ROZMOWY 30 maj 13:45 | Marta Kocoń
Stowarzyszenie „Dzięki Wam”: Nagrodą jest uśmiech tych, którym pomagamy [WYWIAD]

fot. Anna Kopeć

– Kiedy zaczynałem pierwszy remont mieszkania po pożarze, nie spodziewałem się efektu „kuli śniegowej”. Nie sądziłem, że dookoła jest tyle osób potrzebujących i jednocześnie tyle osób, które chcą pomagać – mówi Adam Jaworski, prezes Stowarzyszenie Niesienia Pomocy Potrzebującym „Dzięki Wam”. Wolontariusze mają za sobą m.in. już 21 remontów wykonanych dla osób w trudnej sytuacji.

Marta Kocoń: Jak zaczęła się Państwa działalność?

Adam Jaworski: Pomagania nauczyli mnie rodzice – zawsze znajdowali sposób, żeby pomagać, mimo że im się nie przelewało. Zresztą cała moja rodzina jest zaangażowana w różne formy pomocy. Doświadczyło mnie też życie. Ciężka choroba mojego dziecka sprawiła, że musiałem prosić o pomoc i ją otrzymywałem. A kiedy siedem lat temu w sąsiedniej firmie wybuchł pożar, ucierpiała też moja firma. Miałem wiele nieprzyjemności, trudności, ale wyciągnięto też do mnie pomocną dłoń.

Wiele było epizodów, jeśli chodzi o działalność charytatywną. Kiedyś organizowałem dary dla powodzian, miałem okazję współpracować z Kołem Pomocy Dzieciom na Diecie Bezglutenowej, do którego należał mój świętej pamięci brat. Moi rodzice bardzo aktywnie uczestniczyli w tym Kole. Patrzyłem na ich działania i angażowałem się, na tyle, na ile jako dzieciak, a potem młodzieniec, potrafiłem. Potem przez wiele kolejnych lat starałem się choć trochę działać z Kołem.

A akcje remontowe?

Ich początek wiąże się z pamiętną nawałnicą, która w sierpniu 2017 roku przeszła przez nasz region. Razem z moimi pracownikami podjęliśmy decyzję, że będziemy zbierali rzeczy, które mogą przydać się poszkodowanym, żeby mogli powrócić do normalności. To były materiały do remontu, czasem meble, odzież, żywność, napoje… Skala otrzymywanych i przekazywanych darów była coraz większa. Równolegle nauczyciele i uczniowie z „Budowlanki”, pomagali remontować domy po nawałnicy. Żywiołem, który nas połączył, był pożar w mieszkaniu pani Arletty na Wzgórzu Wolności.

W grudniu 2017 roku udałem się do proboszcza parafii pw. świętej Jadwigi Królowej, ks. Tomasza Cyla, z prośbą o zorganizowanie zrzutki pieniędzy dla niej. Tego samego dnia spotkałem się z dyrektor „Budowlanki”, panią Magdaleną Popielewską, żeby uczniowie, jeśli jest taka możliwość, wsparli tę akcję fizycznie. I tu i tu spotkałem się z życzliwością i chęcią pomocy. Tak zaczęły się akcje remontowe z „Budowlanką” oraz Branżową Szkołą I Stopnia nr 6.

Ta pierwsza akcja była niesamowita – widzieliśmy najpierw zrujnowane, spalone mieszkanie. Żeby uczniowie mogli przystąpić do remontu, zaangażowałem sąsiadów, harcerzy z 10. Bydgoskiej Drużyny Harcerskiej „Zjawa”, którzy pomogli uprzątnąć spalone rzeczy. Od samego początku na apele – najpierw moje, a później nasze, jako stowarzyszenia – był pozytywny odzew.

Do tego uczniowie byli pełni zapału, chęci. Budujące było to, że mieliśmy okazję obserwować zachowanie pani Arletty – najpierw przestraszonej, przybitej, co ja doskonale rozumiem. Z czasem zaczęła zyskiwać zaufanie do nas. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia w 2017 roku pojawił się u niej pierwszy uśmiech. Wlewanie nadziei, odbudowywanie ducha – to było niesamowite doświadczenie dla nas wszystkich.

Ponieważ i akcji remontowych, i przekazywanych darów było coraz więcej – mebli, sprzętów RTV, GD, wózków inwalidzkich, balkoników – stwierdziliśmy, że trzeba sformalizować tę działalność. 1 marca 2019 roku powołaliśmy do życia stowarzyszenie „Dzięki Wam”.

Zakładało je 14 osób. Ilu jest Was obecnie?

Członków jest 29, ale to tylko zapisy statystyczne. Wolontariuszy, którzy z nami działają, nie jesteśmy w stanie policzyć. Każdy, kto lajkuje, udostępnia nasze posty, już niesie pomoc, bo dzięki temu inni dowiadują się, że organizujemy jakąś akcję. Dużą rolę odgrywają też media, za pośrednictwem których przekazywane są wiadomości. Kiedy informujemy, że potrzebujemy łóżeczka, wózka dziecięcego czy inwalidzkiego albo montujemy ekipę do remontu, odzew jest zawsze niesamowity. Ludzie przynoszą materiały do remontu, drobne narzędzia, wszystko, dzięki czemu możemy pomagać drugiemu człowiekowi – bo my jako stowarzyszenie nie mamy żadnych dotacji, przekazujemy tylko to, co dostajemy od ludzi. Dostajemy bezpłatnie i przekazujemy bezpłatnie.

Co zmieniło się przez te ponad dwa lata?

Kiedy zaczynałem pierwszy remont, nie sądziłem, że wyjdzie z tego „kula śniegowa”. Nie spodziewałem się, że dookoła jest tyle osób potrzebujących – a z drugiej strony, że tyle osób nam zaufa. Tych osób jest coraz więcej.

Cieszymy się też, że w pomoc włączają się różne środowiska. W ubiegłym roku nawiązaliśmy bardzo fajną współpracę z MOPS-em, którego pracowniczką jest nasza wolontariuszka Sylwia. Za pośrednictwem ośrodka poznajemy potrzeby konkretnych najbiedniejszych osób, a pracownicy docierają do nich bezpośrednio. Zacieśniamy współpracę z ks. Sławkiem Barem z Bazyliki, staramy się wzajemnie uzupełniać i wspierać.

Z roku na rok rozwija się nasza akcja mikołajkowa, organizowana wspólnie z Zespołem Szkół i Placówek nr 1, w ubiegłym roku odbyła się po raz czwarty. Za pierwszym razem dotarliśmy przede wszystkim do rodzin „ponawałnicowych”, następnego roku „doszły” już rodziny z Bydgoszczy i okolic, ta proporcja się zmieniała.

Ostatnim razem dotarliśmy do ponad 200 osób. W drogę nie wyruszył już tylko jeden, ale OŚMIU Mikołajów i jeszcze więcej pomocników. Ogromną radością było to, że tylko garstka z obdarowanych sama prosiła o to, by o nich pamiętać, większość to były osoby z polecenia – że to rodzina wielodzietna, której się nie przelewa, że osoba niepełnosprawna...

Chcieliśmy dotrzeć przede wszystkim do osób samotnych, starszych, chorych. Jedną z osób, które nam podpowiedziano, jest pan Zygmunt. Ma 87 lat, jest bezdomny, mieszka w pustostanie i tam dotarli do niego „pomocnicy świętego Mikołaja” – Łukasz i Michał. Nie skończyło się na tym, że raz zanieśli mu paczkę. Zawiązała się pomiędzy nimi nić sympatii. Jak zobaczyli, w jakich warunkach ten pan żyje, pojechali tam z piłą, żeby porąbać drewno, trochę „ogarnąć” okolicę. Potem zaczęli organizować żywność, odzież, udało się przekazać materac, pościel, żeby na święta miał schludniej. Regularnie dowozili mu węgiel. Okazało się, że to nie jednorazowe wydarzenie, przekazanie paczki – zrobiło się z tego coś więcej: „adoptowaliśmy” bezdomnego. Cieszymy się, że zaufał naszym kolegom, coraz więcej opowiada im o swojej historii. Wiele razy ma łzy w oczach z tego powodu, że ktoś się nim zainteresował, ktoś mu pomaga. Wcześniej pomagało mu pewne małżeństwo (Joanna i Sławomir), na tyle, na ile mogło sobie pozwolić. A koledzy bardzo się zaangażowali, wspierają ich też znajomi z Bydgoszczy, Tryszczyna i Wtelna. To piękna rozwojowa sytuacja. Tym bardziej, że na nasz apel o dach nad głową dla pana Zygmunta, który pozwoli godnie przeżywać starość, w ciągu pięciu dni odpowiedziała pani Monika oraz pan Maksymilian, oferując lokum dla Seniora. To jest po prostu niesamowicie piękne i wpisuje się w motto naszych działań „budujemy dobro”.

