Felietony 18 kwi 12:13 | Redaktor
Wierszami w Putina [FELIETON]

Jarosław Jakubowski/fot. Anna Kopeć

Poeta pisze przede wszystkim po to, żeby się podobać. Jeśli przy okazji uda mu się dotknąć czegoś istotnego, może odtrąbić sukces. (...) Podobny proces poezjotwórczy uruchomiła zbrojna agresja rosji na Ukrainę - pisze Jarosław Jakubowski.

Pamiętam, jak dwanaście lat temu rozbiła się w Polsce bania z „poezją smoleńską”. Powstało mnóstwo wierszy, w których podmioty liryczne wyrażały swój ból, nawiązywały do historii (oczywiście Katynia), a także wygrażały lirycznymi pięściami owianym smoleńską mgłą sprawcom tej tragedii. Potem nastał czas słynnego „resetu” w stosunkach polsko-rosyjskich, Sikorski zacieśniał stosunki z Ławrowem, Tusk z Putinem, a Komorowski z Miedwiediewem. Tomiki wraz z zawartością w postaci poezji smoleńskiej zaległy na zakurzonych półkach.

Ile powstało wtedy naprawdę dobrych wierszy? Nie mam pojęcia, osobiście przeczytałem takich kilka, ale wiem, że dobre wiersze powstają bardzo rzadko, a jeszcze rzadziej z okazji jakichś wydarzeń. Jest rzeczą naturalną, że poeta chce się wypowiedzieć, najlepiej w taki sposób, dzięki któremu dotrze do maksymalnej liczby odbiorców. U podstaw każdego aktu twórczego leży bowiem właściwe każdemu człowiekowi pragnienie akceptacji. Inaczej mówiąc, każdy artysta zastanawia się nad następującym problemem: „Jak być kochanym?”. Nie jest lekko, o czym przekonała się bohaterka opowiadania Kazimierza Brandysa „Jak być kochaną”, na podstawie którego Wojciech Jerzy Hass nakręcił wybitny film.

Wiem, że w przypadku poezji smoleńskiej i każdej innej poezji zaangażowanej łączenie jej z ego autorów może być źle odbierane, ale nie umniejsza to prawdziwości mojej tezy. Poeta pisze przede wszystkim po to, żeby się podobać. Jeśli przy okazji uda mu się dotknąć czegoś istotnego, może odtrąbić sukces. Tak dzieje się jednak bardzo, bardzo rzadko. Zwykle po latach mamy do czynienia bardziej z dokumentem socjologicznym, historycznoliterackim niż dziełem przez wielkie D. Mamy do czynienia ze zbiorem słusznych moralnie tekstów, które jednak niewiele znaczą. Brutalne, ale piszę to na podstawie własnych doświadczeń.

Podobny proces poezjotwórczy uruchomiła zbrojna agresja rosji na Ukrainę. Przyznam, że już drugiego dnia tej wojny napisałem wiersz skierowany buńczucznie do Marii Zacharowej, rzeczniczki rosyjskiego MSZ, która stwierdziła była, że „jesteśmy (rosja – przyp. JJ) po właściwej stronie historii”. To stwierdzenie wydało mi się płodne poetycko, dlatego pozwoliłem sobie na odnotowanie mojej reakcji wierszowanej. W mediach społecznościowych, które dają możliwość szybkiej reakcji, od tego czasu pojawiło się mnóstwo poezji nawiązującej do wojny na Ukrainie. Wojny widzianej z bezpiecznej odległości, przez szkiełko telewizora, monitora lub smartfona. Wkrótce przyswoją tę produkcję pisma literackie, zaczną wychodzić tomiki z „wierszami wojennymi”, ich omówienia, dysertacje naukowe. Machina literatury pracuje bez ustanku. Niestety, machina wojenna pracuje również. Trupy, coraz więcej trupów, coraz więcej ruin, dymiące zgliszcza, odór śmierci pozostawiony przez „russkij mir” nie pozwalają ani na chwilę odetchnąć, spojrzeć na sprawę z dystansem. Jeśli literatura cokolwiek może w obliczu tego zła, to przede wszystkim zbierać relacje świadków, tworzyć wielki akt oskarżenia wobec wszystkich siepaczy putinizmu, od samej góry aż po same doły. Po to, żeby ich osądzić, a potem rzetelnie opisać ich nędzny koniec. Bo to będzie nędzny koniec, bez względu na to, co się realnie wydarzy.

Poeci, ludzie wrażliwi, ale też narcystyczni, nie przestaną pisać, to pewne. Skoro poezja nie umarła po Auschwitz, to dlaczego miałaby umrzeć teraz? A jednak czuję jakąś niestosowność i nieprzystawalność gestu poetyckiego, nawet najsłuszniejszego, wobec bezwładnego, ohydnego walca zła przetaczającego się tuż za naszą wschodnią granicą. Z drugiej strony, gdy pomyślę o tych, którzy nawet na widok ewidentnych dowodów rosyjskich zbrodni twierdzą, że „nic nie jest pewne” – to rodzi się we mnie chęć opisania szaleństwa współczesnego świata, którego naturalistyczną metaforą jest wojna.

Oczywiście chciałbym, żeby każde słowo miało moc rażenia pocisku skierowanego w złoczyńców. Tak jednak nie jest i nigdy nie będzie. Owszem, słowa mają moc, o czym wiedzą chociażby rosyjscy propagandziści, używający ich bezwstydnie, na oczach całego świata. Jeśli poeta ma tu cokolwiek do roboty, to próbować przywrócić słowom ich właściwe znaczenie. Miał rację mądry Tuwim, a skoro miał rację, to powtórzmy za nim:

Lecz nade wszystko – słowom naszym,

Zmienionym chytrze przez krętaczy,

Jedyność przywróć i prawdziwość:

Niech prawo zawsze prawo znaczy,

A sprawiedliwość – sprawiedliwość.

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor