Katolicka Bydgoszcz 15 sie 12:08 | BR
Nowy prefekt Zespołu Szkół Katolickich [WYWIAD]

fot. ZSK Bydgoszcz

Z księdzem Łukaszem Boruchem nowym prefektem Zespołu Szkół Katolickich oraz wikariuszem w Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej rozmawia Blanka Rusinek.

Blanka Rusinek: Znamy się od lat, jeszcze z parafii w Solcu. Dziś spotykamy się w nowej roli. Zostałeś mianowany nowym prefektem katolika. Jakie to niesie obowiązki i zadania?

ks. Łukasz Boruch: Z „katolikiem” jestem związany życiowo ;-) jestem absolwentem gimnazjum i liceum. To jednak były inne czasy, nawet inny budynek. Zobaczymy jak będzie. Większość pewnie wyjdzie w przysłowiowym „praniu”, ale będzie to najogólniej mówiąc opieka duchowa nad uczniami, nauczycielami, rodzicami uczniów Zespołu Szkół Katolickich w Bydgoszczy. Będzie ona realizowana przez katechezę, rekolekcje, wspólną modlitwę, Eucharystię, spowiedź i towarzyszenie duchowo-wychowawcze. To jest teoria. Zobaczymy, co przyniesie jeszcze czas i okoliczności ponad to, co powiedziałem lub jeszcze obok tego wszystkiego. Sytuacja jest dynamiczna. Mam na myśli pandemię.

 

B.R.: Jak z Twojego punktu widzenia wygląda Kościół w czasie pandemii? Czy coś się zmieniło w funkcjonowaniu parafii, a może w mentalności czy wierze ludzi?

Ł.B.: Żniwo pandemii będziemy jeszcze zbierać przez lata. Nie chodzi tutaj tylko o ofiary czy straty zdrowotne w społeczeństwie, chociaż jest to oczywiście bardzo ważne. Funkcjonujemy teraz inaczej jako społeczeństwo a w związku z tym również jako wspólnota Kościoła. Patrząc na frekwencję na mszach świętych dochodzę do wniosku, że doszło do polaryzacji. Wrócili ludzie starsi, wierzący tradycyjnie, wrócili nawróceni, ci którzy mają jakąś osobistą relację z Chrystusem. Natomiast niewierzący, wątpiący raczej wolą zostać w domach. Oczywiście są pewnie tacy, którzy przeżywają konkretny lęk przed byciem w większych zbiorowościach. Ten czas to okazja do tego, aby się określić. Bo ze względu na co jesteśmy w Kościele? Argumenty z tradycji, z przyzwyczajenia, z nakazu straciły moc - i to jest super! Może pozostać jeden argument, wcale nie rzeczowy, ale osobowy - Jezus Chrystus. To jest poważne zadanie dla parafii, rodzin, także dla szkoły katolickiej, żeby pokazać nie nakaz, ale Osobę.

B.R.: Jak sądzisz czym spowodowany jest kryzys powołań? Gdzie można szukać jego źródeł?

Ł.B: Kryzys powołań jest spowodowany przez szereg czynników. Można by nawet obciążyć winą rodziny, nas duchownych, współczesną kulturę itp. Młodzi ludzie nie chcą zbyt szybko podejmować życiowych decyzji a nawet jak młody chłopak czuje „ten głos” to potem idzie w świat i dochodzi do jakiegoś zagłuszenia. Poza tym to nie jest łatwa droga. Przeżywanie samotności bywa walką. Jeśli walczy się samemu to łatwo zrobić sobie krzywdę a to nie o to w życiu chodzi. Ja bym źródło tego kryzysu widział w duchowości. Mamy problem z duchowością. Pismo Święte mówi, że „nic nie posiadacie, gdyż się nie modlicie. Modlicie się, a nie otrzymujecie, bo się źle modlicie, starając się jedynie o zaspokojenie swych żądz”. Czyli albo się nie modlimy wcale, jako ludzie, albo się źle modlimy, bo chodzi nam o to, żeby coś dla siebie załatwić. Mamy problem z Bogiem, z relacją. Albo na różne sposoby mamy „wszystko gdzieś”, jeśli chodzi o sprawy duchowe albo powoduje nami w tej relacji lęk. Człowiek wewnętrznie zintegrowany jeśli chodzi o emocje, intelekt, psychikę, sferę fizyczną łatwiej wejdzie w sferę duchową. Wiem, że to może się wydawać takim „bla bla bla” i pewnie byś chciała usłyszeć o kryzysie autorytetow w Kościele o tym, że duchowni grzeszą, że rodziny nie dostarczają stabilnych wzorców a „pokolenie Z” siedzi na Instagramie i Facebooku (albo już w gabinetach psychoterapii) a nie z Chrystusem. W gruncie rzeczy chodzi jednak o problem zaangażowania w relacje z Jezusem, bo to On powołuje, potem jest rozeznanie tego powołania w Kościele. Na pewno łatwiej jest, kiedy młody człowiek jest wolny od kompleksów, ma poukładane życie emocjonalne, ale dzisiaj chyba nikt nie ma. Trzeba być tego świadomym i szukać. Nie przyjmować nigdy gotowych rozwiązań, być ciągle w drodze. Tutaj dochodzimy do tematu skostnienia struktur, które jest wynikiem skostnienia życia duchowego, ale to chyba temat na inną rozmowę.

 

B.R.: Nagrywasz komentarze do Ewangelii na YouTube, a nawet filmy dla dzieci. Jaką rolę w rozwoju wiary pełni Ewangelizacja w Internecie?

Ł.B.: Szczerze? Za tymi komentarzami musi stać jednak modlitwa. Zauważyłem, że za dużo czasu zabiera mi montaż a obowiązki parafialne i „naukowe” dają w przysłowiową kość. Myślę, że wrócę do tego jak się trochę ogarnę. Czyli istnieje ryzyko, że nigdy (śmiech) Jeśli chodzi o samą formę to myślę, że jest tego w internecie dosyć dużo. Pytanie czy byłoby zapotrzebowanie w lokalnych środowiskach, że posłuchać swojego księdza na YouTube? Jeśli chodziłoby o takie internetowe przedłużenie wspólnoty lokalnej to jak najbardziej. Myślę, że jako księża powinnismy go robić. Poza tym kwestia różnorodności. Takie kanały bydgoskich duchownych mogłyby stanowić „reklamę” parafii. Pewien wstęp do zasadniczego spotkania albo pogłębienie treści np. Ewangelii niedzielnej, bo przecież w kościele nie mówi się homilii półgodzinnych. Z drugiej strony internet lubi krótkie formy. Także tak jak mówiłem: różnorodność.

 

B.R.: Czy Ewangelizacja powinna się dziś przenieść do Internetu? Czy widzisz jakieś zagrożenia z tym związane?

Ł.B.: Oczywiście, że nie! Według moich badań (patrz wyżej: „obowiązki naukowe”) młodzież rzadko sięga po pomoce internetowe i multimedialne w aspekcie swojego życia duchowego. Odbiorcami internetowej ewangelizacji jest głównie pokolenie 30 i 40 latków. Tam ma to charakter ewangelizacyjny ale też dla tych grup pogłębieniowy. Jak trafić do młodzieży? Nie wiem. Czasami człowiekowi jest trudno trafić do siebie samego. Wracając jednak do ewangelizacji w internecie. Wiadomo, że niektórzy duchowni są w tym bezkonkurencyjni, ale jednak... ciekawy artykuł w sierpniowym „W Drodze” popełnił o. Janusz Pyda OP. W artykule „Słowo woła o wcielenie” wskazał na niebezpieczeństwo związane z kaznodziejstwem, które byłoby oderwane od sakramentów. Słowo woła jednak o bycie we wspólnocie i dotknięcie konkretnej rzeczywistości. Należałoby zadbać o realne odniesienia a poza tym, widzę to na własnym przykładzie, jeśli ksiądz zostanie sam z tworzeniem filmów albo robi ich za dużo to może „się nie wyrobić” duchowo. Czyli chodziłoby nie tylko o to, żeby tego typu działalność prowadziła do wspólnoty, ale także żeby brała się ze wspólnot. To musi być dzieło, które jest „produktem ubocznym” duchowości jakiejś grupy chrześcijan. Jezus powiedział, że jest tam, gdzie dwóch albo trzech. To jest dalej aktualne.

 

B.R.: Pozostaje nam życzyć wytrwałości w nowej misji oraz owoców na przykład  w postaci powołania, jakich współczesny kościół bardzo potrzebuje. Szczęść Boże. 

 

Całość wywiadu dostępna na: Katolicka Bydgoszcz

BR

BR Autor

Redaktor