Katolicka Bydgoszcz 2 maj 09:10 | Marta Kocoń
Muzyka ma wychowywać człowieka do świętości [ROZMOWA]

Ksiądz Mateusz Ziemlewski/fot. Anna Kopeć

– Trzeba zawsze troszczyć się o to, żeby liturgia była piękna, okazała, ale także – prosta, aby miała zdrowe ramy – mówi ks. Mateusz Ziemlewski, referent ds. muzycznych diecezji bydgoskiej. Muzyce liturgicznej poświęcona była konferencja, która 23 i 24 kwietnia odbyła się w Domu Polskim w Bydgoszczy.

Marta Kocoń: Podczas konferencji odbyły się warsztaty chorału gregoriańskiego. Chodzi o jego popularyzację?

Ks. Mateusz Ziemlewski: Dokumenty Kościoła, jak choćby ostatnia instrukcja Episkopatu Polski o muzyce z 2017 roku, przypominają, że chorał gregoriański jest śpiewem własnym Kościoła. Takie konferencje służą temu, żeby zgłębiać ten temat, dlatego, że praktyka religijna opiera się na zrozumieniu, na przyjęciu poprzez wolę i rozum tego, co proponuje Kościół, a dokładniej, co proponuje Bóg przez swój Kościół. W dzisiejszej dobie antykultury, przeżywania wszystkiego w emocjach, przypomina się o tym, co powinno towarzyszyć Mszy świętej, być jej integralną częścią.

Warszaty śpiewy gregoriańskiego w Domu Polskim/fot. Anna Kopeć

Chorał gregoriański to śpiew zatwierdzony i zawsze właściwy. Jest trudny dla ludzi żyjących w czasach naznaczonych muzyką popkulturalną, ale to nie znaczy, że nie ma być przypominany.

Czy w liturgii jest miejsce dla właśnie takiej popularnej muzyki? Ludzie są do niej przyzwyczajeni, ona do nich przemawia...

Pytanie właśnie, czy przemawia. Jeżeli nie zrozumiemy, czym jest liturgia, nie zrozumiemy, czym jest muzyka kościelna. Muzyka liturgiczna musi być podyktowana racjami teologicznymi, natomiast muzyka popularna ma założenia socjologiczne – tworzy się ją jako produkt do sprzedaży, standaryzowany, bazujący na pewnych stereotypach. Muzyka sakralna nie powinna mieć takiej drogi. Jej celem, tak, jak liturgii, jest wychowywanie człowieka do świętości.

Msza święta zawsze stała w swego rodzaju kontrze do świata. Od starożytności mamy podział na sacrum i profanum, świętość i codzienność – wchodząc do świątyni, wchodzi się w przestrzeń sacrum. Brak podziału na sacrum i profanum zawsze oznacza cofnięcie cywilizacyjne. Wtedy traci się to, co jest istotą liturgii. Pojawia się błędne myślenie: „zróbmy coś, żeby się ludziom podobało”; „zróbmy coś, żeby ludzie przyszli”. Zaczyna się szukanie zabawy, a nie zbawienia. Trzeba przypominać, że człowiek ma prawo do przestrzeni sacrum, innej, niż tej, w której jest karmiony banałem. Może tam nie przyjść, ale musi takie miejsce mieć.

Pokazuje to nawet doświadczenie zachodniej, zlaicyzowanej Europy – np. klasztory, które zachowały surową obediencję, nie mają takiego problemu z powołaniami jak te, które chciały „wyjść do ludzi”, „wyjść do młodych”. Dzisiaj domy takich wspólnot są zamykane.

Człowiek potrzebuje konkretu. Nawet decydując się na kupno samochodu, nie chce byle czego, ale czegoś dobrego, „fachowego”, i jest gotów za to zapłacić, nawet wysoką cenę. Tak samo powinno być z liturgią.

Liturgia, muzyka, jest papierkiem lakmusowym dla wiary. Liturgii nie zrozumiemy bez Chrystusa – i Chrystusa nie zrozumiemy bez liturgii. Gdy przyjrzymy się postaci Chrystusa, zobaczymy, że zachowywał się stosownie do kultury semickiej, w której żył. Nie zrozumiemy Ostatniej Wieczerzy i śmierci na krzyżu w oderwaniu od żydowskiego święta – Paschy, w oderwaniu od obrządków synagogalnych. Podobnie dzisiaj nie zrozumiemy liturgii bez Niego. Nie ma dojścia do Chrystusa bez liturgii – powiedział, że przez te proste gesty, wypowiadanie słów, łamanie chleba, jest obecny.

Podczas konferencji położono nacisk na nadzwyczajną formę rytu rzymskiego. Czym różni się muzyka w obu formach?

Ryt Kościoła rzymskiego ma dwie formy – zwyczajną, opartą na Mszale Pawła VI, i formę nadzwyczajną, opartą na Mszale z 1962 roku, wydaną za pontyfikatu św. Jana XXIII. Wynika z tego inny układ Mszy, modlitw, co skutkuje też różnicami dla asysty, w tym asysty muzycznej.

Msza święta w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego, kadr z transmiji Akademii Muzycznej im. F. Nowowiejskiego w Bydgoszczy

Tytuł tej konferencji brzmi: „Musica sacra et liturgica”– muzyka sakralna i liturgiczna. Odnosząc się do teorii zbiorów: każda muzyka liturgiczna musi być sakralna, ale nie każda muzyka sakralna będzie liturgiczna. Na przykład: „Msza koronacyjna” Mozarta została napisana do formy nadzwyczajnej, w której było więcej czasu na muzykę. Jeżeli chcemy zagrać tę „Mszę koronacyjną” podczas Mszy w zwyczajnej formie rytu, wykonujemy utwór sakralny, a nie liturgiczny – dlatego, że nie jest już tak dopasowany do nowej formy, nie powstał z myślą o niej. W baroku Kościół „przyhamował” myślenie kompozytorskie, barokowy przerost, który sprawił, że z Mszy świętej zrobiono „operę”. Kościół przed tym przestrzega – Msza święta nie jest koncertem. Utwór musi być tak napisany, żeby nie niszczył, nie zawieszał akcji liturgicznej danej formy rytu rzymskiego. Stąd dla rytu zwyczajnego powstają nowe kompozycje, podyktowane wskazaniami liturgii i Kościoła.

A skąd pomysł, żeby zająć się właśnie nadzwyczajną formą rytu?

Wynika to z tego, że św. Jan Paweł II, ze względu na przywiązanie wiernych do tradycyjnej Mszy świętej, w 1984 roku zezwolił na jej odprawianie. Natomiast w 2007 roku papież Benedykt XVI pozwolił na odprawianie Mszy w tej formie bez konieczności uzyskiwania zgody biskupa. Wystarczy, że jest odpowiednia liczba wiernych, którzy o to proszą i przygotowany do tego ksiądz.

Muzyk kościelny, organista, musi być specjalistą w muzyce liturgicznej Kościoła, zarówno w tej formie zwyczajnej, jak i nadzwyczajnej – i ku temu skierowana była ta konferencja. To szerokie spojrzenie teoretyczne, połączone z praktyką – dotyczące tego, jak się odnaleźć na Mszy świętej w nadzwyczajnym rycie rzymskim.

Mówiliśmy o różnicy między muzyką liturgiczną a sakralną. Czy ta druga może zbliżać się do muzyki popularnej?

