Historia 2 wrz 10:38 | Krzysztof Drozdowski
Niemieccy spadochroniarze zaatakowali Bydgoszcz 2 września 1939 r. Prawda czy mit?

fot. domena publiczna

2 września bydgoszczanie byli świadkami kolejnego nalotu na miasto. Tym razem celem niemieckich bombowców był dworzec kolejowy. Niektórzy jednak twierdzą, że widzieli niemieckich spadochroniarzy. Przez wiele lat po II wojnie światowej ta historia była podawana w kolejnych publikacjach. Czy jest prawdą?

„Drugi dzień rozpoczął się wzmożonym bombardowaniem miasta i wyraźnymi już odgłosami strzałów armatnich”

Tak opisuje początek drugiego dnia wojny w Bydgoszczy starosta bydgoski Julian Suski. 

Oczywiście bombardowanie miasta nie nastąpiło  z samego rana tylko w godzinach około południowych. W  relacjach świadków możemy napotkać na różne godziny rozpoczęcia nalotu, które oscylują w granicach między godzinami 11:00  a 13:00, choć jedna relacja podaje nam nawet godzinę 9:00, co należy odrzucić jako skrajnie wczesną.

  Najbardziej szczegółowo godziny nalotu podane są w meldunkach polskich jednostek wojskowych. I tak np. w meldunku 82 Samodzielnej Kompanii C.K.M. i Broni Towarzyszącej podana jest godzina nalotu na Jachcice, która została ustalona na 11:35. W trakcie nalotu zrzucono około 15 bomb, większość to niewybuchy.

Mimo niewielkich zniszczeń zginęli mieszkańcy miasta, w tym wiele małych dzieci.

Leon Różdzyński ówcześnie pracownik łączności w Urzędzie Pocztowym tak relacjonuje przebieg bombardowania:

Dnia 2 września 1939 roku około godz.12 byłem świadkiem bombardowania przez pięć niemieckich samolotów terenów przyległych do Dworca Głównego i Towarowego w Bydgoszczy. W czasie nalotu siedziałem w rowie Poczty nr 2 przy ul. Zygmunta Augusta. Z gniazd obrony przeciwlotniczej (karabiny maszynowe) z terenu poczty i Dworca Głównego ostrzeliwano bezskutecznie niemieckie samoloty. Bomby spadły na perony Dworca Głównego, na ul. Zygmunta Augusta, ekspedycję kolejową, na budynki przy ul. Ogrodowej 1 i na tereny leżące naprzeciwko Poczty nr 2, gdzie były rowy – schrony, w których przesiedziałem aż do odwołania alarmu. Po spadnięciu bomb długo unosił się dym, a kilku wojskowych mówiło, że to bomby gazowe”.

Obserwator życia miasta Zbigniew Raszewski zaobserwował również wydarzenia drugiego dnia wojny.

„Następnego dnia – tj. 2 września 1939 r.  K.D. – nadleciała spora formacja bombowców. Widziałem ją dobrze z podwórka III Komisariatu Policji Państwowej, (który znajdował się nieco na południe od dworca). Szła na wysokości kilku tysięcy metrów  Samoloty błyszczały w słońcu. Czeskie – powiedział kolega stojący obok mnie. (Patriotyczna histeria z końca sierpnia nie dopuszczała myśli o jakiejkolwiek broni, którą by Niemcy sami byli w stanie wyprodukować, jeśli coś mają to czeskie.) Po chwili wokół samolotów ukazały się dodatkowe błyski, rozległ się przeraźliwy świst, a po nim nastąpiły już detonacje połączone z odgłosami walącego się muru i tłuczonego szkła. Pamiętam uczucie zdziwienia. Więc to jest aż tak głośne? Wkrótce rozległy się wołania o pomoc. Mój kolega wpadł w oburzenie. Jak można było dopuścić  do bombardowania? Pytanie właściwie retoryczne, skoro zważyć, że czynnej obrony przeciwlotniczej prawie nie było”.

„Obrony przeciwlotniczej prawie nie było” – ostatnie zdanie z wspomnień Zbigniewa Raszewskiego niestety powtarza się w kilku relacjach. Kwintesencją braku polskiej obrony przeciwlotniczej  jest sytuacja w której znalazł się ppor. rez. Józef Borkowski - podczas wojny dowódca plutonu taczanek III batalionu 61 PP, który po otworzeniu ognia do niemieckich samolotów został aresztowany za zdradę polskich pozycji. Na szczęście, gdy jego zwierzchnicy nieco ochłonęli został zwolniony z zarzutów i przydzielony do dalszej służby

Co z tymi spadochroniarzami?

Po wojnie swoje zeznania złożył Antoni Szynka, który twierdzi, że:

2 września, wraz z innymi obserwowałem zrzut skoczków spadochronowych nad laskami w rejonie Szubińskiej i lotniska. Ja twierdziłem, że są to spadochroniarze niemieccy, ale inni mówili, że jest to z pewnością pomoc z Anglii. Tego zdania był też st. przod. policji Rubaszewski”.

W relacji tej  odnajdujemy dwa podstawowe błędy. Wydarzenia rozgrywające się nad lotniskiem odbyły się 1 września, a nie 2 jak podaje nam świadek. Drugim błędem jest złe rozpoznanie wzrokowe dokonane przez świadka.

Otóż najprawdopodobniej pomylił on spadające bomby ze skoczkami spadochronowymi. Wiadomo, że  im dalej znajduje się obiekt od obserwującego tym mniejsze posiada rozmiary, stąd też nie trudno o pomyłkę w interpretacji, zwłaszcza że świadek był cywilem.

Niestety historia żyła już własnym życiem, a niemiecki desant spadochronowy na wiele lat zagościł w publikacjach lokalnych badaczy historii.

 

 

Krzysztof Drozdowski

Krzysztof Drozdowski Autor

Publicysta, autor wielu książek historycznych.