Komentarze 5 lis 16:46 | Redaktor LuPa
Wojna, do której na szczęście nie doszło [KOMENTARZ]

Poniedziałkowa demonstracja zwolenników aborcji/fot. Anna Kopeć

„To jest wojna” – ogłosiły liderki Strajku Kobiet po wyroku TK. I tak szybko, jak wyszły na ulicę, tak szybko z powodu własnej agresji, antyklerykalności i upolitycznienia protestów tę wojnę przegrały. Polska nie jest gotowa na agresywną lewicową agendę. Na razie...

Od dwóch tygodni przez Polskę przetacza się fala protestów przeciwko – no właśnie, przeciwko czemu i komu? Czternaście dni temu tych wątpliwości nie było. 22 października ludzie faktycznie wyszli na ulice Warszawy zaprotestować przeciwko wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. Dla uporządkowania wiedzy – bo obserwując protesty, wyraźnie widać, że spora część demonstrantów po prostu treści wyroku nie zna: aborcja w Polsce była i jest zabroniona. Przed wyrokiem TK istniały trzy przesłanki do przerwania ciąży: zagrożenie zdrowia lub życia kobiety, ciąża na skutek czynu zabronionego oraz prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu. I teraz ta trzecia przesłanka została przez polski sąd konstytucyjny uchylona.

Naruszenie tzw. kompromisu aborcyjnego, obowiązującego od 1993 roku spotkało się ze sprzeciwem milionów Polaków. Większość naszych rodaków to prawo bowiem popierało (według sondażu IB Pollster z 27–28 października 2020 r. aborcję w przypadku ciężkich wad lub chorób genetycznych popiera 67 proc. badanych, a przeciwko jest co czwarty respondent). Setki tysięcy osób postanowiło wyrazić swoje niezadowolenie na ulicach polskich miast, co widzieliśmy także w Bydgoszczy. Niezadowolenie, ale czy aby na pewno tylko z powodu wyroku TK?

Wulgarnie jak nigdy dotąd

Liderzy protestów spod szyldu Strajku Kobiet bardzo szybko – już w noc po ogłoszeniu wyroku TK – wyznaczyli dwa przewodnie hasła protestów. Hasła wyjątkowo wulgarne i dotychczas w poważnej debacie publicznej niespotykane: „Wypier*****” i „Je*** PiS”. Wrażliwsza część demonstrantów niezbyt chętnie wykrzykiwała te wulgaryzmy, ale liderki Strajku Kobiet miały na to gotową odpowiedź: „Trzeba było nas nie wku*****”. Ten slogan miał tłumaczyć nie tylko wulgarną formę protestu, ale także wszelkie inne niespotykane dotąd zachowania, m.in. niszczenie mienia.

I tu pomału dochodzimy do sedna problemu. Lewicowe aktywistki, które od dwóch tygodni zarządzają emocjami setek tysięcy kobiet, szybko znalazły adresatów gniewu – PiS z Jarosławem Kaczyńskim na czele oraz Kościół katolicki. Trybunał zszedł na dalszy plan, choć wulgarne postulaty „wyp**** z orzeczeniem i wyp**** z Przyłębską” padły podczas oficjalnej konferencji prasowej Strajku Kobiet. Kolejne przekroczenie granic – jeszcze nikt tak w Polsce nie formułował postulatów w taki prostacki sposób . 

Ameryka w mniejszej skali

Przykład dla mas szedł z góry. Posłanka Joanna Scheuring-Wielgus weszła z proaborcyjnym transparentem do jednego z toruńskich kościołów podczas Mszy świętej. To Inni posunęli się krok dalej – niszczyli elewacje kościołów, a w kilku przypadkach doszło do ataków na kapłanów. Granice znów zostały przekroczone. Na nic zdały się apele rządzących i lekarzy o pozostanie w domu w trakcie szczytu zachorowań. Politycy, którzy wiosną straszyli „śmiercionośnym papierem i kartami wyborczymi”, teraz namawiali do udziału w protestach. Co gorsza, w ślad za politykami poszli zakaźnicy – jak prof. Krzysztof Simon, który ostrzegał przed śmiertelnym niebezpieczeństwem w związku z dniem Wszystkich Świętych, ale już o protestach powiedział, że są niegroźne. Medialny establishment żyjący od przeszło pół roku koronawirusem, także nie potępił organizatorów protestów. Wysiłek lekarzy i pielęgniarek zszedł nie na drugi, ale na dalszy plan.

Zostawmy te skompromitowane autorytety. Wróćmy do tego, jak z dnia na dzień coraz bardziej przecieraliśmy oczy ze zdziwienia. Radykalna forma protestów, niszczenie pomników i kościołów – czyli coś co obserwowaliśmy dotąd jedynie po drugiej stronie oceanu podczas protestów „Black Lives Matter” szybko zostało przeniesione na polski grunt, choć w dużo mniejszej skali. Te czysto chuligańskie wybryki spowodowały z jednej strony, że część osób wspierających protesty swoje poparcie wycofała, a z drugiej – dała liderowi PiS paliwo do wygłoszenia oświadczenia, w którym wzywa „do obrony kościołów za wszelką cenę”. Polacy – przynajmniej do chwili zamknięcia tego wydania – na szczęście zdali lepiej niż politycy test z odpowiedzialności. Choć z jednej strony słyszeliśmy wezwania „To jest wojna”, a z drugiej odezwę Kaczyńskiego – to w tej „wojnie” nikt życia nie stracił.

Mit apolityczności zburzony

Przełomowym wydarzeniem był 10. dzień protestów, niedzielny wieczór, kiedy to Strajk Kobiet ogłosił swoje postulaty oraz przedstawił skład rady konsultacyjnej. Na jej czele stanęła Marta Lempart. Zadeklarowana lesbijka, która wyznała swego czasu, że od dzieci woli zwierzęta, a ostatnio w Radiu ZET stwierdziła, że niszczenie kościołów to forma tolerancji dla katolików. Do „rady” zaproszono także m.in. Pawła Kasprzaka z Obywateli RP oraz Michała Boniego – ministra w rządzie Donalda Tuska, a w czasach Solidarności konfidenta komunistycznej bezpieki. Ci, którzy myśleli, że protest kobiet jest oddolny i apolityczny, musieli być mocno zdziwieni i zawiedzeni. Okazało się, że o Strajku Kobiet mają decydować mężczyźni „poturbowani” przez politykę, a nie matki, żony i córki, które zdzierały gardła na ulicach Warszawy czy Bydgoszczy.

Kolejna fala rozczarowania przyszła w tym tygodniu i była widoczna gołym okiem także w naszym mieście. Dotyczy bardzo licznego udziału działaczy LGBT w protestach. W poniedziałek (3 listopada) organizatorka bydgoskiej „blokady miasta”, która rozpoczęła się na ulicy Gdańskiej, przez cały protest trzymała w ręku tęczową flagę. Tych na popołudniowej „blokadzie” było w ogóle całkiem sporo. Prowadząca wykrzykiwała przez mikrofon wulgarne hasła, nie bacząc na to, że w nielicznym (200–300 osób) proteście biorą udział kilkuletnie dzieci. Nikt nie dopominał się powrotu do kompromisu aborcyjnego, lecz „aborcji na życzenie”. I właśnie dlatego dla wielu kobiet poniedziałek był punktem zwrotnym. Kobiety wracające z pracy do swoich rodzin nie mogły dostać się do domów, a w „Strajku Kobiet” zamiast nich uczestniczyli działacze LGBT, których zdawałoby się aborcja nie dotyczy.

Czego chcą zwolennicy strajku?

Wbrew temu, co twierdzą liderzy Strajku Kobiet, jego siła słabnie. Po pierwsze z powodu jego wulgarności, agresywności, aktów wandalizmu, a także jawnego upolitycznienia. Po drugie – z powodu tego, że wiele kobiet, które go poparły, poczuły się oszukane. One wyszły na ulice i ustawiały „pioruny” w mediach społecznosciowych, ponieważ chciały zaprotestować przeciwko wyrokowi TK – opcjonalnie przeciwko rządom PiS. Nie chcą jednak firmować niszczenia kościołów, nie popierają Boniego i Kasprzaka, nie są także aktywistkami na rzecz agresywnej, lewicowej agendy. Owszem, chcą mieć prawo do aborcji w przypadku wykrycia podczas badań prenatalnych letalnej wady płodu, ale nie chcą „aborcji na życzenie”. Lewicowe aktywistki przelicytowały na wojnie, którą same wywołały. Polska nie jest gotowa i nie chce ich ofensywy. Na razie. 

Premier i prezydent zaprezentowali odmienne podejście od lidera PiS i lobbują na rzecz „nowego kompromisu aborcyjnego”. Propozycja głowy państwa przewiduje, że dozwolone byłoby przerwanie ciąży w przypadku letalnych wad płodu. Czy jest możliwe jej przyjęcie na gruncie konstytucyjnym, czy znajdzie się parlamentarna większość, która poprzez zmiany? To pytanie pozostaje otwarte. Tak samo jak pytanie, czy naruszenie „kompromisu” faktycznie podniesie realną ochronę życia w Polsce.

Zdjęcia: Anna Kopeć

Redaktor LuPa

Redaktor LuPa Autor

ByWalec