Wywiady Tygodnika Bydgoskiego 3 gru 2017 | Redaktor
Bezdomni potrzebują dachu nad głową, ale jeszcze bardziej kogoś bliskiego [ROZMOWA]

Siostry pomagają wrócić „do normalności” osobom, które znalazły się w trudnej sytuacji; w tle: siostra Magdalena Bella/fot. ks. Maciej Kulczyński

– Na ogół ludzie myślą, że przyczyną bezdomności jest alkoholizm. Nie pytamy, co sprawiło, że ten człowiek zaczął pić. Oceniamy, choć nie znamy jego historii. Ja tych historii znam mnóstwo – mówi siostra Magdalena Bella ze Zgromadzenia Sióstr Albertynek w Bydgoszczy.

Andrea Ceccomori: Muzyka i pokój [WYWIAD]

Wywiady Tygodnika Bydgoskiego 28 lip 00:01

Polonia w Argentynie. Rozmowa z Jose Staweckim [WYWIAD+GALERIA]

Wywiady Tygodnika Bydgoskiego 21 cze 21:13

Marta Kocoń: Na czym polega albertyński charyzmat?
Siostra Magdalena Bella: Brat Albert miał dość specyficzną wizję pomocy ubogim przez Kościół. Wcześniej też im oczywiście pomagano, ale trochę z góry. Brat Albert wszedł w środowisko osób bezdomnych, zamieszkał z nimi. Powiedział, że jeżeli kogoś chce się dźwignąć, to trzeba stanąć obok niego. Mówił: „Jeżeli stół ma złamaną nogę, to nie można mu od góry jeszcze czegoś dokładać, tylko pochylić się, coś pod tę nogę podłożyć i w ten sposób pomóc”. Tym tropem idziemy – nasz charyzmat polega na bezpośredniej bliskości z osobami, które naprawdę tego potrzebują. Głównym bólem, problemem bezdomności wcale nie jest brak dachu na głową, ale brak kogoś bliskiego. To jest właśnie sens tego, co robimy – nie pomoc sama w sobie, ale bycie siostrą dla drugiego człowieka, wychodzenie do niego z otwartością.


Z bezdomności nie wychodzi się łatwo. Działają wewnętrzne mechanizmy, potęgują je uzależnienia... Jak się pracuje z takimi osobami?

Rzeczywiście, większość osób, które tutaj przychodzą, to osoby uzależnione – 80–90 procent. Na ogół postrzega się to tak, że ktoś został bezdomnym właśnie dlatego, że pił. Pytanie, czy rzeczywiście początkiem bezdomności jest alkoholizm? Nie cofamy się o jeszcze jeden krok: nie pytamy o to, co sprawiło, że ten człowiek zaczął pić. Zaczynamy oceniać go, a nie znamy jego historii. Ja tych historii znam mnóstwo. Człowiek, który w tej chwili ma już ponad 60 lat, mówi mi: siostro, pochodzę z wielodzietnej rodziny, z wioski niedaleko Bydgoszczy. Za czasów poprzedniego systemu wszyscy pracowaliśmy w pegeerach, cała nasza wioska piła. Piła moja mama, pił mój tato – i my sześcioro – też piliśmy, zaczynaliśmy, kiedy mieliśmy 13 lat. Nie znaliśmy innego świata, picie to była norma. Skoro wszyscy pili, skąd on miał nauczyć się innej normy życia, innych wartości? Kiedyś powiedział mi: siostro, ja poszedłbym do spowiedzi, bo wiem, że jestem alkoholikiem, nie wstydzę się odkryć swoich grzechów przed Panem Bogiem. Ale mam świadomość tego, jaki jestem grzeszny, i nie miałbym odwagi przyjąć Komunii świętej. Kto od kogo uczy się tu wrażliwości na Pana Boga, na sacrum? Te osoby naprawdę noszą w sobie dużo dobra, którego nie widzimy.

Te historie są bardzo różne, łatwo jest przypiąć komuś etykietkę „jest narkomanem/ alkoholikiem, więc ma to na własne życzenie”. Ale nie spotkałam się z przypadkiem, by dziecko na pytanie „kim chciałbyś zostać w przyszłości” odpowiedziało, że narkomanem albo osobą bezdomną. To nie jest wybór – to konsekwencja wydarzeń z życia, niekoniecznie zależnych od tych osób. Nie bronię ich, bo wiem, że rodzina przeżywa z ich powodu bardzo dużo przykrości. Doświadczenie bycia w jednym domu z osobą uzależnioną jest bardzo trudne. Szczerze współczujemy tym rodzinom, modlimy się za nie, pomagamy jak możemy, ale też widzimy drugą stronę.

Jaką?
Te osoby są lub bywały agresywne dlatego, że są bardzo sfrustrowane. Mają świadomość tego, że na jakimś etapie popełniły błędy, których już nie mogą odwrócić. Bierze się z tego niesamowita frustracja. Trochę jak w „Małym księciu” – kiedy spotkał alkoholika i zapytał, dlaczego pije – „Żeby zapomnieć”. „O czym zapomnieć?” – „O tym, że piję”. Każdy terapeuta powie, że to jest dokładnie taki mechanizm... Uciekamy od prawdy o sobie – w to, co choć na chwilę da nam zapomnienie, w nałogi. Nie dlatego, że chcemy, ale dlatego, że psychikę mamy tak skonstruowaną, że szukamy ratunku – a jeżeli nie mamy siły podnieść się z tego, co nas przytłacza, to po prostu się temu poddajemy. Na wyjście z tego trzeba całych lat terapii. Najlepiej mogą o tym opowiedzieć osoby, które same przez to przeszły. Nie spotkałam osoby, która by powiedziała, że dała sobie z tym radę bez Pana Boga. Każdy mówi odwrotnie – gdyby nie Pan Bóg, w życiu bym się z tego nie wykaraskał, bo to przewyższa ludzkie siły. Oczywiście, każdy postrzega to inaczej, są osoby niewierzące, które patrzą na uzależnienie wyłącznie jako na proces psychiczny i fizyczny. My patrzymy jeszcze na pierwiastek duchowy, na to, że każde uzależnienie jest zniewoleniem przez złego ducha. A ze złym duchem człowiek własnymi siłami nie wygra. Jeśli nie zaprzyjaźni się z Panem Bogiem, nie wyciągnie do Niego ręki, to trudno jest mu pomóc. Myślę, że terapeuci też to wiedzą, właśnie dlatego grupy terapeutyczne zwracają się w kierunku jakiejś „siły wyższej – Boga, jakkolwiek Go pojmują”– tak nazywa się to w grupie Anonimowych Alkoholików.

Potrzeba też wsparcia innych ludzi.

Sami nie dadzą rady z tego wyjść. Czują się samotni, a przez to brakuje im motywacji do zmiany – często słyszymy: dla siebie samego już mi się nie chce, straciłem rodzinę, już nie będę o siebie walczył. Sami wiemy, że potrzebujemy sygnałów od innych ludzi – sygnałów, że coś robimy dobrze, i wsparcia, kiedy jest nam ciężko. Te osoby tego nie mają. Nawet jeśli osoba uzależniona bardzo się stara nie pić dzień czy dwa i powie o tym swoim kolegom z środowiska, to albo ją wyśmieją, albo usłyszy – no dobrze, i tak za chwilę zawalisz, ja już też próbowałem i mi nie wyszło.


Ale wydaje się, że dobry sygnał, dobre słowo to za mało.

Słowo dużo daje. Jeśli spotykamy osobę bezdomną, można zapytać ją o imię – to ważne, żeby zobaczyć człowieka w człowieku. Tym osobom tego brakuje. Są przyzwyczajone do tego, że albo ktoś machnie na nie ręką, albo kupi im coś do jedzenia, ale nie spodziewają się już, że zaczniemy z nimi rozmawiać. Można zapytać o coś najprostszego, np. gdzie pan będzie spał? Kiedy zada się pytanie o jedną rzecz, ta osoba najczęściej mówi dość długo, bo ma w sobie tych niewypowiedzianych rzeczy bardzo dużo. Taka życzliwość, zatrzymanie się przy drugim człowieku, to już pomoc.

A jeżeli chodzi o pomoc konkretną, to potrzeba mobilizować cały system. Gdybyśmy osobie, która już dłuższy czas trwa w bezdomności, co więcej, uzależnionej, dali mieszkanie, to nie będzie to dobra pomoc. Najpierw trzeba tę osobę nauczyć korzystać z dobra, które się jej daje, a dopiero potem tym dobrem obdarzać. Uczy się przez to, że najpierw daje się drobne rzeczy. W ten sposób wypracowuje się w takiej osobie sposób radzenia sobie z tym, co ma, dysponowania tym, co ma, uczenia się własnych emocji, przeżywania ich, regulacji trybu dnia... Takich podstawowych rzeczy, które my mamy nabyte, a które u tych osób są zachwiane. Nie da się pomóc od razu, najpierw trzeba zmienić coś w człowieku, żeby dać mu coś zewnętrznie.

Do tego dochodzi się poprzez dawanie drobnych rzeczy zewnętrznych – poprzez ubranie, dożywianie, terapię. To są furtki do tego, żeby z tym człowiekiem rozmawiać i zmobilizować go do czegoś więcej.

