Felietony 17 gru 17:55 | Redaktor
Gdy wigilia jest trudna [FELIETON]

Photo by freestocks.org from Pexels

Jeśli nasze święta spędzimy w tym wszystkim, co trudne i niby wcale „nie-świąteczne”, to co wtedy? - pyta Katarzyna Chrzan.

Gdzieś tam są wspaniałe święta Bożego Narodzenia. Przy zastawionym stole siadają szczęśliwi rodzice z dziećmi, babcia, dziadek, gdzieś w pobliżu kręci się pies, kot, a dom jest pięknie wystrojony. Na stole już jest barszcz, ryby w kilku wersjach i gatunkach, a do tego ciasta, czekolady, pierniki… A świętowanie rozpoczyna się wspólną modlitwą, serdecznym i szczerym dzieleniem się opłatkiem, odczytanym fragmentem Pisma Świętego, kolędowaniem. Płonie ogień świecy, która daje ciepło i refleksję nad tym, co w życiu jasne i dobre.

Gdzieś tam...

Tylko że być może nasz czas bożonarodzeniowy wygląda całkiem inaczej, bo może właśnie mamy za sobą przeżycie zdrady współmałżonka, po której nie możemy się pozbierać? A może znów ktoś bliski będzie pijany tego wieczoru? A może czekamy na diagnozę onkologiczną, którą mamy otrzymać zaraz na początku 2020 roku? A może nasza rodzina wcale nie jest dla nas wsparciem, którego tak bardzo potrzebujemy? Albo może zasiądziemy do stołu z najbliższymi, którzy będą opowiadać nam o naszej rzekomej naiwności w „lataniu do kościoła”, bo przecież wszyscy księża to pedofile? I tak dalej...

Jeśli nasze święta, tak samo jak nasze życie, spędzimy w tym wszystkim, co trudne i niby wcale „nie-świąteczne” i „nie-słodkie”, ale miażdżące nas każdego dnia, a świątecznego dnia zwłaszcza, to co wtedy?

Tylko że nasze Boże Narodzenie od początku do końca jest po prostu... nasze. Dokładnie tam, gdzie się znajdujemy, i z tymi, z którymi jesteśmy, albo bez tych, których nam brakuje, przeżywamy nasze Boże Narodzenie i nie przeżyje tego za nas nawet sam papież.

Wszystko, co nas spotyka, jest czystą możliwością. Jest okazją do kochania, a kochanie ludzi jest tylko wtedy kochaniem, jeśli jest realistyczne. Sami chcemy być widziani realistycznie. Przecież w głębi serca wszyscy doskonale wiemy, że prawdziwa miłość do osób wiele kosztuje i nie może być naiwnością patrzenie na drugiego, jak na jakieś polukrowane ciasteczko, realizmem jest bowiem widzenie wszystkich smaków, a gorycz jest jednym ze smaków tego świata.

W tym naszym Bożym Narodzeniu, jest dla nas bardzo konkretne błogosławieństwo do odkrycia, a błogosławieństwo (z łac. „bene-dictio”) oznacza „słowo dobra”, czyli skierowany do nas bardzo konkretny komunikat o naszym dobru. Oczywiście łatwiej jest to zrozumieć wierzącym w Boga, ale...

Zobaczmy to na przykładach. Kto będzie umiał kochać współmałżonka/ę i wybaczyć zdradę, jak nie jego wierna żona/mąż? Kto wytrzyma chorobę ojca, który w swojej trudnej starości nie pozwala nikomu zmienić sobie pampersa, tylko córce, jak nie ona właśnie? Kto będzie trwał na modlitwie za uzależnionego od narkotyków i alkoholu syna, który jest na granicy bezdomności i być może musi tego teraz doświadczyć, jak nie jego matka czy ojciec? Kto w wigilijną noc z pełnym zrozumieniem wysłucha pacjenta na oddziale onkologicznym, jak nie ten, kto leży na łóżku obok w dokładnie takiej samej sytuacji?

Tam gdzie jesteśmy i z tymi, z którymi jesteśmy, doświadczamy prawdziwego Bożego Narodzenia. Nikt nie mówi, że świętowanie ma być łatwe i bezbolesne. Relacje są trudne, ale są prawdziwe.

A co z pustym talerzem? Jaką funkcję spełnia na naszym wigilijnym stole, to zależy od nas. Może być bezmyślnie postawionym przedmiotem albo przedziwnym uspokajaczem naszego ego, ale może być prawdziwą otwartością na zaproszenie człowieka, który sam do nas nie przyjdzie.

Zrobiliśmy się bardzo indywidualistyczni, pooddzielani w swoich pozamykanych światach. Może boimy się pokazywania słabości? Nie czekajmy na dzień, w którym będziemy gotowi przyjąć do domów innych ludzi, tej gotowości i tak nigdy nie osiągniemy, przecież zawsze jest w nas coś do posprzątania. Nasza pełna gotowość jest naszym wymysłem. Chodzi bowiem nie o gotowość, ale o pogodzenie się z tym, że tacy, jacy jesteśmy, niedoskonali, jesteśmy otwarci jedni na drugich.

Maryja i Józef nie przyjęli gości w pięknym, wysprzątanym domu, ale we własnej nędzy. Czy nie jest to znak dla nas wszystkich?

Kasia Chrzan

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor