Felietony 5 maj 16:35 | Grzegorz Dudziński
Dyskryminacja, obojętność czy dyletanctwo? [Z CYKLU „ŚLEPYM TRAFEM”]

Grzegorz Dudziński/fot. Anna Kopeć

5 maja przypada Europejski Dzień Walki z Dyskryminacją Osób Niepełnosprawnych. Dziś zacząłem się zastanawiać, czy można u nas mówić o dyskryminacji ludzi z niepełnosprawnościami? Moim zdaniem można, ale tylko w odniesieniu do systemu.

Nie pamiętam przypadku, aby przykrość z powodu mojej niepełnosprawności w sposób świadomy i celowy zrobił mi ktoś, kogo mijam na ulicy. Zazwyczaj bywa odwrotnie. Przechodnie bardzo często oferują pomoc niewidomemu, choć nie zawsze taka pomoc jest potrzebna. Zawsze staram się dziękować za ofertę pomocy, to bardzo ważne. Warto doceniać takie propozycje – już sama ich liczba podczas moich spacerów po Bydgoszczy zadaje kłam twierdzeniom o powszechnej znieczulicy.

Powiem nam wszystkim komplement – jesteśmy empatycznymi, cudownymi ludźmi! Nie odnosi się to tylko do Bydgoszczy. W innych miastach miałem tak samo. Jeżeli zabłądziłem lub zgubiłem drogę, to zawsze znalazła się dobra dusza, aby poratować niewidomego. Myślę, że przez ostatnie kilka lat dokonaliśmy wielkiego mentalnego skoku w sposobie odnoszenia się do osób niepełnosprawnych.

Od kilku lat prowadzę spotkania z widzącymi pod nazwą „Instrukcja obsługi niewidomego”. Mówię, jak pomagać, a jak nie przeszkadzać niewidomym. Opisuję sposób funkcjonowania w świecie ciemności. Pokazuję zdobycze cywilizacji, które ułatwiają niewidomym normalne funkcjonowanie. Wiele razy podczas takich spotkań słyszałem, że ktoś nie pomógł niewidomemu, bo nie wiedział, jak pomóc. Bał się odezwać, nie wiedział, jak zareagować. Ten strach jest zrozumiały. Brak wzroku przeraża na tyle, że wielu widzących nie wyobraża sobie życia w ciemnościach. Słyszałem opinie: „ja to bym się chyba powiesiła, nie dałabym rady tak żyć”. Tak, to znaczy jak? No właśnie – wielu widzących nie zdaje sobie sprawy z tego, że niewidomi mogą dobrze funkcjonować, mogą mieć ciekawe życie, wspaniałą pasję. Wielu widzących nie zdaje sobie z tego sprawy, bo nie zna świata osób niewidomych. Właśnie ten brak wiedzy wywołuje strach. Skoro jednak dzisiaj wiele osób na ulicy odzywa się do niewidomego, proponuje pomoc, to może świadczyć tylko o jednym – te osoby przełamały swój irracjonalny strach, zburzyły wytwarzane przez dziesięciolecia bariery mentalne. Dlatego właśnie wspominam o gigantycznym skoku cywilizacyjnym w postawie wobec osób niepełnosprawnych.

Z czego wzięła się zmiana postaw? Myślę, że to przede wszystkim wynik edukacji i obserwacji. W telewizji coraz częściej można oglądać niezłe reportaże o niepełnosprawnych. Paraolimpiada przestaje być ubogą krewną tej tak zwanej prawdziwej olimpiady – medale naszych paraolimpijczyków cieszą nas tak samo. Głośno mówi się o przełamywaniu barier i czasami nawet tak się robi. Myślę, że nawet ta moja odrobina pracy w postaci „Instrukcji obsługi niewidomego” też jakieś bariery pomogła pokonać. Wiedza o niepełnosprawnych dociera do nas z bardzo wielu źródeł i przynosi pozytywne skutki. Drugim elementem napędowym takich zmian w postrzeganiu jest większa aktywność samych niepełnosprawnych. Ograniczę się tu do grupy niewidomych, którą znam najlepiej. Kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu niewidomy w zasadzie mógł wykonywać bardzo specyficzne zawody – być muzykiem, masażystą, robić szczotki. Dla wszystkich jednak było najwygodniej, kiedy ten niewidomy siedział w swoim mieszkaniu i nie kuł w oczy swoim kalectwem. Państwo przydzielało w zamian mieszkanie, pralkę, lodówkę itp. Taki substytut opieki w zamian za spokój sumienia. Dzisiejszy niewidomy znacząco odbiega od tego schematu. Znam niewidomych pracowników wielkich korporacji na kierowniczych stanowiskach, radnych miejskich, prawników. To wszystko stało się możliwe dzięki innej rewolucji – technologicznej. Dziś niewidomy wyposażony w iPhone’a i współpracującego z nim MacBooka może przeczytać dokument napisany na kartce papieru. Dodajmy, że nie jest to dokument opisany alfabetem Braille’a. Może obsługiwać Internet, może pisać i odczytywać tekst. Może tak wiele, na ile pozwoli swojej aktywności życiowej. Wielu niewidomych to robi i dlatego częściej widzimy ich na ulicach naszych miast. Niewidomi przestają być czymś niecodziennym i to kolejny powód tego, że znika nasz strach przed nieznaną dotychczas ślepotą.

Dotychczas pisałem o tak zwanych zwykłych ludziach, których spotykam na ulicy. Powtórzę po raz setny – z ich strony nigdy w życiu nie doznałem dyskryminacji. Inaczej rzecz się ma w odniesieniu do urzędników czy ludzi obdarzonych choćby najmniejszą odrobinką władzy. Przyznam szczerze, nie wiem, z czego to wynika. Czy dystans biurka i fotele może na tyle odmienić człowieka, że traci on człowiecze cechy i staje się cyborgiem? Czy może wpadanie w koleiny rutynowych czynności powoduje, że człowiek staje się mniej uważny na potrzeby drugiego człowieka? Na moich wykładach zawsze przypominam sytuację z pewnego urzędu, która popchnęła mnie do zainicjowania spotkań z cyklu „Instrukcja obsługi niewidomego. Odwiedziłem pewnego urzędnika, usiadłem przed jego biurkiem. Zaległa taka niezręczna cisza. W końcu urzędnik wydukał, że nie ma doświadczenia z osobami niewidomymi. Padło sakramentalne pytanie: „Czy Pan będzie rozumiał, jak ja do Pana będę mówił?”. Na takie słowa mogłem odpowiedzieć równie głupio: „musi Pan mówić bardzo powoli i bardzo wyraźnie”. Dopiero wtedy urzędnik zrozumiał, że palnął głupotę. Inny przykład: pani przyjmująca mnie do szpitala zapytała, czy zupełnie nic nie widzę. Po odpowiedzi twierdzącej skwitowała: nie ma problemu, damy panu kaczkę. Sam fakt braku wzroku sprawił, że według tej pani powinienem być osobą niesamodzielną, która o własnych siłach do łazienki nie dojdzie. Kolejny przykład: mój znajomy niewidomy z południowej Polski starał się o sfinansowanie zmiany ogrzewania jego domu z pieca węglowego na piec gazowy. Urzędnik decydujący o przyznaniu dotacji na likwidację barier technicznych w środowisku osoby niepełnosprawnej stwierdził, że nie może sfinansować luksusu dla niewidomego. Jakby rozpalanie w piecu węglowym przez niewidomego było rzeczą prostą i bezpieczną, a piec gazowy – luksusem, a nie likwidacją barier! I ostatni z wielu nasuwających się przykładów – pewna urzędniczka żaliła mi się, że tym niewidomym to już się całkiem w d… poprzewracało. Dlaczego otóż oni teraz starają się o iPhony i MacBooki, które są bardzo drogie. Dlaczego im nie wystarczy zwykły laptop i smartfon? – spytała z żalem urzędniczka. Otóż nie wystarczy, bo chcą być naprawdę samodzielni.

W tym momencie warto zapisać pewne zastrzeżenie: jestem zaciekłym wrogiem postaw roszczeniowych wśród osób niepełnosprawnych. Państwo powinno zapewniać niewidomemu wędkę, nie rybę. Tylko w takim przypadku jest to działanie w imię solidaryzmu społecznego. Taka jest istota funkcjonowania sprawiedliwego państwa.

Jak to powinno wyglądać w praktyce? Załóżmy, że pewien niewidomy pracował wiele lat w swoim zawodzie. Zarabiał dużo, płacił wysokie podatki. W średnim wieku nieodwracalnie stracił wzrok. Stanął  przed koniecznością całkowitego przeorientowania swojego dotychczasowego życia. W tym trudnym momencie życiowym ma prawo oczekiwać pomocy państwa w postaci wędki. Taki niewidomy powinien otrzymać wsparcie państwa w postaci udźwiękowionego iPhone’a i MacBooka, lekcji orientacji przestrzennej, dofinansowania zmian w jego najbliższym otoczeniu, a w przyszłości dofinansowanie zakupu psa-przewodnika. Państwo jest mu to winne, choćby za wpłacone przed utratą wzroku podatki. Właśnie w imię solidaryzmu społecznego. Taki niewidomy powinien mieć jasno określony pakiet podstawowy, który może posłużyć do jego późniejszej aktywizacji zawodowej.

To nie urzędnik powinien decydować o wyższości jednego sprzętu nad drugim. O tym powinny decydować realia i sam niewidomy. Wspomniane wyżej iPhony i MacBooki są po prostu najbardziej przyjazne dla niewidomych, są ze sobą kompatybilne i w zasadzie bezawaryjne. Działają tak samo w każdym momencie, a to niezwykle istotna kwestia dla niewidomych. Czy urzędnik ma prawo skazywać niewidomego na rozpalanie w piecu węglowym? Czy chodzi tu naprawdę o luksus, czy o uniknięcie pożaru?

Powiem szczerze, że jestem chory, kiedy mam zwracać się do PCPR o dotację na zakup czegokolwiek – zawsze pojawiają się miliony sugestii i wątpliwości. Zawsze odnoszę wrażenie, że urzędnik lepiej ode mnie zna moje potrzeby. Część moich niewidomych przyjaciół od lat robi te podstawowe dla niewidomych zakupy za własne pieniądze. Rozumiem ich – nie chcą być dyskryminowani przez urzędnika, który wie lepiej.

Skłamałbym, gdybym nie zaznaczył w tym felietonie, że także wśród urzędników i innych osób na kierowniczych stanowiskach nie nastąpiła w ostatnich latach choćby drobna zmiana. Jest lepiej, natomiast to cały czas orka na ugorze. W tych nie dość szybko usprawnianych systemach upatruję ostatniej ostoi dyskryminacji osób niepełnosprawnych. A wydawało by się, że większość tych urzędników pracuje właśnie na rzecz likwidacji barier…

Grzegorz Dudziński – prezes Fundacji Światłownia, pomagającej osobom z niepełnosprawnościami. Więcej czytaj m.in.: Dziennikarz widzący duszą.

Grzegorz Dudziński

Grzegorz Dudziński Autor

Dziennikarz z dwudziestoletnim stażem pracy w gazetach ogólnopolskich, absolwent Wydziału Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego, laureat nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich za „wybitne osiągnięcia dziennikarskie”.