Wojna na Ukrainie 17 kwi 13:50 | Redaktor
Jadą dary, kierunek: Lwów [KONWÓJ DOBROCI – REPORTAŻ]

fot. Michał Jędryka

– Życie w mieście toczy się zwyczajnie. Ludzie czekają na przystankach, spacerują z psami, idą na kebaba… Tylko worki z piaskiem na oknach piwnic przypominają, że to jednak prawdziwa wojna – opisuje Michał Jędryka, dziennikarz Polskiego Radia PiK, uczestnik Konwoju Dobroci do Lwowa.

Była połowa marca. Pod koniec tygodnia zadzwonił telefon. Dzwonił Andrzej Walkowiak, obecnie prezes Fabryki Obrabiarek do Drewna, kiedyś dziennikarz, z którym pracowaliśmy razem w latach 90. w Polskim Radiu PiK w Bydgoszczy. Bez zbędnych wstępów powiedział, że jedzie w poniedziałek wcześnie rano z Konwojem Dobroci do Lwowa. – Nie chciałbyś pojechać ze mną? Moglibyśmy się w razie potrzeby wymienić za kierownicą, no i byłoby raźniej – zaproponował.

Znałem już tę inicjatywę. Byłem kilka dni wcześniej jako dziennikarz u Jacka Stielowa, który pokazywał mi samochody konwoju i opowiadał o jego przebiegu. Wiedziałem, jak to wygląda – jazda włącznie z kontrolą graniczną w jedną stronę trwa około 12 godzin, potem rozładunek, kawa, jakiś posiłek i szybki powrót. Łącznie ponad doba w samochodzie. Mam już swoje lata i nawet na wyjazdy wakacyjne nie piszę się już na tak długie trasy. Ale to jest sytuacja nadzwyczajna. W naszą stronę zmierzają tłumy uchodźców, a tam zaczyna brakować wszystkiego. Każdy karton żywności, artykułów higienicznych czy medycznych jest na wagę złota. 

Nie zastanawiam się długo. Jadę.  

Ze „Lwowem” na szybie

Wyjazd zaplanowano na poniedziałek, 21 marca. Pierwszy dzień wiosny. U benedyktynów rocznica śmierci i wspomnienie świętego ojca założyciela: Benedykta – patrona Europy. Mamy wyjeżdżać z Bydgoszczy o 4.30, zbiórka wszystkich samochodów konwoju zaplanowana jest na godzinę 6.00 rano. Z rodziną żegnam się poprzedniego dnia wieczorem bez wielkich ceregieli. W wyciskacza łez postanowiła się zabawić tylko moja najmłodsza córka, dziesięcioletnia Stefania, która przyszła się przytulić ze słowami – tata, ale wrócisz? 

Jednak szczerze mówiąc większych obaw o bezpieczeństwo nie było. Tamta część kraju – Lwów i okolice – nie jest objęta działaniami wojennymi. Pewien element niepokoju związany był jednak z plotką, że w najbliższych dniach lub godzinach na Wołyń ma uderzyć armia białoruska, by odciąć Ukrainę od zaopatrzenia z Polski. Tę informację podawały nawet poważne media. Wyglądało na to, że taką możliwość ustalił któryś z zachodnich wywiadów. Później okazało się, że nawet jeśli taki był plan, to Łukaszenka nie był w stanie go zrealizować. Prawdopodobnie w jego armii, a przynajmniej w jej części, doszło do czegoś w rodzaju strajku włoskiego. Nie był to otwarty bunt, ale co chwilę okazywało się, że wykonanie rozkazów nie jest możliwe z powodów różnych. A to sprzęt odmówił posłuszeństwa, a to ktoś ciężko zachorował…

Wyjechaliśmy z Bydgoszczy punktualnie. Było jeszcze zupełnie ciemno. Prezes Andrzej Walkowiak prowadzi busa wyładowanego żywnością w kartonach. Mówi, że samochód jest ciężki, załadowany do granic obciążenia. Nie powinno jednak być problemów – jest sprawny, większość trasy jedziemy równymi drogami. Opowiada o załadunku dnia poprzedniego. Chwali magazyn w Bydgoskim Centrum Targowo-Wystawienniczym w Myślęcinku. Mimo że pracują w nim ogromnej większości wolontariusze, wszystko było przygotowane do załadunku z największym profesjonalizmem. Towar spakowany, ułożony na paletach, zafoliowany.

Popijamy kawę z termosów, jedziemy. Po godzinie krótki postój pod Włocławkiem. Tu spotykamy pozostałych uczestników. Jest więc przede wszystkim Jacek Stielow, znany przede wszystkim z Krainy Dolnej Wisły. To położona w podbydgoskiej gminie Dobrcz posiadłość, w której na obszarze należącym do Stielowa żyją przeróżne, nieraz egzotyczne zwierzęta. Są tu alpaki, lamy, osły, kozy, owce, daniele, kuce i pawie. Całe zoo. Stielow chętnie pokazuje swoje zwierzaki, można je oglądać, karmić, trzeba się jednak wcześniej umówić.

Jedzie też z nami ks. Dariusz Wesołek, proboszcz parafii pw. Świętego Krzyża w Bydgoszczy. Mówi, że podobnie jak w całej Polsce, jego parafianie zbierają dary dla Ukrainy. Dlatego uznał, że powinien się przyłączyć do konwoju i również osobiście dołożyć się do tej pracy. 

Jedzie także Jerzy Bieńkowski z bydgoskiego centrum chirurgii plastycznej. On jest technicznym, drogowym organizatorem konwoju. Okazuje się, że był uczestnikiem wielu rajdów samochodowych. Doskonale wie, jak zorganizować przejazd kolumny pojazdów, jak nią zarządzać, by się nie „rozleciała”. Samochody są oklejone znakami czerwonego krzyża, jako konwój humanitarny. Bieńkowski jednak pilnuje, byśmy nie naklejali tych znaków na dachach. Znając Rosjan, uważa, że reakcja na widoczny z powietrza konwój mogłaby być odwrotna do oczekiwanej… Zdolności Bieńkowskiego poznajemy szybko. Kiedy dojechaliśmy do regionu świętokrzyskiego, zatrzymujemy się w ogromnym korku. Jurek błyskawicznie znalazł objazd. Każe zawracać. Jedziemy polnymi drogami, omijamy wypadek. 

Tu właśnie na bocznych drogach poznajemy różne reakcje kierowców. Jerzy kieruje na skrzyżowaniach ruchem. Ogromna większość kierowców przepuszcza konwój, ale są i tacy, którzy „ładują się” między ciężarówki i używają klaksonów, gdy stojący przed nim przepuszcza konwój. 

Po drodze wiele razy spotykamy się – jeszcze po polskiej stronie – z niezwykłą życzliwością ludzi. Pozdrawiają nas przechodnie, zarówno ludzie starsi, jak i młodzież, machając rękami i uśmiechając się, wspierają pomoc Ukrainie. Konwój jest też oznakowany co do miejsca przeznaczenia – na przednich szybach mamy niewielkie, ale wyraźne tablice z napisem „Lwów” – po polsku i po ukraińsku.

Niektórzy wracają…

Granicę osiągamy wczesnym popołudniem. Ruch nie jest duży. Ci, którzy jechali z Konwojem Dobroci już w poprzednich tygodniach, opowiadają że fala ludzi i samochodów płynąca w drugą stronę, z Ukrainy do Polski, była o wiele większa. Teraz strumień uchodźców wyraźnie zmalał. Co więcej, daje się zauważyć zjawisko przeciwne. Zwłaszcza młode kobiety z dziećmi wracają do ojczyzny – do mężów, którzy tam zostali i walczą – słowem do domu. Minął pierwszy szok…

Do kontroli nie czekamy długo. Po około godzinie jesteśmy już po ukraińskiej stronie. Widać, że urzędnikom tak polskim, jak i ukraińskim zależy, by ruch odbywał się sprawnie, choć muszą dokonać niezbędnych formalności. Przejście Korczowa, pieczątka w paszporcie, zezwolenie na wjazd, ruszamy dalej. Już od pierwszych metrów po przekroczeniu granicy rozglądam się z ciekawością. Ostatni raz jechałem do Lwowa trzy lata temu na wakacje z rodziną. Staram się porównać wrażenia. Na pierwszy rzut oka nic się nie zmienia. Wszystko wygląda normalnie. Stacje benzynowe działają, przydrożne warsztaty usługowe i sklepy są czynne, wygląda to tak, jakby życie toczyło się bez zmian. 

Andrzej zwraca mi uwagę na zadymienie widoczne na horyzoncie. Patrzymy na nie z pewnym niepokojem, jedziemy prosto na ten dym. Po kilku kilometrach okazuje się, że kilkaset metrów od szosy pali się najprawdopodobniej poszycie niewielkiego lasku. Czy to jest naturalny pożar, jakich wiele i u nas, czy spowodowany upadkiem jakiejś zabłąkanej bomby, tego nie udaje nam się ustalić. 

