Wydarzenia Dzisiaj 10:14 | Redaktor
[NIEDZIELA Z TYGODNIKEM] Sobór, którego nie było. Sześćdziesiąt lat wojny z własnymi wyobrażeniami

Przez ostatnie dziesięciolecia Soborowi Watykańskiemu II przypisano tyle poglądów, że można by nimi wypełnić osobny zbiór dokumentów. Problem w tym, że wielu z nich w dokumentach prawdziwego Soboru po prostu nie ma. Może więc najwyższy czas przestać walczyć z Vaticanum II z legendy i zacząć czytać ten, który rzeczywiście się odbył.

Sobór powiedział? A gdzie?

Przez kilka miesięcy w cyklu „Czego Sobór Watykański II nigdy nie powiedział” zadawaliśmy jedno bardzo proste pytanie: co właściwie Sobór powiedział? Nie pytaliśmy najpierw, czy był dobry czy zły. Nie próbowaliśmy rozstrzygać, czy był triumfem postępu, czy początkiem katastrofy. Otwieraliśmy dokumenty. Efekt bywał zaskakujący.

Sobór miał podobno nauczyć, że wszystkie religie są równymi drogami do Boga. Nie nauczył. Miał odwołać zasadę, że poza Kościołem nie ma zbawienia. Nie odwołał. Miał zastąpić misje dialogiem i działalnością społeczną. Tymczasem Ad gentes mówi o głoszeniu Chrystusa, nawróceniu i chrzcie. Miał powiedzieć, że sumienie zawsze ma rację. Nie powiedział. Miał wyrzucić łacinę z Mszy. Tymczasem Sacrosanctum Concilium nakazuje ją zachować i zaleca, aby wierni potrafili wspólnie odmawiać lub śpiewać po łacinie przynajmniej niektóre części liturgii.

W wielu przypadkach wystarczało jedno pytanie: „Gdzie dokładnie Sobór to powiedział?” I nagle robiło się cicho.

Były właściwie dwa Sobory

Nie oznacza to oczywiście, że po roku 1965 nic się nie zmieniło. Zmieniło się bardzo wiele. Tylko że pod nazwą „Sobór Watykański II” wrzucamy często do jednego worka trzy różne rzeczy.

Pierwszą są dokumenty uchwalone przez ojców soborowych. Drugą są reformy przeprowadzane później przez papieża, dykasterie, episkopaty i poszczególne diecezje. Trzecią jest praktyka, która utrwaliła się w następnych dziesięcioleciach. Dopiero zmieszanie tych trzech rzeczy stworzyło Sobór z legendy.

Łacina zniknęła z wielu parafii, więc „Sobór wyrzucił łacinę”. Misjonarz zaczął bardziej kojarzyć się ze szpitalem niż z katechumenatem, więc „Sobór zakazał nawracać”. Z ambony zaczęto mówić, że „najważniejsze jest własne sumienie”, więc również to przypisano Vaticanum II.

Tak powstały właściwie dwa Sobory. Pierwszy odbył się w Rzymie w latach 1962–1965 i pozostawił dokumenty. Drugi powstał później z interpretacji, wspomnień, sporów i słynnego „ducha Soboru”. Co ciekawe, ten drugi pokochali zarówno najgorętsi zwolennicy Vaticanum II, jak i jego najostrzejsi przeciwnicy.

Jedni mówili: Sobór zerwał z dawnym Kościołem – i bardzo dobrze. Drudzy odpowiadali: Sobór zerwał z dawnym Kościołem – i dlatego wszystko się zawaliło. Spierali się o ocenę. Co do samego zerwania pozostawali zaskakująco zgodni.

Benedykt XVI i wojna o zerwanie

Właśnie ten sposób myślenia zakwestionował Benedykt XVI w słynnym przemówieniu do Kurii Rzymskiej z 22 grudnia 2005 roku. Papież przeciwstawił wtedy „hermeneutyce nieciągłości i zerwania” „hermeneutykę reformy”. Nie twierdził, że Sobór niczego nie zmienił. To byłoby równie niemądre jak twierdzenie, że zmienił wszystko.

Benedykt wskazywał na coś bardziej subtelnego. Kościół może zmieniać konkretne rozwiązania historyczne, sposób działania, język czy relacje z instytucjami świata, pozostając tym samym Kościołem i zachowując tę samą wiarę. Reforma nie musi oznaczać rewolucji.

Ta myśl jest szczególnie ważna tam, gdzie przez lata używano magicznego niemal określenia: „duch Soboru”.

Duch, który zawsze ma rację

Z duchem jest pewien kłopot. Dokument można otworzyć. Można wskazać numer punktu. Można przeczytać tekst łaciński i porównać przekłady. Ducha nie można zacytować.

Jeżeli dokument mówi, że należy zachować łacinę, a ktoś odpowiada, że „duch Soboru” domagał się jej całkowitego usunięcia, to kto właściwie ma rozstrzygnąć spór?

Jeżeli Ad gentes mówi o nawróceniu, a komentator tłumaczy, że prawdziwy duch Soboru zastąpił nawracanie dialogiem, to pozostaje zapytać, gdzie kończy się Sobór, a zaczyna własny program komentatora.

Benedykt XVI zwracał uwagę właśnie na ten mechanizm. Według hermeneutyki zerwania dokumenty były tylko kompromisem. Prawdziwy Sobór miał się znajdować gdzieś poza tekstem, w kierunku zmian, które dopiero należało konsekwentnie rozwijać.

Wtedy można było prawie wszystko. Wystarczyło powiedzieć, że „Sobór otworzył drogę”.

Mniej efektowny, za to prawdziwy

Sobór czytany z dokumentów jest znacznie mniej efektowny od tego z legendy. Nie oznajmia, że Kościół przed rokiem 1962 żył w błędzie. Nie ogłasza równości wszystkich religii. Nie każe człowiekowi samemu ustanawiać dobra i zła. Nie rezygnuje z misji. Nie porzuca tradycji liturgicznej jednym ruchem ręki.

Próbuje natomiast odpowiedzieć na świat, który gwałtownie się zmienił, zachowując ciągłość z wcześniejszym nauczaniem. Czy zawsze się to udało? To już jest pytanie, o którym można poważnie dyskutować.

Można krytykować niektóre sformułowania. Można pytać o skutki reform. Można uważać, że pewne posoborowe eksperymenty poszły zdecydowanie za daleko. Można również wskazywać rzeczywiście dobre owoce. Najpierw trzeba jednak przestać przypisywać Soborowi rzeczy, których nigdy nie uchwalił.

Może właśnie tu znajduje się jakaś szansa na zakończenie wojny o Vaticanum II. Nie przez ogłoszenie, że żadnego problemu nie było. Problemy były. Nie przez kanonizowanie wszystkiego, co wydarzyło się po 1965 roku. Nie przez obarczanie dokumentów Soboru odpowiedzialnością za każdą banalizację następnych dziesięcioleci. Trzeba po prostu rozdzielić tekst od jego późniejszej historii.

Przez cały cykl pytaliśmy: „Czego Sobór Watykański II nigdy nie powiedział?”. Po kilkunastu odcinkach odpowiedź okazuje się zaskakująco prosta: bardzo wielu rzeczy, które przez sześćdziesiąt lat mówiono w jego imieniu.

A może właśnie od tego trzeba zacząć pokój wokół Soboru: nie od kolejnej deklaracji jego obrony albo potępienia, lecz od otwarcia książki i przeczytania, co naprawdę w niej napisano.

Maksymilian Powęski

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor
-->