Kultura 4 lut 20:12 | Magdalena Gill
Rzeźbił Miłosza, Waldorffa i Kisiela.

Michał Kubiak w swojej pracowni/fot. maczu

– Najłatwiej było rzeźbić Stefana Kisielewskiego. Dostałem od rodziny dużo zdjęć, było dużo filmów, no i on miał bardzo charakterystyczną fizjonomię. Poszło błyskawicznie – opowiada Michał Kubiak w rozmowie z Magdaleną Gill.

Magdalena Gill: Jedno z najnowszych Pana dzieł to Flisak, który stanął niedawno nad Brdą. Czyją ma twarz?
Michał Kubiak: Chciałem, żeby miał twarz hrabiego Czakiego – kartografa, Węgra, który rezydował na dworze Stanisława Augusta Poniatowskiego. Niestety, nie zachowała się żadna dokumentacja. Jest więc to twarz jakiegoś młodego człowieka przepychającego tratwy, który właśnie wyszedł na brzeg i patrzy sobie w niebo

Ma Pan wiele podobnych zamówień? Da się „wyżyć” z rzeźby?
Takie duże zamówienia są raczej sporadyczne. Ale z rzeźby, jak to Pani ujęła, żyję od kilkudziesięciu lat. Dość regularnie biorę udział w aukcjach sztuki współczesnej, współpracuję z galeriami w Polsce, robię też prace na konkretne zamówienia.

Na przykład takie, jak chłopiec Staś pokazywany w albumie z Pana ostatniej wystawy. Kto zamówił tą rzeźbę?
Małżeństwo polsko-francuskie. Niektórzy chcą mieć portrety malarskie swoich dzieci, a oni zamówili portret rzeźbiarski. Robiłem go na podstawie nadesłanych zdjęć. Byłem potem u tej rodziny we Francji. Mają ładny dom i rzeźba jest ładnie wyeksponowana.

A skąd są inne zamówienia?
Proszę nie wyobrażać sobie, że rzeźbiarz ma pasmo zamówień z miesiąca na miesiąc. Tak nie jest, ale czasami bywa miło. Ostatnio dobrze mi się współpracuje z pewną galerią na południu Polski. Właściciela galerii interesuje wszystko, nad czym pracuję i chętnie kupuje moje prace. Ale najbardziej niezwykłym zamówieniem na pewno pozostanie to od Czesława Miłosza na portret jego żony Carol.

Dużo jest ludzi w Polsce, którzy decydują się inwestować w sztukę?
Mam wrażenie, że coś się zaczyna dziać. Obrazy współczesnych malarzy kupują młodzi ludzie, którzy cenią sobie to, że mają w domu oryginalne dzieło. Dużo dobrego robią projektanci wnętrz, którzy wyposażają obiekty w obrazy, rzadziej w rzeźby. Dość bogaty jest rynek czasopism wnętrzarskich, a to one kształtują gusta potencjalnych nabywców dzieł sztuki. Przeciętny Polak jest jednak nadal dość biedny, a ten, który ma więcej pieniędzy, najczęściej inwestuje w prace artystów z tzw. nazwiskiem. Za przykład niech posłuży chociażby ostatnia aukcja rzeźby Sopockiego Domu Aukcyjnego w Bydgoszczy.

Żyjący artyści się nie sprzedali?
Sprzedali, ale niewielu. Pod młotek szły dzieła uznanych artystów, m.in. Adama Myjaka czy Jana Kucza, który ma w Polsce wspaniałe pomnikowe realizacje, m.in. pomnik kardynała Wyszyńskiego w Częstochowie. Praca Adama Myjaka była wystawiona za 20 tys. zł i się nie sprzedała.

20 tysięcy złotych? Trudno kupić taką rzeźbę, jak trzeba pracować na nią co najmniej przez rok.
No tak, przysłowiowy Kowalski nie kupi, ale to była aukcja skierowana do firm i ludzi zamożnych. Generalnie dzieła żyjących artystów, poza nielicznymi wyjątkami, się nie sprzedały. Zakupiono natomiast dzieło Abakanowicz. Głowa konia jej autorstwa poszła za 200 tys. zł. Sprzedała się też „Kobieta brzemienna” Dunikowskiego za 145 tys. zł.

Wyrzeźbił Pan portrety wielu znanych osób – m.in. Andrzeja Szwalbego, Czesława Miłosza i jego żony Carol, Stefana Kisielewskiego. Trudno było je stworzyć?
Najłatwiej było chyba ze Stefanem Kisielewskim. Dostałem od rodziny dużo zdjęć, było dużo filmów, których się naoglądałem, no i on miał bardzo charakterystyczną fizjonomię. Poszło błyskawicznie.

Kogo najtrudniej wyrzeźbić?
Kogoś, kto ma regularne rysy, twarz proporcjonalną, dziecko też nie jest łatwym tematem.

Czesław Miłosz, zamawiając u Pana portret rzeźbiarski nieżyjącej żony, opisywał szczegółowo jej sposób ubierania, malowania, toaletę. To wszystko przydaje się w Pana pracy?
Czasami przeszkadza. Często jest tak, że ten, który zamawia portret, ma jakieś swoje wyobrażenie, pamięta jakieś wrażenie i chciałby, żeby portret był właśnie taki jak obraz, który on nosi w swojej pamięci. I na takie oczekiwania jest trudno odpowiedzieć. Jeśli nie znam tej osoby, muszę tworzyć portret na podstawie dokumentacji fotograficznej, którą dostaję od zamawiającego, czasami jeszcze jakichś wskazówek. Najpierw robię projekty w małej skali i wysyłam do korekty. Jeśli wszystko jest dobrze, zaczynam rzeźbić. Czasami się zdarza, że zamawiający ma prośbę , żeby np. „zmienić uczesanie” lub coś jeszcze dodać.

O takie szczegóły prosił Czesław Miłosz?
Tak. I realizowałem je, bo on znal Carol najlepiej i sobie tego życzył, a ja chciałem tę rzeźbę zrobić najlepiej, jak umiałem.

Można w rzeźbie pokazać charakter człowieka?
Tak, na przykład formą. To również kwestia wyrazu twarzy.

Jak doszło do tego, że rzeźbił Pan żonę Czesława Miłosza?
Poeta pracował w Berkeley, gdy Krzysztof Myszkowski – redaktor naczelny „Kwartalnika Artystycznego” – wysłał mu jeden z numerów kwartalnika. Było tam zdjęcie rzeźby Miłosza mojego autorstwa, stojącej w filharmonii. Spodobała mu się i na tej podstawie zamówił u mnie portret Carol. Mam satysfakcję, że rzeźba ciągle stoi w ich mieszkaniu w Krakowie – w tym samym miejscu, w którym Miłosz ją postawił. Dziś to filia Muzeum Narodowego. Pani, która jest kustoszem tej izby, nie pozwala nic w mieszkaniu zmienić, nawet przesunąć krzesła, na którym siedział poeta, więc jestem spokojny o losy mojej rzeźby (śmiech).

Jak wyglądała praca nad popiersiem Andrzeja Szwalbego?
Przychodził do mnie kilkanaście razy na sesje do pracowni. Portret zamówiła ówczesna dyrektor Filharmonii Pomorskiej, pani Eleonora Harendarska. Chciała, aby portret rzeźbiarski budowniczego filharmonii i jej pierwszego dyrektora znalazł swoje stałe miejsce w tym gmachu. To były lata 1986–87. Szwalbe siadał w pracowni, ja miałem na stołku glinę i patrząc na niego, robiłem portret. Jednocześnie przez cały czas rozmawialiśmy. O sztuce, literaturze, muzyce. Szwalbe mówił mi: „panie Michale, ja nie muszę być podobny, ale muszę być sobą”. Jak go potem zrobiłem stojącego przed filharmonią z laską, to niektórzy mówili: „przecież on wygląda tam jak jakiś woźny”, ale ludzie, którzy go znali, komentowali, że udało mi się wydobyć z bryły jego osobowość. Oryginalny portret stoi w filharmonii, a przed gmachem – rzeźba całej postaci.

Ta rzeźba przed filharmonią to już Pana inicjatywa?
Tak. Chciałem, by dyrektor szedł do swojej filharmonii. Rzeźba stanęła tam już po jego śmierci, w 2006 roku.

Co Pan zapamiętał z rozmów podczas rzeźbienia Szwalbego?
Przede wszystkim – to był człowiek, który inspirował. Potrafił też dodawać sił. Pamiętam, że to był czas, gdy po wizycie Czesława Miłosza w Bydgoszczy, miałem rzeźbić jego portret, ale nie było na to pieniędzy. To Szwalbe zwrócił się wtedy do wojewody. Przekonał go, że portret noblisty jest potrzebny i należy go włączyć do istniejącej już w filharmonii kolekcji kompozytorów, inicjując, być może, kolekcję noblistów polskich.

Wydaje się, że dla Szwalbego nie było rzeczy niemożliwych?
Uważał, że wszystko jest możliwe, tylko trzeba chcieć. Stworzył przecież w filharmonii kolekcję zabytkowych fortepianów, kolekcję sztuki współczesnej, gobelinów, portretów rzeźbiarskich, kolekcję malarstwa – to wszystko jego zasługa. Dziś część tych zbiorów nie mieści się w filharmonii i jest przeniesiona do Pałacu Starego w Ostromecku. Miejmy nadzieję, że uda się to wszystko pięknie wyeksponować, jak gmach filharmonii zostanie zmodernizowany i powiększony.

Szwalbe był zadowolony z Pana rzeźby?
Myślę, że tak. Wiem to od Eleonory Harendarskiej, a także z listów, które do mnie pisał. Twierdził w nich, że udało mi się uchwycić jego charakter. Mówimy oczywiście cały czas o samej głowie.