Nie wiemy czy pan Zygmunt podejmie decyzję o przeprowadzce, choć bardzo tego pragniemy. Mamy jednak na uwadze, że ma swoje lata i zna każdy kamień i każdą ścieżkę w sąsiedztwie, gdzie mieszka, więc nie jest to łatwa dla Niego decyzja. Niezależnie od tego, my będziemy się starali dalej otaczać Go opieką.

Cały czas zbieramy i wydajemy dary rzeczowe. Coraz więcej osób prosi nas o pomoc. Tylko w ubiegłym roku wydaliśmy 10 ton odzieży, 32 wózki dziecięce, kilkanaście wózków inwalidzkich, łóżeczka, całą gamę zabawek, gier, meble…

Czy kiedykolwiek musieliście odmówić pomocy?

Staramy się tego nie robić, ale zdarzają się przeróżne sytuacje. Nie jesteśmy urzędem, organem państwowym, więc nam trudniej zweryfikować kogoś, bazujemy na zaufaniu, tak samo jak inni ufają nam, że otrzymanych rzeczy nie sprzedajemy, tylko przekazujemy dalej. Staramy się podchodzić do każdego, jak do człowieka – nie pytamy o przynależność religijną czy polityczną.

Można by powiedzieć, że rodzinie wielodzietnej nie powinniśmy pomagać, bo jest 500 plus, więc „na pewno sobie radzą”. Nieprawda. Jest wiele rodzin nieporadnych, a jeżeli jest potrzeba, to staramy się je wspierać.

Nie ma tygodnia, aby ktoś nie poprosił nas o remont, bo go nie stać, bo ma złe warunki, jest schorowany.... Niestety, nie jesteśmy w stanie pomóc wszystkim, to poza naszymi możliwościami. Staramy się remontować mieszkania przede wszystkim w nagłych sytuacjach, na przykład po pożarach, remontowaliśmy dwa mieszkania w Sośnie po nawałnicy, w ubiegłym roku pomagaliśmy ocieplić dom w Sicienku. Obecnie remontujemy spalony w sylwestra dom niepełnosprawnego pana Tadeusza na Miedzyniu. Natomiast osób, które potrzebują pomocy, jest ogrom. Nasze moce przerobowe są bardzo, bardzo małe. Coraz trudniej też niestety znaleźć wolontariuszy do pomocy przy remoncie.

Czy były momenty zniechęcenia? Myśl: „mam dość, rzucam to”?

Uczciwie powiem, że nieraz. Fakt, że trzeba prowadzić buchalterię księgową, jest bardzo zniechęcający, podcinający skrzydła. Zdarzają się też komplikacje, kiedy wszystko idzie „jak po grudzie”. Lekko nie jest, nie ma czasu dla siebie, ale warto. Ale o tych złych stronach, trudnych, za bardzo nie chcemy mówić, chowamy je, a pokazujemy to, co dobre, co buduje.

Pewnie radosne momenty wynagradzają trudności.

Jest ich na szczęście dużo. Bardzo miło wspominam nasz remont w Sicienku, tam w pewien sposób odpocząłem. Zaangażowanych było ponad 40 osób, z których najstarsza miała 63 lata, a najmłodsza, mój syn – 12. Cieszę się, że moi synowie włączają się w akcje pomocowe, to dla mnie budujące. Także postawa młodzieży, z którą mieliśmy okazję działać, jest wspaniała. Niektórzy przychodzili w ramach praktyk, inni – bo chcieli bezinteresownie pomóc. W pamięci utkwiły mi słowa młodego chłopaka udzielającego wywiadu telewizyjnego podczas pamiętnej akcji remontowej u „babci” Teresy. Powiedział, że udział w takim remoncie dał mu dużo: „życia mnie to nauczyło…”. Bo taka prawda, że pomagając, można lepiej wczuć się w sytuację danej rodziny, a wielokrotnie docenić to, co się posiada.

Budujące jest to, że użytkownicy Facebooka, na którym przede wszystkim działamy, przekierowują osoby potrzebujące właśnie do nas, że mają do nas zaufanie oraz, że mediom chce się pisać i mówić o naszych działaniach. To nie tylko nas uwiarygodnia, ale jest także impulsem do działania dla innych. A co nas bardzo cieszy – mamy sygnały od osób, że zaczęli pomagać właśnie dzięki nam. I o to nam chodzi.

Kiedy widzimy, że osoby potrzebujące cieszą się z rzeczy, które od nas dostały, to jest wspaniałe. Nie liczymy na słowo „dziękuję”, puchary czy medale. Cieszą nas wyróżnienia otrzymywane czy to od prezydenta czy marszałka za udział w konkursach. To miłe, ale zobaczyć osobę, która na początku po pożarze jest przerażona, a potem się uśmiecha, to jest dla nas radość.

Niesamowita była akcja u „babci” Teresy, gdzie spaliło się całe mieszkanie, remontowaliśmy je ładnych parę tygodni. Krok po kroku zżywaliśmy się z tą rodziną i z innymi, którym pomogliśmy. Chodzi o to, żeby wydobywać ich z tej ciemności, przywracać nadzieję, dać poczucie, że nie są sami – to jest piękne. Więcej jest plusów niż minusów.

A jak udaje się to wszystko godzić z pracą?

Moi współpracownicy – wszyscy są współzałożycielami stowarzyszenia – kiedy zakładaliśmy stowarzyszenie, zadeklarowali, że przejmą część moich obowiązków, żebym mógł dalej działać. Jak tylko mogą, pomagają w godzinach pracy czy po pracy, z ich strony otrzymuję ogromną pomoc, za co bardzo DZIĘKUJĘ. Wychodzę z założenia, że skoro kredyty się spłacają, na pensje pracowników wystarcza, to trzeba pomagać innym, bo trumna nie ma kieszeni. Co z tego, że będę miał duże pieniądze na koncie – i tak mogę z nich nie skorzystać, bo za chwilę mogę dostać „powołanie z Góry”…

Ale nie jest to łatwe, choćby ze względu na nadmiar biurokracji. Kiedy dowiedziałem się, że jako stowarzyszenie musimy prowadzić pełną księgowość, podobnie jak spółka, chciało mi się płakać. Każdą rzecz, którą dostajemy, trzeba wycenić, przyjmować na stan. Buchalteria to dramat. Cieszę się, bo pewna firma chce ze mnie zdjąć ten obowiązek sprawozdawczy – to kamień z serca.

Utrzymują Państwo kontakt z osobami, którym pomogliście?

Z niektórymi tak, bo nie dalibyśmy rady utrzymywać kontaktu ze wszystkimi. Czasem osoby, którym pomogliśmy, same pomagają, otrzymaną od nas odzież przekazują dalej, albo, widząc, że potrzebujemy czegoś, wspierają nas, wyszukują, podsyłają linki. Ktoś, komu przekazaliśmy rzeczy, pomógł, kiedy potrzebowaliśmy pomocy fizycznej. To fajne, że pomoc nie idzie tylko w jedną stronę.

Nie chcemy wnikać w życie ludzi, nie jesteśmy psychologami, ale zdarza się, że ktoś do stowarzyszenia zgłasza się kolejny raz, albo że my, wiedząc, że ktoś jest w trudnej sytuacji, sami do niego pukamy i ośmielamy, żeby, jeśli czegoś potrzebuje, dawał znać, żeby się nie krępował. Zdaję sobie sprawę, że nie jest łatwo prosić.

Któraś z akcji jest Panu najbliższa?

Każda ma swoją historię, nie sposób wskazać... W ubiegłym roku organizowaliśmy zbiórkę pieniędzy na środki ochrony dla medyków, w czasie pierwszej fali pandemii. Łącznie zebraliśmy prawie 40 tysięcy złotych, co dla mnie było bardzo miłym zaskoczeniem. Dzisiaj, jeśli takich środków potrzebujemy, możemy pójść i je kupić, a kiedy pandemia się zaczynała, to aby zdobyć płyny do dezynfekcji, maseczki, przyłbice czy kombinezony, trzeba było godzinami siedzieć przed komputerem i szukać. Kiedy zawoziliśmy rzeczy do szpitali, medycy robili sobie w nich zdjęcia z napisami „dziękujemy”. Byli wdzięczni, że nie zostają sami na palcu boju... Każda sytuacja ma swój urok, nie da się ocenić, która była „najlepsza”.

Te akcje mają bardzo potężny ładunek emocjonalny, radosny, bo mimo trudności, udało się pomóc człowiekowi. A jak się komukolwiek pomoże, to już jest piękne.

W ubiegłym roku nawiązaliśmy też współpracę z Bazyliką [w ramach akcji „Bazylika pomaga” wydawane są posiłki dla potrzebujących – przyp. red.], z ks. Sławkiem Barem – niesamowitym człowiekiem. Przy tej okazji zaraziliśmy innych pomaganiem. Klasa mojego syna Marka planowała robić upominki na mikołaja. Zdecydowali nie dawać prezentów sobie nawzajem, a zamiast tego kupić warzywa dla Bazyliki – dla potrzebujących. Delegacja uczniów i rodziców pojechała zawieźć ponad 100 kg warzyw i owoców.

Naszą ideą w stowarzyszeniu są dwie rzeczy: pomagamy „z wami” i „dzięki wam” – stąd też nazwa stowarzyszenia, chcemy wam podziękować, bo dzięki Wam możemy pomagać. Drugie motto stowarzyszenia to „budujemy dobro”. Narzekania mamy mnóstwo – czy to na księży, polityków, lekarzy… A po co narzekać, czy to coś dobrego wnosi? My chcemy zrobić coś dobrego. Nie jesteśmy w stanie zmienić całego świata, ale pomagając jednej konkretnej osobie, zmieniamy jej świat.

Jak Was wesprzeć? Można pomagać długofalowo, czy tylko „okazjonalnie”?

Jesteśmy otwarci na każdą formę pomocy. Współpracujemy z różnymi hurtowniami, które okazują nam zaufanie – możemy kupować tam rzeczy po niższych cenach, niż normalnie są dostępne. W Bydgoszczy są też dwie „skrzynie z sercem”: w hurtowni Eduobud przy Fordońskiej i w Andrexim przy ul. Boya-Żeleńskeigo, gdzie można zostawiać właśnie rzeczy do remontów. Pomóc można przynosząc dary, materiały remontowe czy odpowiadając na nasze apele, że konkretnie czegoś potrzebujemy. Wpłaty na konto też są mile widziane, ale przede wszystkim mile widziane są ręce do pomocy przy akcjach remontowych, segregowaniu odzieży, czasem przewiezieniu czegoś.

Jeżeli ktoś ma chęć pomagania, ma trochę czasu, to serdecznie zapraszamy, na pewno z tego skorzystamy. Postaramy się w ten sposób pomóc innym.

Działalność Stowarzyszenia „Dzięki Wam” można wesprzeć m.in. przywożąc dary do siedziby (ul. Grunwaldzka 32 w Bydgoszczy, w siedzibie Hurtowni Opakowań ADAM-POL), angażując się w akcje remontowe czy przekazując datek na konto: BNP Paribas  Bank Polska SA, 16 1600 1185 1828 6061 6000 0001

Zdjęcia Anna Kopeć

Marta Kocoń

Marta Kocoń Autor

Sekretarz Redakcji