Felietony 28 wrz 10:17 | Jarosław Jakubowski
Aktor mówi własnym tekstem [FELIETON]

Jarosław Jakubowski, fot. Anna Kopeć (archiwum)

Aktorzy często praktykują dziś improwizację, polegającą na tym, że podczas prób mówią własnym tekstem. Osoba zwana dramaturgiem albo dramaturżką siedzi na widowni i spisuje to, co aktorowi z ust wyszło, potem staje się to scenariuszem spektaklu.

Tak z grubsza wygląda współczesne scenopisanie. Na ogół aktorzy wchodzą w próby, nie mając bladego pojęcia, o czym będzie spektakl. Reżyser wie niewiele więcej od nich. Nawet jeśli wcześniej dostaje od autora tekst sztuki, to jest on zaledwie pretekstem do dalszej obróbki. Reżyser i aktorzy zawsze wiedzą lepiej niż autor. To podstawowe prawo teatru współczesnego. Obecność scenariusza na początku prób nie jest zresztą konieczna, bo jak powiadam, aktorzy podpuszczani przez reżysera tworzą własny scenariusz, sięgając do własnych doświadczeń. Dopowiadają więc swój tekst np. do tekstu „Hamleta”, a krytycy analizują znaczenie tego „gestu artystycznego”. 

Wydaje mi się, że nasi aktorzy polubili tę formę wypowiedzi. Świadczy o tym liczba tego typu spektakli na polskich scenach. Mają one zwykle dwuczłonowe tytuły z kropką w środku. „W pustyni i w puszczy. Faszyzm”, „Murzyn z załogi Narcyza. Boomerstwo zdemaskowane”, „Śniegi Kilimandżaro. Efekt cieplarniany”, „Boska Komedia. Teleturniej” i tak dalej. Wymyśliłem te tytuły, ale spójrzcie na repertuary teatrów, a przekonacie się, że wcale nie odbiegają od realiów. 
Aktorzy w ogóle lubią dzielić się z nami zawartością swego wnętrza. Skoro ich własne słowa stają się tworzywem spektaklu, to uważają, że mają wszelkie predyspozycje ku temu, aby być publicznymi autorytetami. W dawnych czasach tylko najwięksi aktorzy pozwalali sobie na wygłaszanie opinii spoza obszaru własnej profesji. Zwykle też wygłaszali je proszeni o to. Dziś aktorzy dzielą się zawartością swego wnętrza codziennie, w ogromnym natężeniu, proszeni i nieproszeni. Scena teatralna jest drobnym elementem tej aktywności. Zostaliśmy oswojeni z faktem, że wystarczy zagrać epizod w telenoweli, aby uzyskać status autorytetu, który z powagą wypowiada się na wszystkie, dosłownie wszystkie tematy, od stanu Kościoła katolickiego do sposobów na podkrążone oczy. W ogóle ciekawa sprawa z tymi autorytetami. Ja na przykład nie mam żadnego. No po prostu nie mam, bo nie potrzebuję. Mniej więcej wiem, co myśleć i jak postępować bez podpowiedzi. Myślę, że człowiek dorosły powinien mieć już tyle oleju w głowie, żeby w życiu radzić sobie bez suflerów. Wygląda jednak na to, że całkiem spora grupa ludzi suflerów potrzebuje. A może wydaje im się, że potrzebują? 

Aktorzy chętnie grają role autorytetów. Jednym wychodzi to lepiej, innym gorzej. Paradoks polega na tym, że im lepiej się wcielają, tym bardziej są komiczni. Przynajmniej dla mnie. Nic na to nie poradzę, że wolę kiedy aktor dobrze nauczy się kwestii i wypowiada ją ze zrozumieniem wypowiadanych słów. To się jeszcze zdarza. Maciejowi Stuhrowi zdarzyło się co innego, zdarzyło mu się wejść na cienki lód literaturo- i kulturoznawczy, bez mała historiozoficzny. Zdarzyło się na spotkaniu w ramach imprezy „Campus Polska” zorganizowanej przez Rafała Trzaskowskiego, prezydenta Warszawy. Cytat podaję według nagrania wideo, na którym aktor mówi własnym tekstem. Oto jego zapis: „Więc bardzo ciekawą rzecz usłyszałem tam na panelu przed południem że rzeczywiście wciąż jesteśmy że żyjemy  w jakimś paradygmacie tego zniewolenia jakiemu Polska przed dwieście lat ponad była poddana i uczymy się tych Mickiewiczów i tak dalej i uczymy się wielbić to doceniać tę naszą walkę te powstania nasze ta przelana krew i tak dalej podczas gdzie kiedy to w ogóle nie przystaje do naszej dzisiejszej rzeczywistości to były bardzo mądre słowa dzisiaj rano my żyjemy gdzie w wolnym kraju a wszystko co czytamy uczymy się wzrastamy i tym jesteśmy napakowani z innej rzeczywistości z sytuacji niewoli i teraz wciąż ekhm pakujemy w siebie tamto”.

O ile dobrze zrozumiałem, aktorowi chodziło o to, że paradygmat romantyczny nie przystaje do dzisiejszych czasów. Nie wiem, czy pasuje, czy nie, ja Mickiewicza lubię i czytam dość regularnie. Wydaje mi się pisarzem wciąż aktualnym. Gdyby tak nie było, w teatrze nie mielibyśmy tych wszystkich „Dziadów. Rekonstrukcji” albo „Panów Tadeuszów. Rewizji”. Problem nie w aktualności Mickiewicza, ale w tym, że aktorzy mówiący własnym tekstem nie mają pojęcia, o czym mówią. Jeszcze gorzej, kiedy ich reżyserami są politycy.