Tak po ludzku – lubił go Pan? Jaki to był człowiek – bezpośredni czy na dystans?
Lubiłem go. Dystans oczywiście był, ale potrafił się też otwierać i wtedy był bardzo przystępny. W codziennym kontakcie nie był koturnowy. To był człowiek renesansu, humanista – miał potężną wiedzę muzyczną, choć nie był z wykształcenia muzykiem, tylko prawnikiem. Otaczał się ludźmi sztuki. W dziełach plastycznych w filharmonii reprezentowana jest przecież cała masa znakomitych nazwisk polskich artystów. Wielu z nich już nie żyje. Dla mnie to był zaszczyt, że mogłem znaleźć się w tak znakomitym gronie.

W Bydgoszczy mamy więcej takich śladów Szwalbego Pana autorstwa. Na przykład na Drzwiach Ośmiu Błogosławieństw do bazyliki pw. św. Wincentego à Paulo. Gdzie jeszcze?
Statuetkę Szwalbego – według projektu, który stoi przed filharmonią
– odlałem kiedyś w skali 1/10 w brązie. Kupiło ją ode mnie Bydgoskie Towarzystwo Naukowe. Proponowałem też pani prezes Towarzystwa Muzycznego im. Paderewskiego
– prof. Katarzynie Popowej-Zydroń, by portret Szwalbego umieścić w Pałacu Starym w Ostromecku, gdzie znajduje się Kolekcja Zabytkowych Fortepianów im. Andrzeja Szwalbego. Myślę, że jego portret rzeźbiarski, duplikat tego z filharmonii, dobrze by tam wyglądał.
Ślady Szwalbego w Bydgoszczy to także Stowarzyszenie im. Andrzeja Szwalbego „Dziedzictwo”, które dokumentuje całą jego spuściznę. Czas nieubłaganie zaciera wszelkie ślady i niektórzy, zwłaszcza młodzi, już nie wiedzą, kim był Andrzej Szwalbe.

Pan jest znany jako rzeźbiarz głównie z portretów i postaci naturalnych rozmiarów. Zdarza się Panu tworzyć inne prace?
Tematem moich prac zawsze był człowiek – wędrowiec, pielgrzym. Na początku pracowałem w materiałach nietrwałych, później w kamieniu. Zmieniała się forma, ale treść zawsze była ta sama. Odnalazłem się też w portretach i interpretacjach figuratywnych. Teraz dobrze czuję się w pracach z brązu, ceramice.
Robię też rzeźby w mniejszych rozmiarach. Są to najczęściej tzw. statuetki wręczane przy okazji różnych uroczystości. Na przykład Towarzystwo Muzyczne im. I. J Paderewskiego zamówiło małe portrety Paderewskiego dla uczestników i jurorów konkursu pianistycznego jego imienia. Cieszę się, że moje prace tym sposobem trafiły do Japonii, Ameryki i rozmaitych konsulatów na całym świecie.

W tej pracy trzeba mieć chyba dużo dyscypliny? Zwłaszcza, gdy nie ma zamówień.
O, tak! Wtedy trzeba się zmusić do działania. Z czasem wyrabia się nawyk codziennej pracy.

Trzeba też przez całe życie być twórczym, mieć pomysły, odnaleźć się w aktualnych trendach.
Niektórzy mówią: „twórczość to jedno, zawód to coś zupełnie innego”. Mnie udało się to połączyć i w zasadzie nic innego od zakończenia studiów nie robię. W trudnych latach 80. robiłem głównie medale, czasami na zamówienie, a czasami tylko dla własnej przyjemności. Pierwszy medal zamówił u mnie ówczesny dyrektor muzeum Rajmund Kuczma i był to medal przedstawiający kolejkę wąskotorową w Wenecji. A dla własnej satysfakcji zrobiłem medale z Miłoszem i następny z Lechem Wałęsą po otrzymaniu przez niego Pokojowej Nagrody Nobla. Później przyszły realizacje dla kościołów. I tak jakoś poszło. Zawsze starałem się być sobie sterem, żaglem i okrętem.

Jak wygląda to „zmuszanie się do pracy”?
Staram się codziennie coś zrobić, ale czasami, przyznaję, nic nie robię. Zawsze jednak zaglądam do pracowni – posiedzę, pokręcę się, porysuję, pomyślę, co będę robił jutro.

No to co Pan będzie robił jutro?
Teraz planuję cykl małych form ceramicznych.

Michał Kubiak – bydgoski rzeźbiarz, prezentuje swoje prace na wystawach indywidualnych i zbiorowych. Jego rzeźby znajdują się na ulicach Bydgoszczy, w bydgoskich kościołach, w Filharmonii Pomorskiej, w zbiorach Muzeum im. Leona Wyczółkowskiego, w Operze Nova, w galeriach
i zbiorach prywatnych.

Magdalena Gill

Magdalena Gill Autor

Zca Red. Naczelnego