Wywiady Tygodnika Bydgoskiego 28 lis 2017 | Magdalena Gill
Każdy człowiek to oryginał, nie do podrobienia [WYWIAD]

fot. materiały prywatne

– Jak długo będzie trwała dyskusja na temat krzyża w przestrzeni publicznej, tak długo człowiek będzie selekcjonowany – ten przynoszący dochód będzie miał prawo żyć, a ten, którego trzeba otoczyć szczególną troską, już nie – mówi ks. Piotr Buczkowski, bydgoski duszpasterz niewidomych.

Andrea Ceccomori: Muzyka i pokój [WYWIAD]

Wywiady Tygodnika Bydgoskiego 28 lip 00:01

Polonia w Argentynie. Rozmowa z Jose Staweckim [WYWIAD+GALERIA]

Wywiady Tygodnika Bydgoskiego 21 cze 21:13

Magdalena Gill: Pierwszy raz odwiedziłam bydgoską szkołę im. Braille’a, oddział przedszkolny. Te maluchy natychmiast zdobyły moje serce...

Ks. Piotr Buczkowski: A zapytały, jakie ma pani oczy?

Nie. A pytają o to?

Często to robią, ale tak naprawdę nie chodzi im o kolor, tylko o to, czy ma Pani dobre oczy, czy złe. Nawet tak potrafią powiedzieć – ta pani ma dobre oczy, a tamta złe. Im mniejsze dzieci, tym bardziej są śmiałe i odważne.

Większe pewnie mają już dystans...

Dystans i straszny bunt, związany z pytaniem „dlaczego”.

Kiedy się pojawia?

Spotkałem się z tym już w drugiej klasie szkoły podstawowej.

I co Ksiądz im odpowiada?

Nie umiem odpowiedzieć na pytanie „dlaczego nie widzą”. Jestem za to pewien swojej odpowiedzi, gdy pytają, czy Jezus je kocha. Bo wiem, że kocha, i to bardzo.

Czytałam artykuł, w którym opisał Ksiądz kilkuletnią dziewczynkę. Modliła się codziennie, aby odzyskać wzrok, bo chciała zobaczyć motyle.

Dziś już jest licealistką i przestała modlić się o odzyskanie wzroku. Mówi, że woli świat takim, jak ona go widzi, niż ten dziwaczny, oglądany przez nas widzących.

A jaki świat ona widzi?

Tak, jak my, widzi świat ludzi dobrych i złych, uśmiechniętych i smutnych. Trudniej jest jej jednak odbierać pewne rzeczy, bo świat dziecka niewidomego jest tylko tym, co da się dotknąć.
Niewidomi pomogli mi odkryć wymiary i piękno świata, który próbuję uwięzić w fotografii. Mówię „uwięzić”, bo tego się nie da do końca zrobić. Nam się wydaje, że świat jest tym, co widzimy, a to nieprawda. Świat to zapach, smak, emocje, temperatura… – jest wielowymiarowy. Znalazłem na to rewelacyjne słowo w poezji Mickiewicza – różnofarbny. Pochodzi ze starej polszczyzny, dziś już się go nie używa, ale chyba trzeba do tego różnofarbnego świata wracać, żeby wyjść ze świata HD, full HD czy 4K. Bo tylko to jest świat, w którym jest życie. Naprawdę piękny świat.

W świecie niewidomych dużo znaczą też pewnie słowa.

Spotykając się z takimi osobami, trzeba się zastanowić, co mówić. Przychodzą emocje, najłatwiej jest coś obiecać, co potem trudno wypełnić. Dlatego lepiej milczeć i słuchać. Mocy słowa doświadczyłem w ostatnie wakacje. Pojechałem do Medjugorie z niewidomymi dziećmi z podstawówki i gimnazjum z Lasek. Wspinaliśmy się m.in. na górę Podbrdo, która wygląda jak kupa kamieni. Nie jest łatwo na nią wejść, jeszcze trudniej osobie, która nie widzi całości, tylko to, co jest w stanie dotknąć. Mieliśmy po dwóch przewodników na jedno dziecko. Jeden dokładnie opisywał wygląd danego kamienia, drugi je asekurował. I tak kamień po kamieniu – raz wyższym, raz niższym, krzywym, prostym, ruchomym – wchodziliśmy. Obserwowałem te dzieciaki z boku i naprawdę nigdy nie widziałem tak zasłuchanego człowieka. Jakby chciały połknąć wszystkie słowa, by wypełnić zalecenie, nie widząc drogi. W połowie 12-letnia dziewczynka nagle się rozpłakała, bo „pomyślała, że na dole jest przepaść”. Za chwilę przeprosiła, tłumacząc, że przecież dobrze wie, że to słowo, które słyszy, jest tak dokładne, że ma tylko słuchać i wypełniać je, by dojść do celu.

To trochę jak ze słuchaniem Boga w naszym życiu.

O właśnie! Ja dążąc do celu swojego życia, nie widzę nieba, do którego chciałbym dojść, ale idę. Muszę się tylko dobrze wsłuchać w Słowo.

Dlaczego ludzie uważają, że świat niepełnosprawnych jest gorszy? Jak podają organizatorzy obywatelskiej inicjatywy „Zatrzymaj aborcję”, w ubiegłym roku zabito w polskich szpitalach w mocy prawa aż 1042 nienarodzonych dzieci ze względu na podejrzenie choroby lub niepełnosprawności.

Uważam, że problem obrony życia poczętego jest problemem walki między prawdziwą miłością a konsumpcjonizmem. Na prawdziwej miłości się nie zarobi, a na człowieku traktowanym przedmiotowo można zarobić bardzo dobrze.

Kapitalną rzecz odkryłem przed laty dzięki niewidomym dzieciakom. Oglądały poprzez dotyk niewielki krycyfiks. Nagle jedna z dziewczynek z drugiej klasy mówi: „Pan Jezus ma takie rozłożone ręce, jak mój tata, gdy wracam z internatu i chce mnie mocno przytulić”. Czy to nie jest piękna definicja istoty miłości, płynąca z krzyża? Dlaczego świat współczesny się go boi? Bo tego się nie da sprzedać, na tym się nie zarobi. Krzyż to jest wyrzut sumienia.

Wydaje mi się, że dopóki będzie trwała dyskusja na temat krzyża w publicznej przestrzeni życia, do tego momentu człowiek będzie selekcjonowany – ten, który przynosi dochód będzie miał prawo żyć, a ten, którego trzeba otoczyć szczególną troską, już nie.

Czy życie dzieci niepełnosprawnych jest gorsze od życia dzieci zdrowych?

Nie jest gorsze. Jest inne. Wiąże się z innymi problemami, zwłaszcza dla osób, które się z takimi dziećmi stykają.

Rodzice się tego boją. Też bym się bała.

Po rozmowie z dziewczynką, która „oglądała” krycyfiks, odkryłem dalszy ciąg tej prawdy – krzyż to malutki przystanek w naszym życiu. Trudny, ale prowadzi do zwycięstwa, bo przypomina o Bożej miłości. To, czy ja wytrzymam pod krzyżem, czy nie, zależy ode mnie. Odkryłem, że aby stanąć pod krzyżem, nie ma innej drogi, jak najpierw przejść przez wieczernik. Dobrze to widać w Jerozolimie – najpierw jest wieczernik, kawałek dalej bazylika Grobu Pańskiego – wchodzi się schodami do góry na Kalwarię, schodzi się – jest kamień namaszczenia i zaraz za następnymi drzwiami – obudowana grota Grobu Pańskiego. Jeżeli człowiek stanie pod krzyżem bez przejścia przez wieczernik, to nie wytrzyma. Matka Teresa z Kalkuty mówiła, że nigdy nie wyjdzie na ulicę, żeby dać kawałek chleba umierającemu, dopóki nie odwiedzi kaplicy i nie przyjmie do serca Chrystusa pod postacią chleba Eucharystycznego. To jest pokarm prawdziwej miłości. Gdy mam go w sercu, jestem w stanie podejść do człowieka cierpiącego. Inaczej tego nie wytrzymam. Ja to widzę również po sobie, w mojej szkole, szczególnie w klasach z dziećmi głuchoniewidomymi. Muszę iść do nich z tą Bożą miłością, bo sam jestem za słaby. Nie jestem w stanie pochylić się nad człowiekiem z niepełnosprawnością, jeśli nie doświadczę tej miłości. Gdyby ludzie odkryli ten wymiar, byłoby im łatwiej w podjęciu bardzo trudnych wezwań.

Jakie największe problemy spotkał Ksiądz wśród niewidomych?

Zdarzają się niewidome osoby sprawne manualnie, ruchowo, które nie potrafią same jeść czy chodzić, bo rodzina robi wszystko za nie. Nie powinno tak być. Nie widzieć to jest trudność, ale można z tym żyć. Uczę na przykład niewidomych kucharzy. Na marginesie – pamiętam, jacy byli wściekli, gdy telewizja nagrywała o nich program i jej pracownicy robili zbyt dużo szumu. Niewidomi kucharze potrzebują ciszy, żeby posłuchać, jak dana potrawa gada. Okazuje się, że podczas gotowania wszystko gada.

Jedną z dziewczyn ze szkoły namówiłem, żeby zdała egzamin końcowy i zdobyła certyfikat zdobycia zawodu. Udało się, ale przyszła z płaczem i pytaniem „co dalej”. „No jak to, co dalej, szukaj pracy” – odpowiadam. A ona na to, że boi się, co powie mama, bo w domu nie pozwala jej nawet dotknąć klamki od kuchni. To właśnie jeden z problemów – przyjęcia człowieka takim, jakim jest.
Brak wzroku to ogromna trudność, ale można się nauczyć z tym żyć, a nawet jeździć po świecie, jak choćby niewidoma podróżniczka, psycholog i pedagog Hania Pasterny. Rodzice muszą pewne rzeczy zaakceptować u swojego dziecka. Przyjąć go takim, jakim jest i pomóc w rozwijaniu się.

Często problemem jest też zdrowe rodzeństwo, odsuwane na dalszy plan.

Najważniejszy staje się ten z niepełnosprawnością. To ogromne dramaty, wśród niewidomych znam takie przypadki. Mama mówiła widzącemu bratu „ty nie możesz założyć rodziny, bo musisz się opiekować niepełnosprawną siostrą”. Dziś jest człowiekiem bardzo nieszczęśliwym. Siostra umarła, jest sam.

Z kolei w osobach z niepełnosprawnością pojawia się lęk „jak mój brat i siostra założą rodzinę, co ze mną będzie?”. Albo szokująca modlitwa rodziców „Boże spraw, żeby moje dziecko z niepełnosprawnością umarło pierwsze, bo nie wiem, co z nim będzie, jak ja umrę”.

Rodzice często zadają pytanie, dlaczego właśnie oni. Czy Pan Bóg chce, by to oni mieli niepełnosprawne dziecko?

Czy Pan Bóg, który jest prawdziwą miłością, chce, by ktoś był niepełnosprawny? Na pewno nie. Są różne tego przyczyny. W wymiarze społecznym cierpienie jest skutkiem ludzkiego grzechu. To wynika z historii opisu wygnania Adama i Ewy z raju. Tego, że człowiek próbuje postawić siebie na niewłaściwym miejscu – na miejscu Boga. Jeżeli ja siebie uznam za Boga, to wszystko, co nie jest po mojej myśli, będzie mi przeszkadzać. Gdy Pan Bóg jest we właściwym miejscu, to mimo różnych pytań, na które nie mogę znaleźć odpowiedzi, odnajdę sens. To jest odpowiedź, dlaczego każde ludzkie życie jest cenne i niepowtarzalne. Każdy człowiek to oryginał, nie do podrobienia.

A jednak wielu myśli dziś inaczej...

Dzieje się tak z powodu braku miłości. Jedno z niewidomych dzieci zadało mi kiedyś zabawne pytanie: „jak człowiek widzi, czy do przodu i do tyłu od razu?”. Odpowiedziałem, że do przodu, więc dziewczynka stwierdziła „aha, to dlatego moja mama widzi, co robię i nigdy się nie przewracam”. Potem jednak zamyśliła się i po chwili wykrzyknęła: „Proszę księdza, to nie jest tak. Moja mama mnie kocha, dlatego czuję się bezpieczna i się nie przewrócę”. Człowiek nie tylko widzi oczyma, ale też sercem.

Współczesna koncepcja miłości nie dopuszcza tej, którą głosił Chrystus, a przecież ona jest cały czas aktualna. Wymiar miłości Chrystusowej doświadczyłem podczas wędrówki z dorosłymi niewidomymi szlakiem św. Pawła po Grecji. Zwiedzaliśmy Korynt – dziś to kupa kamieni i trzeba mieć niezwykle bujną wyobraźnię, żeby wyobrazić sobie wspaniałe budowle jednego z najbogatszych miast z przeszłości. Funkcjonowały tam tzw. świątynie miłości, gdzie córy Koryntu świadczyły usługi seksualne. Niby to była miłość, a co z tego zostało? Kupa kamieni. Niesamowite, że św. Paweł właśnie do tego miasta pisał o miłości, ale kompletnie innej – „miłość jest cierpliwa, łaskawa, nie zazdrości... itd”. Podarował im ponadczasowy hymn o miłości. Z Koryntu zostały dziś tylko gruzy, a ten hymn będzie trwał i będzie cytowany na różne sposoby do końca świata, bo to jest właśnie istota miłości.
Może to jest zamysł Boży, żeby ci ludzie z niepełnosprawnością nam o tej miłości przypominali…

Ks. Piotr Buczkowski – duszpasterz niewidomych diecezji bydgoskiej, tyflopedagog, katecheta w Kujawsko- Pomorskim Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym nr 1 dla Dzieci i Młodzieży
Słabo Widzącej i Niewidomej im. Louisa Braille’a w Bydgoszczy, artysta fotografik amator

Magdalena Gill

Magdalena Gill Autor

Zca Red. Naczelnego