Poza muzyką liturgiczną i sakralną wyróżniamy również muzykę religijną i chrześcijańską. Przymiotnik „liturgiczna” stawia muzyce wysokie wymagania. To nie oznacza, że nie może być muzyki chrześcijańskiej – przeciwnie, musi istnieć muzyka, która pomoże ludziom na co dzień przeżywać swoją wiarę, będzie prowadzić do niej. Na wszystko jest miejsce i czas, również na koncertową muzykę chrześcijańską, ale niekoniecznie z taką muzyką trzeba odprawiać Mszę świętą, bo to są dwa różne porządki. Msza święta nie jest koncertem, a koncert nie jest Mszą świętą.

Te porządki niekiedy zaburzają sami organiści, wybierając pieśni spoza „kanonu”.

Zasadniczym śpiewnikiem liturgicznym – i to przypomina instrukcja Episkopatu z 2017 roku – jest śpiewnik ks. Siedleckiego. To zebrany repertuar pieśni mszalnych, godnych liturgii. Praktyka nie zawsze jest jednak taka, jakbyśmy sobie życzyli, to wynika nie tylko z indywidualnych decyzji organistów, ale z różnych względów. Po to są takie konferencje – żeby wracać, mobilizować, by było tak, jak być powinno.

Czy tworzenie listy pieśni nie jest zbyt rygorystycznym postawieniem sprawy?

Jest to pewne kategoryzowanie, ale te zasady są jak instrukcja obsługi jakiegoś urządzenia. Posługujemy się instrukcją, żeby czegoś nie zniszczyć – tak samo Kościół w dokumentach podaje instrukcję, jak dzisiaj, w XXI wieku, zrozumieć pewną rzeczywistość, żeby się w nią aktywnie i godnie, właściwie włączyć, w taki sposób, żeby z niej czerpać, budować, a nie żeby ją – dobrymi chęciami – druzgotać.

Jest tylko jeden moment, kiedy podczas Mszy świętej „można” zagrać pieśń nieliturgiczną – na wyjście.

Tak, można zagrać taką pieśń po błogosławieństwie – dlatego że tak naprawdę Msza święta się skończyła. Muzyka grana na wyjście wchodzi w obręb muzyki kościelnej, ale ponieważ jest już po Mszy świętej, to nie zaburza akcji liturgicznej. Nie powinna jednak „wyprowadzać” wiernych z tego, w czym właśnie uczestniczyli, żeby nie mieszać porządków.

Dotykamy tutaj kwestii kultu i kultury (łac. „uprawiać”, „uszlachetniać”). Kultura wynika z kultu i kult się łączy z kulturą. Trzeba mieć szacunek do kultur. Inaczej wygląda kult, Msza święta w kulturze afrykańskiej, gdzie taniec jest formą kultu, uwielbienia Boga, a inaczej wygląda kult eucharystyczny w kulturze europejskiej, gdzie taniec zarezerwowany jest do rozrywki, a nie do modlitwy. Mieszanie porządków nie służy człowiekowi – liturgia ma prowadzić do uświęcenia człowieka i oddaniu chwały Bogu. Człowiek dzięki niej ma wrócić odmieniony do codziennego życia.

Rzeczywiście, po Mszy świętej jest taki moment, że można wykonać nieliturgiczną pieśń, np. „Barkę”. Oczywiście, dziś widzimy, że takie pieśni pojawiają się nawet na wejście czy w środku Mszy świętej. Wybór pieśni powinien jednak wynikać z teologii: w Eucharystii człowiek spotyka Boga, Chrystus znów do nas przychodzi – to są wielkie i ważne gesty.

W islamie czy religii mojżeszowej widać niezwykły szacunek do gestów w przestrzeni świętej. Atak na te gesty jest odbierany jako atak na całą społeczność. A my w katolicyzmie własnych gestów nie rozumiemy – nie oznacza to, że ich nie bronimy, ale czasem dokładamy się do ich niezrozumienia, trywializowania. Wydaje nam się, że tak trzeba, bo przyszliśmy ze świata, w którym wszystko jest łatwe i banalne, i Msza też taka by miała być – nie, nie, nie! Wierzymy, że Jezus jest Nauczycielem i to On nas uczy, a nie my Jego, także w XXI wieku.

Jakie są wytyczne, jeśli chodzi o instrumenty w liturgii?

Wybór instrumentów wynika z podziału na sacrum i profanum. Jest duży repertuar, ale to mają być instrumenty, które nie są powszechnie kojarzone z muzyką rozrywkową – podobnie, jak wspomniałem, rzecz ma się z tańcem. Chodzi o to, żeby nie robić pomieszania kulturowego.

A gitara? Toczone są o nią boje.

Jeżeli ktoś jest wirtuozem gitary klasycznej – bo elektryczną jednoznacznie kojarzymy z rozrywką – jest dobrym wykonawcą, to zagranie na niej utworu nie jest „przestępstwem” liturgicznym.

Dochodzimy tu do ważnej kwestii: liturgia to nie jest „Mam talent”, okazja do sprawdzenia swoich umiejętności. „Uczę się grać, znam cztery akordy, to już możemy próbować”. Porównam to do innej sztuki. Muzyka jest czasowa, obraz – przestrzenny. Obraz przekracza czas, jest w kościele na stałe. Nie zgodzilibyśmy się, żeby przypadkowa osoba namalowała obraz Matki Bożej w kościele. Zwłaszcza obraz, który miałby potem zdobić boczny ołtarz: „Malowałam ze dwa razy w życiu, ale chyba dam radę!”. Podobnie z muzyką, mimo że ona jest czasowa, a nie przestrzenna. To, że jest ulotna, nie oznacza, że jest nieważna – została dokonana w czasoprzestrzeni sacrum. Pozostawia taki sam ślad jak dobry obraz w ołtarzu, bądź oburzenie po sprayu na ścianie.

Gdybyśmy to, co dzieje się w kościele, traktowali tylko jako „było, minęło”, czemu mielibyśmy oburzać się, że np. feministki weszły na Mszę świętą z transparentami? Weszły, wyszły, życie toczy się dalej... A wiemy, że coś jest nie tak.

Mówimy o muzyce, ale dbałość o „wykonanie” dotyczy także innych spraw. Żartobliwie mówi się, że w kościele najchętniej czytają osoby z wadami wymowy…

Dlatego w prawodawstwie znajduje się zapis, że za liturgię odpowiada ksiądz – on musi być przekonany, że ludzie dopuszczeni do służby liturgicznej są do tego przygotowani. To przygotowanie musi dotyczyć umiejętności i sposobu czytania, świadomości, jak wygląda forma rytu... Wśród służby liturgicznej znajdują się także organista i kantor – oni muszą być przygotowani fachowo, liturgicznie i o czym nie można zapominać – duchowo.

Muzyka liturgiczna jest bardzo trudna. Wymaga wiele od człowieka, wymaga wiele od muzyka. Nie wystarczy, by umiał zagrać fugę, musi jeszcze mieć coś więcej – musi mieć życie duchowe. Potrzebne są łaska uświęcająca oraz praktykowanie wiary.

Wielu katolików nie widzi głębi własnej liturgii – i to nie z własnej winy... Jak to zmieniać?

Kuleje edukacja, katecheza – zwłaszcza katecheza dorosłych. Wiara u dorosłych ludzi pozostaje często na poziomie niedzielnego pójścia do „kościółka”. Z wiedzą „dlaczego, po co, jak?”, mamy problem. I to nie wynika ze złej woli, czasem wynika po prostu z wcześniejszych braków.

Wina leży po dwóch stronach. Po jednej – dlatego, że jeśli ktoś chce, może doszukać, doczytać, są poradniki, literatura, dostęp do źródeł o wiele łatwiejszy niż w byłej epoce komunizmu (a paradoksalnie ludzie wtedy wiedzieli więcej). Problem antykultury leży właśnie w tym, by ludziom się nie chciało. Mają wystarczać proste odpowiedzi, a nie dające do myślenia. Racjonalność bez intelektu to dzisiejsza zmora. Katolik ma obowiązek i zaszczyt, wynikający z chrztu, poznawania własnej wiary. Ale oczywiście potrzebne jest, by Kościół popularyzował teologię – żeby ludzie wiedzieli, jakie są dogmaty dotyczące Chrystusa, Kościoła, stworzenia świata, grzechu pierworodnego, jakie jest rozumienie poszczególnych części liturgii, dlaczego Msza święta wygląda tak, a nie inaczej, dlaczego na nią idziemy, co ma wnieść i tak dalej. To oczywiście wielkie zadanie.

Musi być kościec. Dziś mamy do czynienia z zachłyśnięciem populizmem – „nie mówmy rzeczy trudnych, bo ludzie nie będą słuchać”. „To dla teologów” – nie, to jest dla ludzi, tylko trzeba dać im warsztat, religijny aparat pojęciowy, którego potrzebują na co dzień, w swoich zwyczajnych problemach. Teologia to nie jest „paciorek do Bozi”, dotyczy całego ludzkiego życia, rzeczy fundamentalnych. Potrzeba popularyzatorskiego, a nie populistycznego wyjścia Kościoła do człowieka.

Bez wiedzy, nawet, gdyby ktoś znalazł się na „idealnie” poprowadzonej liturgii, będzie ona dla niego zbiorem pustych gestów.

Bywa, że ktoś idzie do opery i nie rozumie nic– bo jest po włosku i ktoś nie może odczytać libretta. Ale wie, że jest na dobrej operze.

Podobnie z liturgią. Zrozumiałość nie jest istotą. Musi być jakiś obszar tajemnicy, zawsze pozostanie coś, co jest niezrozumiałe.

Rozumienie liturgii nie jest tym samym, co rozumienie przepisów ruchu drogowego – czerwone – stoję, zielone – idę. Choć trzeba zgłębiać wiedzę liturgiczną, to inny rodzaj rozumienia, uczenie się logiki życia.

A jak nie popaść w skrajność – by forma nie przysłoniła treści? Można mieć obawy o taką przesadę, obserwując właśnie formę nadzwyczajną rytu rzymskiego.

To wymaga bardzo dużej odpowiedzialności od celebransa. Joseph Ratzinger, jeszcze w swoich wczesnych tekstach, podkreślał, żeby z gustu danej epoki nie robić dogmatu wiary.

Liturgia w nadzwyczajnej formie rytu jest bardzo dworska. Trzeba pamiętać, że to nie ryty zbawiają – zbawia Bóg poprzez ryty.

Trzeba zawsze troszczyć się o to, żeby liturgia była piękna, okazała, ale także – prosta, nie w znaczeniu „prostacka”, ale aby miała zdrowe ramy – aby ani nie była zbyt populistyczna, ani zbyt rozbujała. Potrzebny jest złoty środek. Benedykt XVI wskazywał, że dwa ryty to dwa (lex orandi), dwa prawa modlitwy, ale jednej wiary (lex credendi) – i nie mogą prowadzić do zachwiania w wierze. W tym sensie ryt tradycyjny „napomina” ryt zwyczajny, że liturgia musi być godna, że to nie koncert. A zwyczajny ryt ma nadzwyczajnemu do powiedzenia: nie róbcie tutaj dworu, róbcie liturgię. Potrzebny jest balans między tymi dwiema formami, co wymaga dojrzałości od celebransa i od wiernych.

Ogólnopolska konferencja „Muzyka sakralna w wymiarze kulturowo-edukacyjnym” odbyła się w Bydgoszczy już po raz siódmy. Jej organizatorami byli Akademia Muzyczna im. F. Nowowiejskiego oraz Diecezja Bydgoska. O konferencji czytaj także tutaj.

Marta Kocoń

Marta Kocoń Autor

Sekretarz Redakcji