Jeśli ktoś chce pomagać bezpośrednio, najlepiej jest szukać ludzi, którzy się tym zajmują – myślę, że każda instytucja, która takim osobom pomaga, jest otwarta na współpracę z osobami z zewnątrz, z wolontariuszami. Warto wiedzieć chociażby to, gdzie w naszym mieście są jakieś punkty pomocy, żeby, jeżeli zaczepi nas osoba bezdomna, wiedzieć, gdzie dokładnie ją pokierować.

Wiele osób ma dylemat: kupić coś do jedzenia, dać pieniądze albo nie dać nic.

Myślę, że nie powinno się odmawiać jedzenia. „Gdzieś tam jest stołówka, niech pan sobie tam pójdzie, od tego są instytucje”. Niekoniecznie. Nie wiemy, czy ten człowiek w tym czasie nie jest po prostu głodny, a jedzenie to podstawowa potrzeba, powinniśmy ją zaspokoić. To nie są duże koszty, wystarczy kupić jakąś drożdżówkę czy kanapkę, nie chodzi o to, żeby okupić tego człowieka. Kupić i już zostawić Panu Bogu ocenę, czy on tego potrzebował, czy nie. Raczej nie dawać pieniędzy. Zawsze zostaje potem wewnętrzny dyskomfort, czy rzeczywiście zostały one przeznaczone na jedzenie, czy jednak na alkohol, co przecież w takim środowisku jest jednak możliwe.


Jak nie dać się naciągnąć?

Kiedy brat Albert szukał pomocy do posługi wśród kobiet bezdomnych, poznał Marię Jabłońską, późniejszą matkę Bernardynę (przełożoną pierwszych albertynek – przyp. red.). Kiedy przyszedł do braci po pierwszej rozmowie z nią, powiedział: spotkałem dziewczynę, która ma rozum i serce. Myślę, że to jest dobre kryterium pomocy w charyzmacie św. brata Alberta – trzeba mieć rozum i serce. Serce jest dobrym przewodnikiem, nadaje wrażliwość, dynamikę naszej posłudze, ale trzeba też postępować tak, żeby nie dać się wykorzystywać. Pomagać to nie znaczy dać zawsze to, czego ktoś chce.


Wspomniała siostra o św. bracie Albercie. On też przechodził przez bardzo trudne doświadczenia.

Z reguły uważa się, że święci to osoby bardzo mocne duchowo, nieskazitelne, i nawet, jeśli miały jakieś trudności, to niewielkie, nieprzytłaczające. Na przykładzie brata Alberta widać, że Pan Bóg czasem daje świętym bardzo trudne doświadczenia. Kiedy wstąpił do zakonu jezuitów i miał rekolekcje przed nowicjatem, obiecał Panu Bogu, że już nigdy nie będzie palił. Na rekolekcjach przechadzał się alejkami w ogrodzie i zobaczył niedopałek papierosa. Skusił się, podniósł go i wypalił – wtedy zaczęły go męczyć takie skrupuły, takie wyrzuty sumienia, że wpadł w bardzo ciężką depresję. Przewieziono go do zakładu psychiatrycznego, spędził tam wiele miesięcy. Patrzył przed siebie, prawie z nikim nie rozmawiał – był zupełnie zamknięty, odizolowany. Lekarze stwierdzili, że nic się nie da zrobić. Brat Albert mówił później, że był świadom wszystkiego, co się z nim działo, ale nie miał w sobie mocy, żeby znów zacząć funkcjonować. Kiedy brat odwiedził go w zakładzie psychiatrycznym i zobaczył, że nic się nie zmienia, zabrał go do siebie. Dopiero u brata nastąpił przełom – po rozmowie z tamtejszym proboszczem o Bożym miłosierdziu. Brat Albert usłyszał wtedy, że jakiejkolwiek przysięgi danej Bogu byśmy nie złamali, to jeżeli zwrócimy się do Jego miłosierdzia, wszystko zostanie przebaczone. To go bardzo szybko wewnętrznie przebudziło: wskoczył na konia, pojechał się wyspowiadać, stał się zupełnie nowym człowiekiem.

Święci mają różne drogi, a dla nas to pociecha, że cokolwiek by się nie wydarzyło, nic nie uchodzi z ręki Pana Boga. On zawsze nas przeprowadzi, jeśli się go uchwycimy, nawet jeśli jest najciemniej i najtrudniej – i możemy zostać świętymi, jak brat Albert.

Dzięki temu doświadczeniu było mu dużo łatwiej zrozumieć ciężar, który noszą w sobie ludzie, którym później pomagał.



Brat Albert był bardzo radykalny w decyzjach. Spalił nawet część swoich obrazów.

Był bardzo porywczy i krytyczny wobec siebie. Pewnie stąd wzięła się jego depresja po niedotrzymaniu przysięgi. Rzeczywiście bardzo dużo swoich obrazów zniszczył, bo nie był z nich zadowolony. Wielu też nie dokończył, w tym najsłynniejszego „Ecce homo”. Pracował nad nim przez wiele lat. Dopiero kiedy biskup poprosił, żeby sprzedał mu ten obraz, dokończył go, ale mówił, że „po rzemieślniczemu”, był niezadowolony. Dla niego był to obraz drogi duchowej, odprawiał przed nim rekolekcje dla braci i sióstr.


Dla siebie był bardzo wymagający, ale dla innych – wyrozumiały.

Kiedyś dostał pieniądze ze sprzedaży jakiegoś majątku rodzinnego. Mieszkał wtedy w Krakowie, do mieszkania często zapraszał bezdomnych. Jeden z jego podopiecznych nie dość, że mu te pieniądze ukradł, to jeszcze połamał protezę, żeby nie mógł go dogonić. Brat Albert znał dane tego człowieka, ale nigdy nie podał go na policję.

Zdarzało się, że bezdomni uciekali z przytuliska, by na przykład wrócić po roku – brat Albert nigdy nie wypominał im dawnych błędów. Moim zdaniem to myślenie bardzo ewangeliczne – nie chodzi o to, żeby dobijać człowieka, ale dać mu swobodę – masz prawo popełniać błędy.

Brat Albert nie chciał też „zbawiać świata” – wiedział, że to Pan Bóg zbawia i ratuje ludzi, a on jest tylko narzędziem w Jego ręku. Był bardzo pokorny. Są świadectwa, które mówią, że to właśnie ludzi w bracie Albercie najbardziej zachwycało.

Siostry kontynuują jego dzieło. Codziennie przed 12.00 ustawia się u Was kolejka po posiłek. Trzeba spełnić jakieś kryteria, żeby skorzystać z Waszej pomocy?

Może przyjść każdy. To nie musi być osoba z Bydgoszczy, nie musi mieć skierowania z MOPS-u czy jakiegokolwiek innego zaświadczenia. Brat Albert chciał, by każdy, kto zapuka do drzwi i prosi o pomoc, tę pomoc mógł otrzymać. I tego się trzymamy. Prowadzimy ewidencję osób korzystających z naszej pomocy – ale nic poza tym.


Kto się do Sióstr zgłasza?

Na posiłek przychodzi ok. 150–200, część to osoby bezdomne, ale i takie, które po prostu mają trudną sytuację. Do niedawna przychodziło też sporo rodzin wielodzietnych, było ok. 40 dzieci. Ta grupa nam w pewnym sensie „odpadła”, bo po wprowadzeniu programu 500 plus te osoby same zrezygnowały z naszej pomocy – to nas cieszy, pokazuje, że dobrze skorzystały z tego programu. Pozostają emeryci, są też osoby chore, bardzo dużo osób niepełnosprawnych, które nie mogą podjąć pracy – to poszerza grupę osób, której pomagamy. Jest bardzo zróżnicowana.


Siostry uczą się na własnym doświadczeniu? Szkolą się?

Jedno idzie niemal równolegle z drugim. Większość sióstr kształci się w kierunku tego typu pomocy, mamy wykształcenie z zakresu psychologii, socjologii, pedagogiki, resocjalizacji, pielęgniarstwa... Żeby pomagać, trzeba wiedzieć jak. Wykształcenie jest przydatne w naszej posłudze, ale nie nauczy otwartości na drugiego człowieka i bezpośredniego kontaktu z nim nie zastąpi.



Bydgoska wspólnota Zgromadzenia Sióstr Albertynek liczy trzy siostry, które mieszkają i wydają posiłki przy ul. Koronowskiej 14, organizują też terapię zajęciową, na miejscu można u nich skorzystać z pomocy lekarza. W działalności pomagają im wolontariusze.
Siostry kładą bardzo duży nacisk na modlitwę wspólnotową i indywidualną. – Gdybyśmy były otwarte tylko na drugiego człowieka, pojawiłoby się ryzyko, że staniemy się instytucją bez ducha, że zagoniłybyśmy się w tym, co robimy. Chodzi o to, że włączyć hamulce duchowe, pamiętać, że mimo wszystko najważniejszy jest Pan Bóg – tłumaczą.
Zgromadzenie działa nie tylko w Polsce, także w USA, Argentynie, Boliwii, w Rosji i na Ukrainie. Są też w Watykanie – tam pracują na zaproszenie Jana Pawła II jako kucharki dla gwardii szwajcarskiej.

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor