Felietony 29 lis 18:40 | Jarosław Jakubowski

Pobrzmiewają mi u Zegarlińskiego echa filmów Federico Felliniego i naszego „realisty magicznego” Jana Jakuba Kolskiego. Obaj udanie łączą zwyczajność z niezwykłością, patos z grubym nieraz żartem, wysokie z niskim - pisze Jarosław Jakubowski.

Jarosław Jakubowski

prozaik, dramaturg, poeta, publicysta

Bardzo lubię takie odkrycia. Edward Zegarliński, rocznik 1951, mimo że tworzy już od wielu, wielu lat, dopiero teraz, za sprawą prezentacji „online” w Galerii Autorskiej w Bydgoszczy, stał się szerzej znany bydgoskiej (i nie tylko bydgoskiej) publiczności. Lepiej późno niż wcale, bo twórca to wybitnie osobny i oryginalny. Zajmuje się snycerstwem (wyjaśnijmy – snycerstwo to stara dziedzina sztuki zdobniczej, pokrewna z rzeźbiarstwem, wystarczy wejść do gotyckiego kościoła i zobaczyć rzeźbienia w ławach, konfesjonałach, stallach czy ambonie – to właśnie robota snycerzy). Poza tym robi witraże dla kościołów, zajmuje się też renowacją dzieł sztuki. W międzyczasie niejako para się klasycznym (choć może nie do końca klasycznym) rzeźbiarstwem. Jego prace cechuje niezwykła staranność wykonania, a przede wszystkim bardzo specyficzne podejście do samej sztuki rzeźby.

Rzeźby Edwarda Zegarlińskiego przedstawiają figury, które kojarzą się ze światem baśni, gdzie skrzaty czy strachy na wróble funkcjonują na równi z ludźmi. Zresztą same sylwetki ludzkie pod ręką rzeźbiarza zniekształcają się w formy przypominające trójwymiarowe postaci z obrazów Jerzego Dudy-Gracza. Deformacje czynią te byty wzruszająco groteskowymi, ale nigdy ośmieszonymi czy skompromitowanymi. Trochę jak w cyrku, gdzie przerysowanie służy lepszemu dotarciu do emocji widza. Czasem zamiast stopy „wyrasta” metalowe kółko, z brzucha wysuwa się obiektyw aparatu, a z ludzkiego korpusu – głowa słonia. Kiedy indziej artysta „przełamuje” swoje postaci elementami roślinnymi, niekiedy dodaje im fragmenty urządzeń technicznych. Powstają niesamowite hybrydy, poddane wyłącznie logice wyobraźni, a jednocześnie mające niekiedy funkcje użytkowe – na przykład jako lampy.

Pobrzmiewają mi u Zegarlińskiego echa filmów Federico Felliniego i naszego „realisty magicznego” Jana Jakuba Kolskiego. Obaj udanie łączą zwyczajność z niezwykłością, patos z grubym nieraz żartem, wysokie z niskim. Rzeźbiarz sięga po tradycyjne tworzywo – brąz i kamień, pokrywa je specjalnymi farbami, ale to nie wszystko, bo przecież każdej z prac nadaje żartobliwy tytuł, jak np. „Protoplasta Foto-szopa”, „Moherowy beret 40+”, „Trójnożny ekolog”, „Kłaporogi w drodze do szkoły”. Innym razem uderza w ton bardziej refleksyjny, zawsze jednak stara się osiągnąć efekt metafory. Rzeźba więc ma nie tylko być, ale również znaczyć, odnosić się, komentować. Rzeźbiarstwo interwencyjne? Publicystyczne? Rzeźbione felietony, anegdoty i krotochwile? A czemu nie? Skoro polityka już dawno wtargnęła w rejony sztuki, to dlaczego sztuka nie miałaby czerpać z inspiracji polityką?

I jeszcze jedno. Edward Zegarliński jest rzeźbiarzem dla ludzi. To znaczy – tworzy rzeczy, które niejeden z nas chciałby mieć u siebie w mieszkaniu, w najbliższym otoczeniu. Zwraca rzeźbie szlachetną funkcję dekoracyjną, dzięki której codzienne życie choćby w krótkich błyskach może przybierać cechy baśni, świata może nieprawdziwego, ale prawdziwie pięknego.

Galeria Autorska Jana Kaji i Jacka Solińskiego, zamknięta z powodu epidemii, nie zwalnia tempa działań. Jej aktywność przeniosła się w 99 procentach do Internetu. Cykl „Życie w ukryciu” prezentuje twórczość literacką i plastyczną artystów z kręgu galerii, zaopatrzoną w komentarze krytyczne. Jak dotąd cykl miał 31 odsłon. Najpewniej będzie ich więcej. Oczywiście obcowanie ze sztuką za pośrednictwem mediów elektronicznych to nie to samo, co osobista wizyta w galerii, gdzie z dziełem i jego autorem można stanąć „twarzą w twarz”. Cóż jednak pozostaje nam w tym trudnym czasie, jak nie ersatze? Najważniejsze, że są to ersatze szlachetne.