Felietony 5 cze 08:20 | Michał Jędryka
Między walką o władzę a walką o słuszność [ANALIZA]

J. L. Urban, rzeźba Sprawiedliwości na budynku sądu w Ołomuńcu (Czechy)/fot. Michal Maňas, Wikipedia, CC BY 4.0

– Sprawiedliwość jest nauczycielką dobrych kompromisów. Nie ten jest sprawiedliwy, kto wygrywa i zabiera wszystko, ale ten, kto rozumie, że część słuszności może przypadać drugiej stronie – pisze o tendencjach w myśli politycznej Michał Jędryka z Polskiego Radia PiK.

Toruński socjolog, prof. Radosław Sojak, 23 maja wygłosił w Polskim Radiu PiK godny uwagi felieton. Ponieważ jego treść ma znaczenie dla tych rozważań, pozwolę sobie tu przywołać główną myśl profesora. Autor odwołał się do tezy Rafała Ziemkiewicza, który uważa, że współczesny polski stosunek do polityki i polska świadomość narodowa są ukształtowane przez specyficzną historię. Nasza myśl polityczna formowała się bowiem w okresie, kiedy nie mieliśmy państwa, a ponadto rozpamiętywaliśmy poniesione w przeszłości klęski, szukając ich przyczyn, a nierzadko – szukając winnych. I tym, co podtrzymywało wówczas Polaków na duchu, było często poczuciem moralnego zwycięstwa, mimo politycznej czy wojskowej porażki. Stąd Ziemkiewicz wyciąga wniosek, że polska myśl polityczna akcentuje przede wszystkim słuszność danej idei czy dążenia politycznego. Chodzi o słuszność moralną, o poczucie walki w słusznej sprawie. A zatem polska myśl polityczna często sprowadzałaby się do określania tego, co słuszne i dążenia do tego, by tej słuszności stało się zadość. 

Profesor Sojak, zgadzając się z Ziemkiewiczem, zauważa, że takie postrzeganie polityki stawia Polskę na straconej pozycji na arenie międzynarodowej, bo zamiast realizować swoje interesy, zastanawiamy się nad tym, jak postąpić słusznie. 

I tu przeprowadza nasz felietonista ciekawą dosyć krytykę takiego podejścia, polegającą na tym, że jeżeli jedna strona ma słuszność, to druga musi jej nie mieć. Stąd pojęcie słuszności jest zero-jedynkowe. W rzeczywistości tak przecież nie jest, bo jeżeli przyjrzymy się jakiemukolwiek realnemu konfliktowi na świecie, to każda strona ma swoje argumenty i każda potrafi w jakiś sposób dowodzić, że ma słuszność. Ta wada podejścia słusznościowego daje o sobie znać zarówno w relacjach międzyludzkich, jak i w relacjach politycznych – przekonuje profesor Sojak.

Idźmy dalej za wywodem profesora. Stawiając sprawę w ten sposób, dokładamy w negocjacjach dodatkową barierę psychologiczną, pokazując partnerowi (czasem przeciwnikowi), że on racji nie ma. A nie na tym przecież polegają relacje międzyludzkie. Nie na tym polega codzienne życie i nie na tym polega polityka międzynarodowa – kończy swój felieton prof. Sojak. 

Spuścizna Machiavellego

Trudno się z tym nie zgodzić. Zresztą takie realistyczne uwagi pod adresem polskiej polityki, polskiego narodowego charakteru, formułowano już w przeszłości niejednokrotnie. Na marginesie tylko zauważę, że nie jest to tylko charakterystyczna cecha Polaków. W słynnej swojej książce „Dyplomacja” Henry Kissinger (wsławiony zresztą niedawnymi kontrowersyjnymi wypowiedziami w sprawie rosyjsko-ukraińskiej wojny) pisał przed laty: „Nie było dotąd innego społeczeństwa, które by twierdziło, że zasady zachowania etycznego dotyczą działań międzynarodowych w takiej mierze, jak indywidualnych – a jest to dokładne przeciwieństwo polityki raison d’état prowadzonej przez Richelieu. Ameryka zawsze była zdania, że zapobieganie wojnie jest wyzwaniem tyleż prawnym, co dyplomatycznym i że przeciwstawia się nie tyle zmianie jako takiej, ile sposobowi, w jaki ta zmiana zachodzi, w szczególności zaś użyciu siły. Żaden naród nie narzucił sobie takich moralnych wymagań jak Ameryka. I nie było kraju, który by tak się dręczył z powodu rozziewu pomiędzy wartościami moralnymi, według definicji absolutnymi, a niedoskonałościami wynikającymi z konkretnych sytuacji, w których muszą one znaleźć zastosowanie”. To jednak tylko dygresja. Spróbujmy poszukać wyjścia z pułapki zarysowanej przez prof. Sojaka. 

Z jednej strony paradygmatowi słusznościowemu można przedstawić politykę czy koncepcję polityki sformułowaną przez Nicolo Machiavellego. Ten XVI-wieczny florencki filozof, prawnik, dyplomata i pisarz dokonał rewolucji w myśli politycznej, właśnie odrywając zupełnie politykę od oceny moralno-etycznej. Swoje rady dla księcia, czyli rządzącego państwem, przedstawił w traktacie stanowiącym przepis na skuteczne sprawowanie i utrzymanie władzy. „Ludzie są zmienni i kłamliwi” – pisał Machiavelli.  „Gdy czynisz dobrze, wszyscy są tobie oddani, lecz ociągają się gdy potrzeba zbliży się do ciebie. Miłość jest trzymana węzłem zobowiązań, które ludzie, ponieważ są nikczemni, zrywają skoro tylko nadarzy się sposobność odniesienia osobistej korzyści”. Te gorzkie słowa oddają jego smutne poglądy. Smutne tym bardziej, że ich autor nie doczekał się spełnienia swoich ambicji politycznych. 

Ale zostawmy Machiavellego i zobaczmy, jaką myśl polityczną można mu przeciwstawić w dziejach naszej cywilizowanej przecież Europy. Beniamin Wiker zalicza „Księcia” Machiavellego do 10 książek, które zepsuły świat. Może więc warto odwołać się do tej myśli politycznej, która poprzedzała książkę Machiavellego i politykę jego niewątpliwie zdolnego naśladowcy – Armanda Jeana du Plessis de Richelieu. 

Lek na skrajności: sprawiedliwość

Właśnie w filozofii europejskiej, która kształtowała się od Platona i Arystotelesa po średniowiecznych mędrców uniwersytetu paryskiego, znajdujemy pewne słowo klucz do zrozumienia i, być może, przezwyciężenia jednostronności, która zarysowała nam się pomiędzy skrajnościami takimi jak bezwzględna walka o władzę oraz słuszność moralna.

Tym pojęciem, do którego zmierzam, jest sprawiedliwość. Pojęcie sprawiedliwości jest tak kluczowe dla naszej cywilizacji, że dotyka samej jej istoty. Bez tego pojęcia, bez tej cnoty (bo sprawiedliwość jest cnotą) nasz Zachód nie byłby tym, czym jest. O sprawiedliwości uczył już Sokrates. Pisał o niej Platon, a Arystoteles zbudował na sprawiedliwości niemal całą etykę. 

Odwołajmy się więc właśnie do Arystotelesa, by sobie uświadomić, czym sprawiedliwość jest. W „Etyce nikomachejskiej” czytamy: „Człowiekiem sprawiedliwym jest ten, kto trzyma się prawa i przestrzega tego co słuszne; to co sprawiedliwe jest tedy tym, co zgodne z prawem i słusznością, to zaś co niesprawiedliwe jest tym, co niezgodne z prawem i słusznością”. No dobrze, powie ktoś, ale właśnie wróciliśmy do punktu wyjścia, do pułapki, z której chcieliśmy się uwolnić, do słuszności, która swą bezwzględnością stawiania spraw na ostrzu noża uniemożliwia często wszelkie porozumienie! 

Jednak to tylko pozór. Sprawiedliwość – owszem – odwołuje się do słuszności, ale tu trzeba przywołać jeszcze jedną definicję. Jest ona wypisana na warszawskim gmachu sądu po łacinie, ale oszczędzę Czytelnikowi oryginału. W przekładzie: „Sprawiedliwość to stała i wieczna wola oddawania każdemu tego, co mu się należy”. Ta definicja pochodzi od Ulpiana, rzymskiego prawnika z III wieku po Chrystusie.

Prawdziwe kompromisy

Zauważmy – oddać każdemu, co mu się należy – już w punkcie wyjścia wskazuje, że najczęściej coś się należy nie tylko jednej stronie, ale innym członkom społeczności, w szczególności innym uczestnikom sporu – czy to rodziny, czy narodu, czy społeczności międzynarodowej. Święty Tomasz z Akwinu pokazuje to na skrajnym, ale wiele mówiącym przykładzie. Jeśli sąd rozpatruje sprawę morderstwa, to rodzinie zabitego zależy, by sprawca został ukarany, a rodzinie mordercy może zależeć, by uniknął on kary. Sprawiedliwy wyrok będzie zatem taki, który odda każdemu co mu się należy – mordercy z jednej strony wymierzy karę, z drugiej jednak uzna wszelkie okoliczności łagodzące. 

Zazwyczaj – takie jest życie – sprawiedliwy wyrok może być takim, z którego nikt nie będzie zadowolony. Ale też przypomnijmy sobie, że symbolem sprawiedliwości jest waga. Sprawiedliwość dokonuje tego właśnie rozdziału – ile i komu przyznać z tej słuszności. I raczej nazwiemy sprawiedliwym tego, który poniesie ciężar słusznego podziału, niż tego, który stosuje zasadę „każde grabie grabią do siebie”. 

Sprawiedliwość jest więc nauczycielką prawdziwych, dobrych kompromisów. Nie ten jest sprawiedliwy, kto wygrywa i zabiera wszystko, ale ten, kto rozumie, że część słuszności może przypadać drugiej stronie. Dlatego Arystoteles nazywa sprawiedliwość największą ze wszystkich cnót. Katolicyzm, czerpiąc i z biblijnego, i z rzymsko-greckiego pojęcia sprawiedliwości, wymienia w katechizmie sprawiedliwość wśród czterech cnót kardynalnych, obok roztropności, umiarkowania i męstwa. I w jakimś sensie wszystkie one są powiązane. Nie można sobie bowiem wyobrazić sprawiedliwości bez roztropności, która umie sprawiedliwe rozwiązanie wypracować, umiarkowania, które każe nie sięgać po część niesprawiedliwą i męstwa, które – gdy to konieczne – pozwala o sprawiedliwość walczyć. 

W naszych – z pewnością przełomowych – czasach, jeśli nie przywrócimy sprawiedliwości dawnego blasku, może nas czekać powrót do barbarzyństwa. Którego czarne zwiastuny możemy już niestety oglądać.

Michał Jędryka, Polskie Radio PiK