Uważna obserwacja okolicy ujawnia jeszcze jeden element krajobrazu, mianowicie posterunki wojskowe. Są one ogrodzone swego rodzaju niewielkimi barykadami zbudowanymi z worków z piaskiem. Zauważyłem, że pojawiają w miejscach istotnych z wojskowego punktu widzenia, np. przy mostach czy wiaduktach, a także przy ważniejszych skrzyżowaniach. Na posterunkach widać uzbrojonych żołnierzy, wśród nich są także kobiety. Czasem zatrzymują i kontrolują przejeżdżające pojazdy. Nasz konwój jest przepuszczany na razie bez takich kontroli. Jest jeszcze jasno, gdy dojeżdżamy do Lwowa. 

Ich domy już nie istnieją

Pierwszy punkt, do którego docieramy, to parafia pw. św. Jana Pawła II położona na obrzeżach miasta, przy jego obwodnicy. Proboszczem parafii jest ks. Grzegorz Draus, Polak, kapłan diecezji lubelskiej. Parafia ta nie została wybrana przypadkowo. Od dłuższego już czasu proboszcz ma związki z Bydgoszczą. 

Jego parafia jest pozornie wielka. Na terenie objętym jej granicami mieszka dwieście tysięcy osób. Jednak do kościoła przychodzi lub kontakt z duszpasterstwem utrzymuje najwyżej kilkaset, a więc jeden na tysiąc. Ukraina po 70 latach sowieckiej indoktrynacji w ZSRS bardzo się zateizowała. Niewielu jest tu ludzi religijnych w ogóle, a spośród rodzin, które wiarę zachowały, ogromna większość to prawosławni. Katolików rzymskich jest tu bardzo mało. Ksiądz Draus postanowił zbudować kościół obok hipodromu, na placu, gdzie Jan Paweł II w 2001 roku celebrował dwie Msze święte. 

Parafianie są bardzo zaangażowani. Kościół udało się zbudować w ciągu kilkunastu lat. Znaczną pomocą były pieniądze zdobyte dzięki akcji stowarzyszenia Sanctus Paulus z Bydgoszczy w roku 2017. Zorganizowano wtedy lot gołębi z Brukseli do Polski. Gołębiarze zgodzili się, by dochód z lotu przekazać za pośrednictwem stowarzyszenia Sanctus Paulus na budowę kościoła. Było to kilkadziesiąt tysięcy złotych – na warunki ukraińskie pomoc bardzo znaczna. 

W niedzielne popołudnia ks. Grzegorz Draus z parafianami prowadził misje na centralnym placu Lwowa. Był też zaangażowanym kapelanem trzech więzień i szpitala psychiatrycznego. Więźniowie bardzo chętnie się ze swoim kapelanem spotykają. Jak zapewnia proboszcz, historie ich życia bywają niezwykle ciekawe… Natomiast w lwowskim szpitalu psychiatrycznym również pełni posługę duszpasterską. Okazuje się, że w tym samym szpitalu przebywał kiedyś Albert Chmielowski, który cierpiał na depresję.

Teraz jednak ks. Draus zajmuje się przede wszystkim uchodźcami wojennymi. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, przecierałem oczy ze zdumienia. W każdym dosłownie wolnym kącie domu parafialnego albo koczują uchodźcy, albo zorganizowano naprędce magazyny darów. Pomagają wolontariuszki z parafii. To one zorganizowały tu kuchnię i jadalnię. Częstują nas kawą i gorącą zupą. Lwów stał się dla wielu uchodźców wojennych miastem docelowym. Jest tu w miarę bezpiecznie, zdarzają się wprawdzie ataki rakietowe, ale nie są to naloty na chybił trafił, tylko precyzyjnie kierowane ataki w cele wojskowe o znaczeniu strategicznym. Kilka dni po naszym pobycie takie rakiety trafiły w magazyny paliw pod Lwowem.

Uchodźcy koczujący na plebanii u ks. Drausa to najczęściej ludzie po traumatycznych przeżyciach. Są tacy, których domy już nie istnieją. Jest tu wiele ludzi starszych, nieporadnych. Nie wiedzą, co robić dalej. Za granicę, nawet do Polski, wyjeżdżać nie chcą.

Kryzys humanitarny we Lwowie jest poważny. Niektórzy oceniają, że przybyło tu drugie tyle ludzi, ilu mieszka na co dzień. Czy i jak długo infrastruktura miasta to wytrzyma? Czy nie zabraknie już nie tylko żywności, ale wody? Czy służby miejskie nadążą z utylizacją śmieci? Tych pytań nikt tu nie zadaje. Są sprawy ważniejsze.

