Koszykówka 22 kwi 17:15 | Redaktor
Samo życie pisze najlepsze scenariusze. Enea Astoria przed półfinałem  [ROZMOWA TYGODNIKA]

Jakub Dłuski/fot. Anna Kopeć

Taki ośrodek jak Bydgoszcz zasługuje, żeby mieć drużynę koszykówki męskiej w najwyższej lidze. To jest nasz cel. A mi się marzy, żeby moja dyscyplina była w trójce najpopularniejszych w Polsce – mówi koszykarz Enei Astorii, Jakub Dłuski, w rozmowie z „Tygodnikiem Bydgoskim”.

Jarosław Kopeć: Pokonaliście Biofarm Basket w ćwierćfinale 1. Ligi. Jak atmosfera w zespole po meczu w Poznaniu? 

Jakub Dłuski: Bardzo dobra. To był nasz niepisany cel, aby awansować do czwórki. Wstępnie zakładaliśmy ósemkę, ale każdy, kto jest blisko zespołu, zdawał sobie sprawę, że dysponujemy takim potencjałem ludzkim, który pozwalał myśleć o czymś więcej. 

W półfinale czeka was rywalizacja z zespołem Rawlplug Sokół Łańcut. W rundzie zasadniczej wygraliście na wyjeździe i daliście się pokonać we własnej hali… 

To bardzo niewygodny rywal. Pamiętam, że w tym meczu u siebie mieliśmy kłopoty personalne. Kilku zawodników słabiej się czuło. A do tego nie zagrał wtedy Łukasz Frąckiewicz, nasz podstawowy zawodnik, który pauzował za faule techniczne. 

Ale trudny rywal. Od lat gra na wysokim, pierwszoligowym poziomie. Co roku zajmuje lokaty w czołówce, w ubiegłym sezonie byli w czwórce, dwa lata temu zagrali w finale. Nie czeka nas łatwe zadanie. Ale my chcemy więcej. Jesteśmy głodni sukcesu. 

Zajęliście w tabeli drugie miejsce, a rywale tuż za wami. Byliście wyżej, więc jesteście gospodarzem pierwszych dwóch spotkań. To jest duży atut w tej rywalizacji? 

Myślę, że tak. We własnej hali gra się zdecydowanie lepiej, choć na początku, w pierwszej rundzie, wcale to tak nie wyglądało i więcej wygrywaliśmy na wyjazdach (śmiech). Cały sezon o to walczyliśmy, żeby mieć w play–off przewagę parkietu. Już mecze z Poznaniem pokazały, że to, kto rozpoczyna rywalizację we własnej hali, jest jednak bardzo ważne. 

W czwórce finałowej są drużyny, które zajęły pierwsze cztery miejsca w tabeli. Potwierdza się zatem rozkład sił w lidze… 

Tak się złożyło, że w każdej parze ćwierćfinałowej wygrali faworyci. Szczerze mówiąc, tak też obstawiałem. Wiedziałem, że będzie wyrównana walka, ale takiej czwórki się spodziewałem. 

Półfinał to był plan minimum, a jaki jest plan maksimum? 

Oczywiście awans (śmiech). Zobaczymy, na co nas stać. Teraz skupiamy się na rywalizacji z Łańcutem, a jak będziemy w finale, to zobaczymy, na co nas stać. Nie wybiegamy jeszcze tak daleko w przyszłość, bo jest bieżąca robota do zrobienia.

Astoria ma ogromne tradycje. Jest mocny sponsor Enea. Popularność męskiej koszykówki wśród bydgoskich kibiców zawsze była duża. Marzy Ci się powrót do tych najlepszych lat? 

Zdecydowanie. Nie wyobrażam sobie, żeby Astoria na przestrzeni najbliższych lat nie grała w ekstraklasie. Myślę, że liga potrzebuje takich klubów z tradycjami z dużych ośrodków. Koszykówka w Polsce średnio sobie radzi jako dyscyplina sportów zespołowych. A takie kluby jak Śląsk, Astoria będą tę koszykówkę pchały do przodu. 

Lata 90. ubiegłego wieku to był boom na koszykówkę, potem mieliśmy lekką zapaść, a teraz awans reprezentacji na mistrzostwa świata. Perspektywy wydają się dobre?

Od wielu, wielu lat w koszykówce coś drgnęło. Mam nadzieję, że to jest taki pierwszy znak, że w końcu dyscyplina wstanie z kolan i znowu zyska taka popularność, jak we wspomnianych latach 90. Uważam, że zmarnowano entuzjazm i potencjał tamtych czasów. Wszyscy związani z koszykówką i za nią odpowiedzialni zmarnowaliśmy szansę, żeby była sportem w pierwszej trójce wśród gier zespołowych. Może nie numerem jeden, bo piłki nożnej nikt nie przeskoczy. Marzę o tym, żeby koszykówka była znowu popularna, żeby dzieciaki grały tak, jak wtedy, na podwórkach. Pamiętam, że jak kosz wisiał na blokowisku, to było mnóstwo dzieciaków i wszyscy graliśmy. Dzisiaj kosze są lepsze, boiska lepsze, są Orliki, a stoją niestety puste.

Wróćmy do Astorii. Jak oceniasz rolę trenera Grzegorza Skiby w drużynie? On jest takim spoiwem z tamtymi chwały, sukcesów i tradycji... 

Fajnie, że taka osoba jak trener Skiba, który uczestniczył jako zawodnik w tamtym projekcie, teraz jest w projekcie odbudowy pozycji Astorii jako szkoleniowiec. Niewątpliwie jest to człowiek, który cieszy się ogromnym szacunkiem w Bydgoszczy, w środowisku. I my to widzimy: każdy sędzia go zna, każdy komisarz. Poza tym to człowiek o wielkim sercu, przyjaźnie nastawiony. Fajnie, że udało się go pozyskać i namówić do tego projektu. On wie, jak smakuje sukces, był przecież zawodnikiem. Myślę, że trenerowi, który grał, dużo łatwiej zbudować coś pozytywnego. A do tego rozumie nas. Oczywiście jest młodym trenerem i musi się jeszcze wiele nauczyć, ale dobrze, że taka osoba z nazwiskiem i autorytetem weszła do klubu. 

Człowiek sukcesu, bo nawet po czterdziestce zdobywał tytuły, był w 2009 roku mistrzem świata weteranów… 

Niewątpliwie. Każdy z nas zawodników może mu buty czyścić, bo nikt takich sukcesów jak on ma już pewnie mieć nie będzie. Na pewno podchodzimy do niego z dużym szacunkiem. 

Pogdybajmy. Wygrywacie finał i zdobywacie awans. Jak oceniasz różnicę poziomu między ekstraklasą, a pierwszą ligą? 

Myślę, że jest przepaść. Miałem przyjemność grać w zespołach ekstraklasy i drużynach pierwszej ligi i upieram się przy tym, że to jest zupełnie inny poziom sportowy, wysokość budżetów. A i wymagania organizacyjne są na dużo wyższym levelu. Ale w Bydgoszczy jest baza, są fundamenty. To nie jest tak, że ten klub powstał wczoraj i nie wiedzą, jak się do tego zabrać. Byłoby to oczywiście ciężkie zadanie, żeby stworzyć zespół na ekstraklasę, ale myślę, że każdy w tym klubie chciałby mieć taki problem (śmiech). Widzę po prezesach i osobach związanych z klubem, że bardzo by chcieli tej ekstraklasy. Nie wiem, czy już w tym roku, ale na pewno jest to cel dalszej perspektywie. 

Budżet to rozmowa ze sponsorami, a sportowo jakich wzmocnień potrzebowałaby ekstraklasowa Astoria? 

To między innymi kwestia przepisów. Do tej pory w drużynach ekstraklasy powinno grać przynajmniej dwóch Polaków. Ten rygor zostanie zniesiony. Pojawi się zatem dużo obcokrajowców, a my nie mamy żadnego, bo z kolei w pierwszej lidze nie mogą oni grać w ogóle. Tak więc musieliby przyjść obcokrajowcy, którzy będą robić poziom. 

Pewnie większość naszych chłopaków nadawałaby się do zespołu ekstraklasowego, ale nie mogłaby być to drużyna oparta tylko na Polakach, którzy teraz grają w Astorii. Mamy fajnych, wysokich młodych zawodników. I Mateusz Fatz ma niesamowity potencjał, i Łukasz Frąckiewicz rozwija się z tygodnia na tydzień. Do tego jest bardzo pracowity. Z młodych roczników to chłopaki, które mogą zajść bardzo daleko. Bardzo utalentowany jest Jakub Kondraciuk. 

Masz 32 lata. Jak długo jeszcze planujesz grać w koszykówkę?

Po pierwsze, nie chciałbym już nigdzie wyjeżdżać i raczej jeśli będę kończył karierę, to w Astorii. Ile pogram, zobaczymy. U mnie ze zdrowiem jest bardzo różnie – czasem lepiej, czasem gorzej (śmiech). Jeżeli poczuję, że czas zakończyć i to zdrowie nie będzie już takie, jakbym sobie życzył, to nie będę tego robił na siłę. Chciałbym pewien poziom reprezentować. 

A co zamierzasz po ewentualnym zakończeniu kariery? Praca trenerska? 

To jest taki dylemat, czy iść w to, co się umie i robi całe życie, czy jednak odciąć się od tego i spróbować nowej drogi. I to, i to jest kuszące. Ale chyba jednak skłaniałbym się bardziej do spróbowania czegoś nowego. Taką mam wewnętrzną potrzebę. Myślę o tym cały czas, ale życie samo pisze najlepsze scenariusze.  


Pierwsze dwa mecze półfinałowe Enea Astoria zagra z Rawplug Sokół Łańcut w Bydgoszczy. Pierwszy w sobotę (27 kwietnia), następny w niedzielę (28 kwietnia). Początek obu spotkań zaplanowano na godz. 17.00.

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor