różnego rodzaju tomików poetyckich, opracowań literackich, potem filozoficznych. Kiedy zmieniły się czasy, zaczęliśmy wydawać albumy monograficzne naszych nieżyjących już przyjaciół, twórców, których znaliśmy. Była to swego rodzaju reakcja na brak czułości środowiska wobec ludzi, którzy odeszli. Mieliśmy świadomość, że jeżeli nie pojawią się publikacje, to o tych ludziach nikt nie będzie pamiętał. 

Wydaliśmy ok. dziesięciu albumów monograficznych m.in.: Kazimierza Jułgi, Leona Romanowa, Ireny Kużdowicz, Krzysztofa Candera, Bronisława Zygfryda Nowickiego, spośród żyjących – Kazimierza Drejasa, Jerzego Riegla. Zdawaliśmy sobie sprawę, że to powinien być stały element naszej galeryjnej działalności. W pewnym sensie się udało: albumy rozeszły się w nakładach kilkuset egzemplarzy. Ufam, że pomagają w ocalaniu pamięci tych ważnych twórców. 

JK: Charakterystycznym elementem naszej działalności (od samego początku) jest bliski związek z literaturą. To jest nasz żywioł, by łączyć poezję i sztuki wizualne. Jako wydawcy staramy się o tym pamiętać. W sumie wydaliśmy ponad 250 publikacji. 

Dwa lata temu, przy okazji wystawy „Katechizm żebraczy”, pisał Pan, że „status Galerii Autorskiej ma wiele wspólnego z sytuacją żebraczą”. Jak udaje się ją utrzymać? 

JS: Zaczynaliśmy na fali młodzieńczego entuzjazmu. Bywały okresy gorsze i lepsze pod względem wsparcia finansowego ze strony władz miasta. 

Kiedyś cała nasza formuła myślenia i działania instytucjonalnego, polegała na młodzieńczym rozpędzie. Młodzieńcami przestaliśmy być już dawno, ale gdyby nie ten entuzjazm, żywioł młodzieńczy i zapał, to chyba Galeria Autorska by nie istniała. Po prostu trzeba chcieć to robić bezinteresownie, znajdować poczucie sensu, jeżeli jest to coś istotnego, to przetrwa i stanie się impulsem do kolejnych ważnych działań. I tak chyba jest z nami. 

Do spraw finansowych nigdy nie przywiązywaliśmy wagi. Może żebraczy status Galerii Autorskiej ma w sobie coś poetyckiego... 

JK: Działalność galeryjna to było nasze życie, trudno to rozdzielić. A trudno mieć do życia takie podejście, że trzeba na nim zarobić. 

JS: Satysfakcja z tego, co robimy trwa, bo jest to ukryte we wspólnocie, którą współtworzymy. 

JK: Od 1989 roku sytuacja firm się zmieniła, zorientowaliśmy się, że przechodzimy w inny etap. Mieliśmy instytucję, ale ta instytucja miała tylko pieczątkę, nie przynosiła dochodów, nie dotyczyło jej rozliczenie podatkowe. Po 1989 trzeba było zarejestrować ją jako normalną firmę – z tym, że my od początku wiedzieliśmy, że galeria nie będzie czymś, co przyniesie nam dochód, raczej czymś, na co musimy sami zarobić. 

Gdyby zrobić podsumowanie tych 40 lat, jak by wypadło? 

JS: Z perspektywy zawsze jest rachunek plus i minus. Co zyskaliśmy? Zyskaliśmy wsparcie, przyjaźń tak wielu ważnych, wybitnych osób, że jesteśmy – jeżeli można użyć tego słowa – bardzo bogaci. To bogactwo, którym zostaliśmy obdarzeni, upewniło nas, że nie zmarnowaliśmy tych 40 lat.

JK: Zastanawiam się, dlaczego zaczęliśmy to robić. Chyba spodobały nam się licealne prywatki (uśmiech): spotkania innego typu, gdzie można było zawierać z ludźmi głębsze relacje. Później przekształciło się to w otwartą pracownię, potem w galerię. Chcieliśmy spotykać się z ludźmi, wiedzieliśmy, że to jest potrzebne i nam, i osobom, które często są zagubione, nie umieją znaleźć swojego miejsca – galeria to ich świat. Jest tu chociażby zupełnie inna aranżacja przestrzeni, na ścianie wiszą obrazy... Spotykamy się wśród rzeczy, które przesuwają człowieka w inny wymiar. 

JS: Osoby, które wiążą się z nami, nie robią tego z przyczyn ekonomicznych, ale wyłącznie z pobudek duchowych, intelektualnych czy artystycznych, i to jest piękne. 

JK: Myślę, że ci, którzy przychodzą do galerii czują to – oczywiście nie zawsze – że kiedy poeta czy aktor czyta wiersz, są momenty, kiedy przenosimy się w zupełnie inną rzeczywistość. Podobnie bywa z ekspozycjami plastycznymi czy spektaklami teatralnymi. Dla tych momentów, bardzo ulotnych, które duchowo pobudzają człowieka, warto prowadzić galerię, tego gdzie indziej się nie przeżyje. 

JS: Słowa: „Galeria Autorska” są tutaj określeniem umownym, przede wszystkim chodzi o poczucie wzajemności we wspólnocie. Gdyby ktoś zapytał nas, na czym to polega, to odpowiedź nie byłaby taka prosta. Trzeba wierzyć w istotę spotkania, które w dzisiejszych czasach jest szczególnie potrzebne i ważne, bo może pomagać odkrywać w nas to, co ludzkie. 

Należałoby powiedzieć o naszych wspaniałych aktorach, którzy bardzo pomagają nam w budowaniu tej atmosfery: Alicji Mozdze, Mieczysławie Franaszku i Romie Warmus, przed 30 kilku laty Hieronimie Konieczce. Pamiętamy też o wielu znakomitych artystach i poetach z Bydgoszczy, i z całej Polski, którzy w sferze twórczego przekazu potrafili nas na tyle wzmocnić, że trudno byłoby nam dzisiaj powiedzieć, kto komu więcej zawdzięcza. 

Czego nie chcieliby Panowie promować w swojej galerii? 

JS: Rzeczywistości, w której człowiek bezmyślnie błądzi, gubi się i nie umie znaleźć celu. Nie można człowieka pozostawiać w rozdarciu, bez możliwości odnalezienia się. Współczesna kultura często jest oparta na nihilizmie i na skandalu publicznym. Chodzi nam o stworzenie perspektywy, która zmotywuje człowieka do poszukiwania wewnętrznych sensów, spraw wzniosłych i pięknych. W efekcie każdy musi sam pobudzać swoją pozytywną aktywność, jeżeli chce zbliżać się do innych. Wspólnie z naszymi przyjaciółmi staramy się podążać w tym kierunku. 

Jak Panowie dziś postrzegają swoją działalność? 

JK: Ważne jest to, że Galeria Autorska, którą stworzyliśmy i którą prowadzimy, trwa i się rozwija, jak małe dzieło sztuki współistnienia. Ustawicznie uczymy się siebie nawzajem – to jest istotna wartość. Jaka jest w tym nasza zasługa? Po prostu tak się stało. 

JS: Trzeba podkreślić, by nie traktować Galerii Autorskiej tylko w rozumieniu ściśle artystowskim. Nasza determinacja działania miała swój impuls wynikający z poszanowania tradycji historycznej, patriotycznej i szerzej – chrześcijańskiej. Stworzona przestrzeń stała się naszym prywatnym rezerwatem sztuki. Czujemy się tu dobrze, bo jesteśmy niezależni. Nie znaczy to, że nie zapraszamy do naszego wnętrza osób, które mogą nas twórczo pobudzić, a niekoniecznie muszą być tak samo przez nas rozumiane, jak szereg twórców, do których jest nam blisko. Chodzi o to, by zachować przestrzeń dialogu i uczyć się od siebie nawzajem. 

Czego życzyć Galerii Autorskiej z okazji 40. urodzin? 

JK: Żeby warstwy naszej budowli, która nazywa się Galerią Autorską były kładzione przez różne środowiska artystyczne jako widzialny i pozytywny obraz naszego czasu. 

JS: Ważna jest trwałość fundamentu, na którym kiedyś stanęliśmy, i na którym trwamy. I niech tak zostanie. Obyśmy zawsze rozwijali się wokół tego, co prawe, dobre i piękne.

Rozmowa ukazała się w papierowym wydaniu „Tygodnika Bydgoskiego” - 23 maja 2019 r.

Marta Kocoń

Marta Kocoń Autor

Sekretarz Redakcji