Operacje na froncie

Od ks. Drausa jedziemy do Soboru św. Jura, wspaniałej świątyni, będącej aktualnie katedrą grekokatolicką Lwowa. Tu również rozładowujemy część darów. Przyjmuje je Olena Karnaukh, dyrektor Fundacji Duchowego Odrodzenia, jednej z tych niezliczonych organizacji, które na zapleczu wojny zajmują się działalnością humanitarną. Ta niezwykle pogodna osoba opowiada o swojej pracy. W czasie pokoju pracowała ze stowarzyszeniami osób głuchych, z sierocińcami, z osobami bezdomnymi. Teraz pakuje i rozładowuje busy dla wojska, dla uchodźców. Zajmuje się ekspedycją wszystkiego, co niezbędne: leków, opatrunków, apteczek.

– Pracujemy przez punkty recepcyjne z uchodźcami, którzy osiedlili się tutaj, we Lwowie, oraz organizujemy pomóc dla ludzi, którzy nie ewakuowali się , nie wyjechali ale zostali na terenach gdzie faktycznie brakuje wszystkiego: jedzenia, wody. Tutaj we Lwowie mamy sztab pomocy, wolontariuszy, dość spore magazyny za terenem Lwowa, gdzie przyjmujemy pomoc i wysyłamy ją do najbardziej dotkniętych wojną ludzi. Nasz sztab jest niewielki, ale pomimo to rozładowaliśmy w trzy tygodnie już ponad 120 ton pomocy humanitarnej od was, z Polski i również od innych państw: Szwajcarii, Słowenii, Słowacji. Spakowaliśmy i wysłaliśmy blisko 50 busów do Kijowa, Charkowa, pod Mariupol. No i pomagamy tu na miejscu: w samym tylko Lwowie są setki tysięcy uchodźców.

Olena pokazuje mi pałac biskupi przy katedrze. – Tu mieszkał arcybiskup Szeptycki – mówi. Zadumałem się. Arcybiskup Szeptycki. Przesuwają się przed oczyma dziesiątki stron przeczytanych historii. – Prawda was wyzwoli – mówił nasz Pan… Ale teraz nie ma czasu na rozważania, na dyskusje. Kiedy wyładowujemy kartony, rozlegają się syreny. Alarm. Rozglądam się wokół. Nikt nie spieszy się do schronów. Potem dowiem się, że były to rosyjskie rakiety lecące w kierunku celów w okolicach. Zostały strącone.

Żegnamy się z Oleną. Jedziemy dalej. Tym razem przekazać kartony ze sprzętem medycznym, lekami i opatrunkami. Ich odbiorcą jest prof. Myron Uhryn. W przeciwieństwie do Oleny, profesor mówi świetnie po polsku, wyjaśnia, że współpracuje z polskimi ośrodkami naukowymi i medycznymi od dziesięcioleci. Zostawiamy kartony sprzętu, profesor zaprasza na kawę do gabinetu i pokazuje makietę samochodu, w którym na froncie przeprowadza operacje. – Dla mnie wojna nie zaczęła się teraz – tłumaczy. Trwa już ósmy rok. Na froncie najczęściej zdarzają się urazy twarzoczaszki, a to dlatego, że podczas gdy korpus jest chroniony kamizelką kuloodporną, a wierzch głowy – hełmem, to twarz pozostaje najczęściej odsłonięta. Dlatego dla chirurga szczękowego, a takim jest właśnie prof. Uhryn, na wojnie jest mnóstwo pracy. W swojej mobilnej sali operacyjnej ma wszystkie potrzebne sprzęty. 

Wracając, jedziemy przez centrum Lwowa, przez Stare Miasto, obok pomnika Mickiewicza. Życie w mieście toczy się zwyczajnie. Ludzie jeżdżą tramwajami, czekają na przystankach, spacerują z psami, idą na kebaba… Tylko worki z piaskiem na oknach piwnic przypominają, że to jednak prawdziwa wojna. 

Wracamy do Polski. Już bez przygód. Jest ciemno. Szosa jest pusta. Już po powrocie jeden z uczestników zwrócił mi uwagę, że wtedy ciarki mu przeszły po plecach. Gdyby pilot jakiegoś rosyjskiego śmigłowca zauważył oświetlony konwój 10 samochodów? Jak mogłoby się to skończyć?

Michał Jędryka, Polskie Radio PiK

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor