Komentarze 3 lip 16:25 | Redaktor
Chyba jeszcze nie rozumiemy, cośmy stracili [KOMENTARZ]

fot. Anna Kopeć

– Nie zrozumie się funkcji, jaką powinno pełnić seminarium, jeśli nie zrozumie się dobrze kapłaństwa – pisze Maksymilian Powęski, w kontekście rozwiązania bydgoskiego seminarium.

„Jak puste kłosy z podniesioną głową, 
Stoję rozkoszy próżen i dosytu…
Dla obcych ludzi mam twarz jednakową,
Ciszę błękitu.
Ale przed Tobą głąb serca otworzę:
Smutno mi, Boże!”

Tak pisał Juliusz Słowacki, przeżywając żałość utraty ojczyzny. Przypomniały mi się te słowa, gdy zamykane było bydgoskie seminarium duchowne. Może to przesadne porównanie. Czy jednak nie powinniśmy nad tym nie tylko uronić kilka łez, ale zatrzymać się na chwilę, by zastanowić się, co tracimy, dlaczego tak się stało, jakie są tego skutki i co nam trzeba czynić dalej?

Zacznijmy od pytania, co tracimy. Seminarium jako miejsce formacji młodych kapłanów jest miejscem ważnym, jest ważną instytucją dla lokalnego Kościoła. Nie tylko jest specyficzną szkołą zawodową duchownych. Jest czymś o wiele większym. Zrozumiano to w Kościele wieleset lat temu. Powołanie do życia seminariów duchownych było przełomem w europejskiej historii wychowania i szkolnictwa. Zdecydował o tym w XVI wieku Sobór Trydencki. Nie znaczy to jednak, że przed tym soborem kandydaci na kapłanów nie przechodzili żadnej formacji. Nie była ona jednak sformalizowana, a przygotowaniem młodych ludzi do święceń zajmowali się osobiście biskupi.

To, że Kościół od czasów apostolskich traktował formację młodych ludzi do kapłaństwa jako zadanie własne następców apostołów, świadczy o wadze, jaką zawsze wiązał z tym procesem. Jego celem było przecież(i jest) nie tylko wykształcenie, ale i uświęcenie kandydatów do sprawowania najważniejszych tajemnic – do sprawowania sakramentów. Reforma zinstytucjonalizowała to zadanie, nie zdejmując jednak z biskupów odpowiedzialności za ten proces. Rozumiał to u nas doskonale bł. kardynał Stefan Wyszyński, który – jak wynika z rozmów ze starszymi kapłanami – znałwszystkich kleryków i często z nimi rozmawiał.

Bez kapłanów – bez sakramentów

Nie zrozumie się oczywiście funkcji, jaką powinno pełnić seminarium, jeśli nie zrozumie się dobrze kapłaństwa. A kapłaństwa nie można zrozumieć w żaden sposób, jeśli się rozważa tylko jego ziemski – zawodowy niejako – wymiar. Ale nie wystarcza też (co często dziś się czyni) traktowanie kapłana, jako misjonarza, kaznodziei, głosiciela Ewangelii. Oczywiście kapłan nim jest. Miał rację biskup Krzysztof Włodarczyk, gdy mówił w czasie Mszy święceń, że nie ma większej tragedii niż ta, gdy kapłanowi wypadnie z ręki Ewangelia. Jednak wciąż nie wyczerpuje to kapłańskiego powołania. Wciąż kapłan jest kimś nieskończenie więcej. Kapłan bowiem – i to jest istotą jego posłannictwa – otrzymuje pewną nadludzką (w języku teologicznym mówimy – nadprzyrodzoną) władzę. Tak, władzę właśnie, choć słowo to może się komuś źle kojarzyć. Mówiąc o władzy nie mam tu jednak na myśli prawa rządzenia ludźmi, ale pewną moc sprawiania rzeczy duchowych. W tym samym sensie mówimy na przykład, że ktoś ma (lub stracił) władzę w ręce czy nodze. Władza ta została ustanowiona przez samego Chrystusa Pana, który, jak mówi słynny hymn:

„W noc ostatnią, przy wieczerzy,
z tymi, których braćmi zwał,
pełniąc wszystko jak należy,
czego przepis prawny chciał,
Sam dwunastu się powierzył,
i za pokarm z rąk Swych dał”.

Ta przedziwna władza, opisana w powyższym utworze poetycko, została przez tego samego autora – św. Tomasza z Akwinu – wyrażona z niezwykłą ścisłością. Jest to więc specjalna władza, mająca na celu konsekrację rzeczywistego Ciała Jezusa Chrystusa, ze względu na Jego Ciało Mistyczne (por. „Suma Teologiczna”, III, q 37).

To zdanie można by rozważać w długim traktacie, analizując każde słowo.
Poprzestańmy na tym, że jest to moc składania Najświętszej Ofiary Mszy świętej, w której dochodzi do sakramentalnej przemiany chleba i wina w Ciało i Krew Pańską.

Nazywamy tę rzeczywistość Najświętszym Sakramentem. Dlaczego tak drążę ten temat? Bo jako katolicy mamy w swej religijności rys bardzo istotny, co jest darem i powołaniem nas jako ludu kapłańskiego. Nasze życie ma być życiem sakramentalnym. To znaczy, że łaskę Bożą otrzymujemy przez pewne rzeczy czy działania, które należą do porządku materialnego, a więc są dostrzegalne, doświadczane przez nasze zmysły. Tym rzeczom i działaniom sakramentalnym towarzyszą pewne słowa nadające im znaczenie. A wszystko to – i to jest najbardziej w tym zadziwiające – naprawdę sprawia to, co oznacza. Znamy te sakramenty z katechizmu – jest ich siedem.

Sakramenty są z Bożego ustanowienia, co jasno wynika z konkretnych tekstów
Ewangelii. Jeśli więc Bóg sam postanawia, że będzie nam dawał łaski przez sakramenty, to niekorzystanie z nich byłoby lekceważeniem Bożych darów, a próba uproszenia Boga, by dał mi łaski w inny sposób – zuchwałością. We wszystkich sakramentach szczególną rolę gra kapłan – raz jest szafarzem, innym razem urzędowym świadkiem. Jednak wszystkie one zmierzają do Najświętszego Sakramentu Bożej obecności na ołtarzach i jemu są podporządkowane.

Dawniej świetnie to wyrażała symbolika świec ołtarzowych, których było sześć – po trzy po obu stronach tabernakulum, w którym przechowywany był ten Najważniejszy.

Troszczmy się o powołania

Pozwoliłem sobie na krótkie streszczenie katechizmu, bo ono nam uświadamia, żeśmy coś ważnego stracili. Nie chodzi już nawet o instytucję seminarium duchownego. Nie chodzi już nawet o to, że na ulicach Bydgoszczy nie zobaczymy już młodych chłopaków w sutannach (a to było świadectwo wiary!). Nie chodzi nawet o to, że w bydgoskiej katedrze klerycy nie będą już służyć
do Mszy świętej, co przecież było zawsze charakterystyczne dla katedr.

Jeśli dziś mówię „smutno mi Boże”, to dlatego, że my wszyscy, wierni młodej bydgoskiej diecezji, powinniśmy zrobić dziś rachunek sumienia i ze łzami żałować grzechu zaniedbania. Bo jeśli z naszych parafii, z naszych rodzin, z naszych szkół, nie wyrosły serca Bogu poświęcone, to znaczy, że my – rodzice, my – proboszczowie, my – katecheci i wreszcie my – młodzi kawalerowie, powinniśmy dziś stanąć przed ołtarzem i śpiewać – „Przepuść Panie, przepuść, ludowi Swojemu, a nie bądź na nas zagniewany na wieki!”.

A teraz, skoro już się uderzyliśmy we własne piersi, niech nam będzie wolno zapytać Pasterzy, czy było tak, jak w opowieści o drzewie figowym? „Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: »Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję.
Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia?« Lecz on mu  odpowiedział: »Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć«”. Czy była ta próba: „okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc”? Dlaczego tak mało walczyli o tak wielkie dobro? 

 

Maksymilian Powęski

 

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor