Felietony 12 paź 08:53 | Redaktor
Wilk na miarę naszych możliwości [FELIETON]

fot. ilustracyjna, Pixabay

Miłościwie nam panujący pan Rafał stosował swą taktykę ulubioną – to nie ja, to oni, co tym razem znaczyło – Enea.

W 1995 roku w kinach wyświetlany był film „Młode wilki”. Opowiadał o 19-latkach szukających szczęścia i wielkich pieniędzy. Na tej drodze nie unikali konfliktów z prawem, a że do tego potrzeba sporej dozy sprytu czy cwaniactwa, znajdziemy w dialogach filmowych takie kultowe już pouczenie: „Nigdy do niczego się nie przyznawaj, złapią cię pijanego w samochodzie, to mów, że nie piłeś, znajdą ci dolary w kieszeni, to mów, że to pożyczone spodnie, a jak cię złapią na kradzieży za rękę, to mów, że to nie twoja ręka. Nigdy się nie przyznawaj”. Tę lekcję odrobiła po mistrzowsku autorka słynnych słów o finansowym głodzeniu Polski i Węgier, wiceprzewodnicząca Parlamentu Europejskiego Katharina Barley. Jak się bowiem dowiadujemy z tefauenu, Barley powiedziała co innego, a to rozgłośnia przekształciła jej słowa. Rozgłośnia nawet przeprosiła. No cóż, w takich sytuacjach można tylko zacytować jednego z najbardziej znanych w Polsce pisarzyczeskich, co to o przygodach wojaka Szwejka pisał: „Jak tam było, tak tam było, zawsze jakoś było. Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było”.

Ale ta taktyka mówienia o nie swojej ręce ma długą tradycję, również i u nas w Bydgoszczu. Tylko tu jest twórczo zmodyfikowana, w konfiguracji odwróconej. Pamiętamy doskonale przecież budowę Trasy Uniwersyteckiej. W jej dokończeniu przeszkadzał tartak Krzysztofa Pietrzaka, który trzeba było wywłaszczyć. Ale wywłaszczyć go nikt nie umiał. Pietrzak doskonale znał kruczki prawne, a urzędnicy robili błąd za błędem. Twórcza modyfikacja polegała na tym, że tu nie było co ręki łapać, bo cała rzecz polegała nie na tym, by złapać rękę, która coś zrobiła, ale by zobaczyć, która ręka nic nie czyni, choć czynić powinna. I wtedy mieliśmy popisy mistrzowskie. To nie ja, to wojewoda, wołał prezydent Bruski. Pardon. On nie wołał. On nawet pisał. Na billboardzie.

Tego lata, w oparach zarazy, Bydgoszczu utonęła w egipskich ciemnościach. W sierpniu prezydenta Bruskiego skarciła nawet „Gazeta Wyborcza”. Opublikowano list bydgoszczanki o angielsko brzmiącym nazwisku. „Niestety, nie możemy błądzić w egipskich ciemnościach do momentu rozwiązania konfliktu. Interwencja Miasta jest potrzebna natychmiast, zanim kilka osób połamie nogi, rozbije głowy lub zostanie napadniętych. ZDMiKP nie ma pieniędzy na odszkodowania, co wczoraj zadeklarował pracownik, a Enea, bez umowy, też nie będzie się czuła odpowiedzialna. Nie wiem co Miasto może zrobić na szybko – kupić ten odcinek od Enei, zlecić naprawę jednostkowo poza umową, zlecić naprawę ZDMiKP, »włamując« się do własności Enei, czy jeszcze inny wariant wybrać, ale kategoryczne żądamy usunięcia awarii w ciągu najbliższych kilku dni”.

Ale ciągnęło się to jeszcze trzy miesiące, podczas których miłościwie nam panujący pan Rafał, stosował swą taktykę ulubioną – to nie ja, to oni, tym razem znaczyło – Enea. Tak było do wtorku, 6 października. Kiedy to ogłoszono, że Enea rozpoczyna naprawę oświetlenia. Przywrócenie pełnej jego sprawności oświetlenia potrwa ok. 1 miesiąca. Mamy takie gorący apel do pana prezydenta. Niech Pan czasem nie pomaga Enei w tej naprawie. Bo jeszcze coś pójdzie nie tak i naprawdę nie będzie już na kogo zwalić.

Jacek Józefowicz

Felieton pochodzi z bieżącego papierowego wydania „Tygodnika Bydgoskiego” (8 października 2020 roku)

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor