Felietony 25 lis 15:07 | kd
Jarmarczna Bydgoszcz [FELIETON]

fot. UMB

Muszę przyznać, że tegoroczna edycja jarmarku pobiła poprzednie o jakieś dwie długości. (...) Jeszcze niedawno jarmark w takim wydaniu był jedynie mrzonką, a bydgoszczanie zazdrośnie spoglądali na inne miasta. Pamiętam początki. Kilka nędznych budek na Rybim Rynku. Pies z kulawą nogą tam nie zaglądał - pisze w swoim felietonie Krzysztof Drozdowski.

Kilka dni temu zainaugurowano kolejny już Bydgoski Jarmark Świąteczny. Wraz z całą rodziną, wyposażony w kilka banknotów z wizerunkiem króla Władysława Jagiełły, udałem się na oficjalne
zapalenie światełek.

Rozświetlenie tak dużej części miasta kolorowymi lampkami niemal w jednym momencie mogło przyprawić o wzruszenie, nawet dużego faceta. Zwłaszcza, gdy obejmował swoich synów i żonę.

Muszę przyznać, że tegoroczna edycja jarmarku pobiła poprzednie o jakieś dwie długości. I to nawet całkiem dosłownie, biorąc pod uwagę obszar, jaki został zajęty: od ulicy
Focha przez plac Teatralny, ulicę Mostową i prawie całą płytę Starego Rynku.

Staliśmy, podziwiając ozdoby, wdychając unoszący się w powietrzu zapach grzanego wina i gorących przysmaków. A było prawie wszystko: pierogi, kapusta z grzybami, frytki holenderskie, wata cukrowa, żelki i czego tam jeszcze ciału może zabraknąć do pełni szczęścia. Aby niczego nie
stracić z oczu, należy obrać odpowiednią strategię zwiedzania. My najpierw okrążyliśmy wszystkie stanowiska, porozmawialiśmy z napotkanymi znajomymi, a dopiero potem, przy drugim „okrążeniu”, daliśmy się ponieść wrażeniom kulinarnym. I od razu powiem, że przyjazd na jarmark własnym samochodem to błąd. I to nie dlatego, że na miejsce parkingowe trzeba było przeprowadzić swoiste polowanie, ale głównie z powodu kuszącego grzańca. A jest to nieodłączny element bydgoskiego jarmarku, pomimo że cena wydaje się wygórowana (bo 15 zł za 200 ml),
to jednak amatorów tego trunku nie brakowało. I co ma w takiej sytuacji zrobić kierowca?

Największą tegoroczną atrakcją z pewnością będzie widowiskowe diabelskie - a oficjalnie złote - koło. Po odstaniu swego w kolejce można było zasiąść w wagoniku. Powolne wznoszenie się wydaje się mało ekscytujące, jednak z najwyższego pułapu rozpościera się niesamowity widok na
pięknie rozświetlony jarmark. Dopiero z tego miejsca widać ogrom pracy wykonanej przy jego organizacji. Stąd można też podziwiać urodę naszego miasta. I dobrze, że było ciemno
– dzięki temu pewnych detali, jak fatalne plamy na płycie Starego Rynku, dostrzec się nie dało.

Zauważyć za to można, że jeszcze niedawno jarmark w takim wydaniu był jedynie mrzonką, a bydgoszczanie zazdrośnie spoglądali na inne miasta. Pamiętam początki. Kilka nędznych budek na Rybim Rynku. Pies z kulawą nogą tam nie zaglądał. Potem tę imitację jarmarku przeniesiono
na ul. Mostową.

Zmieniło się miejsce i zmieniła się też osoba, która za to odpowiada. Powołanie Menadżera Śródmieścia i Starego Miasta wpłynęło zdecydowanie na polepszenie wielu aspektów funkcjonowania miasta w tym obszarze. Pierwszy rok jeszcze nie zwiastował wielkiej poprawy. Jednak już następny to wielki wystrzał. Dlatego już wiemy, że Bydgoszcz, jeśli chce, to potrafi. Potrafimy zrobić wielki jarmark świąteczny na światowym poziomie, potrafimy też zrobić wiele innych rzeczy na miarę naszych czasów. Zostaje jednak pytanie co, a raczej kto blokuje potencjał tego miasta i jego mieszkańców?

kd Autor