Wywiady Tygodnika Bydgoskiego 15 cze 20:25 | Redaktor
Zawsze spotykałam anioły, które mnie chroniły i pomagały [WYWIAD]

fot. Jacek Kargól

Włosi są bardzo entuzjastyczni. To ludzie, którzy znają całe libretto operowe na pamięć. Polska publiczność jest sentymentalna, ma w sobie duszę, tę słowiańską, która kocha sztukę – mówi wybitna sopranistka Dominika Zamara w rozmowie z Piotrem Florkiem i Jackiem Kargólem.

Piotr Florek/Jacek Kargól: Dziękujemy za wspaniały występ tutaj w Pałacu w Ostromecku, było pięknie, bez pośpiechu, bez spinania się. 

Dominika Zamara: Bardzo mi miło. Spokojny koncert, piano, piano, powoli, powoli. I naprawdę macie piękne okolice. 

PF: Który raz pojawia się Pani z występem artystycznym w Polsce?

Ostatnio bywam coraz częściej. Po wielu latach nieobecności w kraju stawiam teraz na naszą ojczyznę. Ostatnio nagrałam i wydałam we Włoszech płytę z pieśniami Chopina. To taki ukłon w stosunku do Polski. 

PF: Urodziła się Pani we Wrocławiu…. 

Tak. I wychowałam. Przed magisterką na Akademii Muzycznej we Wrocławiu dostałam stypendium w konserwatorium w Weronie i powiem tak: uratowało mnie wokalnie, bo tam naprawdę rozwinęłam się. Powiem szczerze, że edukacja muzyczna we Włoszech jest na dużo wyższym poziomie – przynajmniej wokalna. My mamy świetną pianistykę, znakomitych pianistów, najlepszych na świecie. Ale jeżeli chodzi o głos, bel canto, wszystko narodziło się we Włoszech. Miałam to szczęście, że uczyłam się u najlepszych. U świętej pamięci maestro Enrico de Mori, który był też nauczycielem Marii Callas, więc naprawdę jest to najwyższa klasa, szkoła bardzo wymagająca. Tam się nie przepuszczało żadnego dźwięku. A do tego życie w totalnej dyscyplinie (śmiech). 

PF: Opłacało się, występuje Pani na całym świecie. 

Wybrałam taką międzynarodową drogę. Śpiewam we Włoszech w różnych teatrach operowych jako solistka. Ponieważ we Włoszech jest tak, że tylko chórzyści albo muzycy orkiestry są na stałym etacie, jako solistka pracuję dla agencji artystycznych, które zajmują się organizacją koncertów w Polsce i na świecie. Pracuję również dla Watykanu. Śpiewam albo w teatrach operowych, albo w salach koncertowych recitale w Stanach Zjednoczonych, w Chinach, Korei, Meksyku... W tym roku czeka mnie jeszcze Argentyna, Chiny, trwają również negocjacje nad innymi koncertami. Żałuję, że w Polsce koncertuję mało ale wynika to z mojej długoletniej nieobecności i zobowiązań koncertowych na całym świecie. 

Koncertuję regularnie we Włoszech. Ostatnio w Padwie zadebiutowałam w Teatro Verdi w „Cyganerii” Pucciniego. Zaśpiewałam światową premierę opery „Livia” Antonio Caldary w historycznym teatrze w Feltre (Teatro de la Sena – przyp. red.). Planujemy wystawić ten spektakl także w Polsce co byłoby dużym wydarzeniem. 

JK: Gdzie Pani mieszka na stałe we Włoszech? 

Blisko Padwy. To stamtąd, oraz z Warszawy, ruszam na cały świat. To moje dwa apartamenty. 

PF: Ma Pani włoskiego impresario? 

Obecnie mam dwóch impresariów. Jednego włoskiego, a drugiego również tutaj, w Polsce. 

PF: Stąd więcej występów w naszym kraju? 

W Polsce coraz bardziej rozwija się opera, jest coraz więcej miłośników sztuki wyższej. To bardzo pozytywny aspekt. Widzę, że kultura się rozwija, więc bardzo dobrze. 

Chcę wejść do opery polskiej - spektakle operowe, sale koncertowe, duże filharmonie. To jest teraz mój główny cel. 

PF: Czy któraś z artystek, artystów polskich scen są szczególnie Pani bliscy? 

Bardzo cenię Piotra Beczałę. Moim zdaniem to jest najwybitniejszy polski tenor. Nie śpiewa za dużo w Polsce, niestety. Jest bardzo ceniony na całym świecie – we Włoszech, w Stanach Zjednoczonych, wszędzie. Uważam, że jest to aktualnie najlepszy śpiewak. 

PF: A jak Pani oceni kolegę Łukasza Wrońskiego? Dzisiaj zebrał bardzo dużo braw. 

Znakomicie. Piękny głos. Młody śpiewak, ale naprawdę już bardzo dojrzały. Znakomita technika wokalna. Piękny kolor głosu i duża ekspresja artystyczna. I aktorsko też jest bardzo dobry. 

PF: Wróży mu Pani karierę? 

Oczywiście, że tak. Uważam, że powinien stawiać nie tylko na rynek polski, ale także międzynarodowy. Ma materiał. 

PF: A gdyby Pani jako doświadczona koleżanka po fachu mogła mu wskazać drogę rozwoju muzycznego, nauczycieli, mistrzów, którzy by go poprowadzili? 

Rozmawialiśmy już na ten temat. Łukaszowi zależy bardzo na włoskim rynku, więc chętnie służę pomocą. Nie jestem osobą zawistną, jak widzę talent, to pomagam. Sama też otrzymałam taką pomoc. Kiedy byłam „biedną studentką”, wiele lat temu, dostałam stypendium w Weronie - a to nie było wcale wysokie stypendium - to też otrzymałam pomoc ze strony Włochów, którzy uwierzyli we mnie, którzy udzielali mi darmowych lekcji. Dali mi też możliwość debiutu na dużych scenach. Zawsze spotykałam takie anioły, które mnie chroniły i pomagały zupełnie bezinteresownie. 

Dlatego, jeżeli mogę, to też wspieram młode talenty. To wszystko wraca, dobra energia powraca. 

PF: Co poradziłaby Pani koledze? 

Radzę, żeby nie zamykał się na Polskę, tylko uderzał na światowe sceny. Uważam, że już niedługo będzie śpiewał na wielkich scenach. Ma piękny głos. I technikę. Takie głosy podobają się we Włoszech. Włosi lubią duże głosy, pełne głosy z rezonatorami. Znakomicie kolega operuje oddechem, co jest bardzo ważne. To świeży, duży głos. Zaproszę go do wspólnego występu. Słychać pracowitość i powagę. Sztuce trzeba poświęcić się całkowicie. 

Łukasz Wroński: Z natury dużo dostałem, ale dużo pracy już włożyłem, żeby śpiewać, jak śpiewam. Skończyłem studia, ale wtedy nie było tak kolorowo jak jest teraz. Moją świadomość wokalną zawdzięczam pani profesor Ewie Irzykowskiej, z którą pracuje od dwóch lat. To jest mój mentor, mogę zadzwonić do niej nawet o północy. Każdy wokalista powinien pracować z mentorem, cały czas.

PF: Czy nagrania z występami wysyłacie do mentorów, żeby wysłuchali i wskazali, co i jak?

Kiedy śpiewałam w Mediolanie „Requiem” Mozarta w kościele św. Marka z orkiestrą z La Scali, mój maestro nie mógł przyjechać, ale posłuchał nagrania. Ucho zewnętrzne, takie szczere, jest bardzo ważne 

PF: Padwa, Wenecja, to wszystko blisko. Jak funkcjonuje tam Polonia? Jest Pani aktywna? Bo do Rzymu daleko… 

W Rzymie też śpiewam. Występowałam w ambasadzie, śpiewałam dla prezydenta Andrzeja Dudy i jego szanownej małżonki. 

We Włoszech Polonia jest dosyć duża, w miarę się jednoczy. W Padwie jest Towarzystwo Włosko-Polskie, w Wenecji był konsulat honorowy. Ale najlepsza Polonia, która prężnie działa, jest w Turynie. Tam rzeczywiście Polacy się jednoczą. Jest ognisko muzyczne, które działa od wielu lat. Jak daję tam koncerty, to przychodzą nie tylko Włosi, ale właśnie Polacy. Przychodzą, słuchają, wspierają. Jest też tam polski ksiądz Dariusz, który wspiera tę Polonię. 

I ważna rzecz. W bazylice św. Antoniego w Padwie jest polski ksiądz rektor, Sylwester, bardzo znany i ceniony we Włoszech. Dzięki niemu odbudowano kaplicę polską. Na inaugurację w ubiegłym roku dałam recital. 

PF: Liczy się Pani z powrotem do Polski na stałe? 

Bardzo kocham Polskę. Jestem patriotką. To, jak bardzo kocham Polskę, odkryłam po latach przebywania za granicą. Stąd też ta płyta z pieśniami Chopina i coraz większy sentyment. Powiem szczerze, że już mi się udało zrealizować swoje marzenie, bo żyję „na dwa kraje” – w Warszawie i Wenecji. Będę coraz bardziej rozwijać karierę, ale chcę być częściej w Polsce i tutaj śpiewać dla rodaków. 

JK: Prowadzi Pani działalność edukacyjną?

Prowadziłam, ale powiem szczerze, że nie lubię uczyć. Wiele lat uczyłam w konserwatorium w Weronie, ale nie lubię, naprawdę. Traciłam na to bardzo dużo czasu. Od zeszłego roku zrezygnowałam. Już nie chcę uczyć. Może kiedyś, za 20 lat. 

JK: Czy tu w Polsce jest jakakolwiek instytucja, która byłaby w stanie zaspokoić Pani ambicje? 

(śmiech) Dobre pytania. Moje ambicje sięgają bardzo wysoko, więc nikt nie jest w stanie ich zaspokoić (śmiech). Kiedy zadebiutowałam w Metropolitan Opera, już na drugi dzień chciałam więcej, wyżej, lepiej. Wokalnie trzeba się cały czas rozwijać. Chodzę do profesorów, non stop się rozwijam. Głos to jest instrument żywy. Z roku na rok jest inaczej. To ciągła szkoła. Głos bardzo ewoluuje, zmieniamy repertuar. Żywy instrument rośnie w siłę i ambicje również rosną, w zależności od tego, jaki jest mój instrument. Teraz czuję się bardzo dobrze w Mozarcie, w bel cancie. Nie śpiewam za dużo Verdiego, Pucciniego ponieważ to nie jest jeszcze ten moment, poczekam jeszcze kilka lat. Myślę, że potem właśnie takich mistrzów dotknę. Mam nadzieję (uśmiech). 

W miarę rozwoju wokalnego otwierają się też teatry operowe też. Ważne są dzieła, które wykonuję. Jak już wspomniałam, ostatnio wykonałam światową premierę opery Caldara „Livia”, barokowego kompozytora włoskiego z Wenecji, w historycznym teatrze w Feltre (Teatro de la Sena – przyp. red.). Ważne dzieła, ważne teatry, światowe premiery – to mnie bardzo interesuje. 

JK: I publiczność… 

Publiczność też. Publiczność, która rozumie, która kocha sztukę. Co jakiś czas koncertuję tutaj w Ostromecku i zawsze jestem ciepło przyjmowana. Widzę, jak ludzie tutaj kochają operę i sztukę, znają się na niej naprawdę. Macie tu ogromną kulturę, jest się czym pochwalić. Widziałam waszą bydgoską operę, choć nie miałam jeszcze przyjemności w niej śpiewać. Myślę, że będzie okazja, mam nadzieję. 

PF: Jeśli jesteśmy przy publiczności, to która przypadła Pani najbardziej do gustu? 

Każda jest wyjątkowa. Włosi są bardzo entuzjastyczni. Wykrzykują: bravo, bravo, bravo. Z drugiej strony, jeżeli się źle zaśpiewa, to jest duże ryzyko. To są ludzie, którzy znają całe libretto operowe na pamięć. Przychodzą prawdziwi melomani. 

Mam takiego znajomego Tristana, który jest na każdym koncercie, śledzi i śpiewa z nami. Zna trzygodzinną operę na pamięć. Jest więc ryzyko, żeby się gdzieś nie sypnąć. Zna się na głosie, na technice wokalnej. Jeżeli raz się spalisz, to koniec. Ale jeśli się spodobasz, to cały czas cię zapraszają, uwielbiają. 

Mnie zaakceptowali jak rodzinę. Jestem bardzo wdzięczna Włochom, bo oni mnie uratowali wokalnie i pomogli. Uwierzyli we mnie. To był mój start, więc kocham tę publiczność i mam do niej sentyment. 

Kocham amerykańską publiczność, bo również dała mi dużą szansę i zaufała. Mój tamtejszy debiut był w Los Angeles w Warner Grand Theatre wspólnie z Marią Newmann, kompozytorką Walta Disneya. Dzięki temu też dużo się rozwinęło. Śpiewałam w ważnych teatrach, w Dallas dla 10 tysięcy osób. Szykuje się też Carnegie Hall. Amerykańska publiczność jest taka „easy”, taka łatwa. Nie znają się tak na sztuce jak we Włoszech czy w Polsce, ale tak łatwo przyjmują. Dają dużo satysfakcji. Wszystko wspaniale, wszystko pięknie, wszystko „big”. Wystarczy ładnie zaśpiewać i jest ok. 

Polska publiczność jest sentymentalna, ma w sobie duszę, tę słowiańską, która kocha sztukę. Publiczność, która śpiewa razem z nami. To też jest piękne. Teraz powoli uczę się publiczności polskiej, to jest dla mnie bardzo ważne. 

JK: Zapytam o inne zainteresowania poza muzyką, sztuką. Są inne niż zawodowe? 

Szczerze mówiąc 90 proc. moich zainteresowań to sztuka, muzyka. Jest tyle programów do opanowania, non stop coś nowego. Żyjemy w czasach frenetycznych. Kiedyś, za czasów Callas, ćwiczyło się jedną operę przez cały miesiąc. Tak długo przygotowywało się produkcję operową. Teraz raz leci się do Stanów, potem za chwilę we Włoszech zupełnie inny program, później znowu jestem gdzieś indziej. Trzeba być bardzo szybkim, szybko opanowywać na pamięć, być dokładnym muzycznie, precyzyjnym. Wymaga to bardzo dużo czasu, poświęcenia. 

Uwielbiam teatr, śledzę aktorów ze starej szkoły. Dużo się dzięki temu uczę. Uwielbiam sztukę wizualną, wystawy, śledzę np. biennale w Wenecji. Nie mam tak dużo czasu, jak powinnam mieć, ale lubię przeczytać dobrą książkę, interesuję się filozofią. Kocham też naturę, przede wszystkim góry. 

JK: A inne gatunki muzyki? 

To może wydać się trochę śmieszne, ale uwielbiam metal. Wyluzować się, np. pójść do metalowego pubu. 

JK: Konkretny zespół? 

Lubię naprawdę ostre klimaty. Metalica, Iron Maiden. AC/DC – klasyka metalu. Może też być blues, jazz. Lubię improwizację, muzykę serca i duszy. Nie słucham prywatnie opery, z operą pracuję, analizuję, opera jest we mnie. Nie lubię disco, popu i bardzo drażni mnie country i pokrewne gatunki. 

JK: W związku z brakiem czasu, jak wygląda Pani życie prywatne? 

Nie ma czasu, szczerze mówiąc. Mam taki charakter, że pracuję na maksa, jak w coś wchodzę, to całkowicie. Oddaję wszystko, poświęcam wszystko, kosztem wszystkiego, oczywiście nie przekraczam granic moich moralnych zasad. Ale chyba nie da się pogodzić życia zawodowego z rodziną. Nie dałabym rady pracować i mieć rodzinę. 

Trzeba ćwiczyć, non stop utrzymywać koncentrację. 

JK: Gdzie za tydzień Pani koncertuje? 

W Turynie na festiwalu. I co tydzień gdzieś indziej. W tym miejscu dodam, że bardzo lubię bydgoską publiczność. 

JK: Z jakąś konkretną operą jest Pani związana na stałe? 

Nie widzę siebie w jednym miejscu na stałym etacie. To by było dla mnie nudne, monotonne, cały czas to samo w jednym teatrze. Ja lubię być w podróży, raz Ameryka, raz Włochy, raz Polska. To jest fascynujące. 

JK: Prowadzi Pani pamiętnik? 

Prowadziłam kiedyś, ale ktoś mi przeczytał. Dostałam takiej traumy, że przestałam pisać. Koduję sobie w głowie. Piszę wspomnienia w głowie, sercu i duszy.

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor