Komentarze 27 sie 10:07 | Redaktor
Przybysz, gość i głupiec [KOMENTARZ]

fot. ilustracyjna, Pixabay

„Gościem byłem, a przyjęliście mnie” (Mt 25, 35), „Byłem gościem, a nie przyjęliście mnie” (Mt 25, 43). Na te wersety Ewangelii powołują się chętnie rozmaici politycy i samozwańczy egzegeci nie tylko w dniach i tygodniach ostatnich.

Rzecz ciągnie się od wielu już lat. Migracyjne fale to wznoszą się, to opadają. Im bardziej niespokojne burze przechodzą przez bliższe i dalsze części świata, tym bardziej przybiera na sile współczesna wędrówka ludów.

Chcący spokojnie żyć zwyczajni ludzie w niektórych regionach Europy nagle spostrzegają, że ich wsie i miasteczka są bezceremonialnie zajmowane przez falę koczowniczego tłumu.
Przyczyny tego zjawiska wymykają się często precyzyjnemu zrozumieniu i zbadaniu, ale prawie nigdy nie szuka się w dyskursie medialnym odpowiedzialnych za ten stan rzeczy wśród tych,
którzy prowokacjami politycznymi, lub wręcz manewrami odpowiednich służb, wywołali bezsensowne wojny. Łatwiej przecież oddziaływać na ludzkie uczucia, na ludzką litość obrazkami dzieci topiących się w morzu czy wyrzuconych przez fale. I wzbudzać poczucie winy u tych, którzy mieszkają na brzegu, do którego rodzina tego dziecka chciała dotrzeć.

Prawdą jest wszakże, że zatraciliśmy dawne, zwyczajne, ludzkie poczucie gościnności. Czytam książkę Ferdynanda Ossendowskiego o ucieczce z Rosji. Wędrowiec przedzierający się przez
syberyjską tajgę, gdy dostrzegał w lesie samotną chatkę myśliwego, po prostu wiedział, że będzie miał gdzie przenocować. Nawet wrogowie sypiali w ten sposób pod jednym dachem, mając
do siebie tyle zaufania, że następnego ranka się obudzą bezpieczni. Nikt nikogo w takich  warunkach nie wyrzucał na mróz. To samo przecież obowiązywało na naszych terenach, niezależnie od warstwy społecznej. Gościnni byli zarówno chłopi jak i książęta, a znajdziemy
świadectwa, że zarówno szlachcic nocował czasem w chłopskiej chacie jak i chłop znajdował schronienie w dworskich zabudowaniach. We wszystkich tych przypadkach było czymś oczywistym, że potrzebujący tej gościnności jej nie nadużywał. Przybysz posiliwszy się i wyspawszy szedł dalej w swoją drogę, chyba że znalazł akurat pracę i pozostał na służbie, bo i tak bywało. Ale kto by chciał zostać nieproszony i zajmować dobra nieswoje, nie był już przybyszem, był po prostu grabieżcą i tak zostawał potraktowany.

Te proste intuicje naszych przodków są jakąś podstawą do postępowania tu i teraz. Trzeba zdawać sobie sprawę, że są pewne zasady oczywiste. Spróbujmy je uporządkować przez analogię do udzielania pierwszej pomocy w czasie wypadku drogowego lub innego zagrożenia
np. pożaru. Zawsze instruktorzy udzielania takiej pomocy uczą, że ratując innych najpierw należy zadbać o swoje bezpieczeństwo. W przeciwnym razie stworzymy jeszcze większe zagrożenie
i jeszcze bardziej skomplikujemy sytuację. Trzeba więc oznaczyć teren wypadku, zadbać o zasady higieny. Kto leciał samolotem pamięta być może instrukcję, że maskę z tlenem należy założyć
najpierw sobie, potem dziecku. I taki porządek nie jest żadnym egoizmem, przeciwnie, jest rozsądkiem, bo tylko uratowany może innych ratować. To dlatego tacy myśliciele jak św. Augustyn
czy św. Tomasz z Akwinu mówią o „ordo caritatis” – porządku miłości. Miłość, by była wartościowa, nie może być czysto emocjonalna ani tym bardziej pijacko zawadiacka. Trzeba wiedzieć na czym rzeczywiście ma polegać mój dobry czyn, moja pomoc, jakimi środkami ma zostać udzielona, co ma być jej rezultatem oraz dlaczego i komu w pierwszej kolejności należy jej udzielić.

W latach osiemdziesiątych chętnie powtarzano hasło „nie ma wolności bez Solidarności”. Dziś należałoby rozgorączkowanym, nakręcającym emocje politykom powiedzieć „nie ma miłości
bez odpowiedzialności”. Dlatego ma rację Marek Jurek gdy pisze, że bezwzględnie powinniśmy,
wzorem Litwy, zabezpieczyć granice przed nielegalnym ich przekraczaniem. To jest właśnie to zabezpieczenie miejsca wypadku by nie powstał jeszcze większy karambol. Dopiero wtedy można przystąpić do udzielania pomocy tym, którzy rzeczywiście jej potrzebują.

Przy tym należy z całą mocą podkreślić, że zabezpieczenie granic nie oznacza odgrodzenia się od ludności białoruskiej. Nie, wręcz przeciwnie, chcemy jedynie by ruch graniczny odbywał się w sposób cywilizowany, a to po prostu oznacza, że służą do niego przejścia graniczne. Prowokacje zaś, które urządzają sobie niektórzy posłowie, groteskowo bawiąc się w berka ze Strażą Graniczną, przywodzą na myśl aforyzm kolumbijskiego myśliciela, jednego z najbardziej błyskotliwych klasyków XX-wiecznego konserwatyzmu, Nicolása Gómeza Dávili: „domieszka
kilku kropel chrześcijaństwa do lewicowych poglądów zamienia głupca w głupca doskonałego”.

Maksymilian Powęski

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor