Katolicka Bydgoszcz 24 paź 10:11 | Redaktor
Postulaty, od których włos jeży się na głowie [ANALIZA]

Jean Colombe, „Synod w Clermont”/fot. Wikipedia

16 października w naszej diecezji (podobnie jak w diecezjach na całym świecie), a tydzień wcześniej w Rzymie, zainaugurowano Synod. Jest to najniezwyklejszy, żeby nie powiedzieć najdziwniejszy, synod w dwutysiącletnich dziejach Kościoła katolickiego. Można tak powiedzieć, bo choć nie znamy jeszcze jego przebiegu ani wyników, to jednak sam temat i sposób organizacji tego bezprecedensowego przedsięwzięcia budzi zainteresowanie, ale i zdumienie. 

Synod ten ma być poświęcony nie tyle konkretnemu problemowi nurtującemu Kościół, ani też nie, jak to w przeszłości bywało, jakiemuś niebezpieczeństwu czy herezji, która by Kościołowi świętemu zagrażała. Nie. Ten synod jest poświęcony… synodalności. Czyli jest trochę tak, jakbyśmy usiedli i powiedzieli, że teraz będziemy rozmawiać o naszej rozmowie. 

Od diecezji do Watykanu

Ramy organizacyjne synodu są następujące. Od października do kwietnia będzie trwać faza diecezjalna, w czasie której mają zostać wysłuchane głosy nie tylko duchowieństwa, ale w zasadzie wszystkich wiernych. Konsultacje diecezjalne zakończą się diecezjalnym spotkaniem przedsynodalnym. Następnie wypracowane materiały zostaną przekazane do konferencji episkopatu. Do 22 kwietnia przyszłego roku episkopat krajowy (podobnie jak wszystkie inne), przekaże do sekretariatu Synodu Biskupów syntezę materiałów  przygotowanych na poziomie diecezji. Na podstawie zebranych prac, sekretariat Synodu opracuje dokument roboczy, ma to się stać przed wrześniem 2022 roku. 

Potem, od września do marca 2023 r., będzie trwać faza kontynentalna – i wreszcie każda z kontynentalnych konferencji biskupich mianuje odpowiedzialnego, który będzie współpracował z odpowiedzialnymi w poszczególnych episkopatach i z watykańskim sekretariatem. Z tego ma powstać dokument finalny, przekazany do sekretariatu Synodu Biskupów w marcu 2023 roku.

Wreszcie trzecim etapem, odbywającym się na poziomie Kościoła powszechnego, będą obrady w Watykanie w październiku 2023 roku.

Trzeba tu wspomnieć, że niektóre episkopaty mają już wypracowane modele, bo rozpoczęły prace wcześniej. Mowa tu o episkopacie niemieckim, który od dawna dość głośno lansuje swoją „drogę synodalną”, która niestety zawiera niebezpieczne i niekatolickie tezy, o których niemieccy biskupi mówią otwarcie. Drugim takim rozpoczętym już modelem jest latynoamerykański, wypracowany przy okazji synodu dla Amazonii.

Obalanie szóstego przykazania

Jaki obraz Kościoła wyłania się z postulatów niemieckich? Nie jest łatwo o tym pisać, bo są to pomysły tak radykalne, jak na przykład pomysł święceń (na razie diakonatu) dla niewiast, czy uznanie za moralnie dopuszczalne wszelkiej aktywności seksualnej, jeśli tylko nie zawiera ona przemocy. Chodzi tu przede wszystkim o uznanie za równoprawne współżycia homoseksualnego, co oznaczałoby obalenie całej katolickiej moralności seksualnej. Trudno to zrozumieć inaczej, niż faktyczną próbę unieważnienia szóstego przykazania Bożego.

Nie pozując tu na jakąś fałszywą neutralność, należy wprost napisać, że od postulatów tych katolikowi włos się na głowie jeży i nie wiadomo, czy właściwszym odruchem jest oburzenie czy przerażenie. To nie są jednak wyssane z palca informacje. To jest oficjalne stanowisko, które 1 października (a więc przed oficjalnym rozpoczęciem Synodu) przegłosowała Niemiecka Droga Synodalna we Frankfurcie. 

Można się słusznie pytać, czy nie znalazł się jeden sprawiedliwy, który by tam zaprotestował? Owszem, przeciwko tym dokumentom wypowiadał się i głosował między innymi bp Rudolf Voderholzer, który miał własne propozycje. Jego głos był jednak marginalny. Ta propozycja ma być forsowana w ramach procesu synodalnego Kościoła Powszechnego jako propozycja niemiecka.

Perwersja to nie miłość

Dlaczego nie można przemilczeć tych – skandalicznych przecież – koncepcji? Raczej nie zagrażają one Kościołowi w Polsce, który – choć też dotknięty w jakiejś mierze seksualnymi skandalami – w swoim zasadniczym nurcie trzyma się przecież ortodoksyjnej nauki, a w dziedzinie etyki seksualnej mocno promuje koncepcje, które były rdzeniem nauczania Jana Pawła II i tworzą nieprzerwaną tradycję z nauczaniem apostolskim sprzed dwóch tysięcy lat. 

Dlaczego stanowisko niemieckiej Drogi Synodalnej jest tak oburzające? Trzeba tu odwołać się do zasadniczej koncepcji grzechu i grzeszności natury ludzkiej, która wyziera już z pierwszych kart Starego Testamentu i jest rozwijana przez naukę samego Zbawiciela, a potem jej egzegezy dokonywali przez dwa tysiąclecia święci Kościoła aż po św. Jana Pawła II. 

Słabość natury ludzkiej wobec trojakiej pożądliwości (w tym pożądliwości ciała) jest prawdą wiary. Człowiek jest grzeszny, lecz sam Pan nie potępia grzesznika żałującego swej słabości i złych czynów pod wpływem tej słabości dokonanych. Warunkiem jednak Bożego miłosierdzia i przebaczenia jest przystąpienie do pokuty (po to Pan ustanowił sakrament pokuty) z żalem, to znaczy z uznaniem, że to, co uczyniłem, było złe, i że prawdziwie postanawiam poprawę. Miłosierdzie Boga jest dla wszystkich, nawet tych, którzy mieli nieszczęście popełnić największą nieprawość, pod warunkiem jednak, że uznają swą grzeszność i usiłują się z niej podnieść oraz naprawić zło. Ale nigdy nie było w Kościele katolickim, ani u samego Chrystusa, uznania dla tych, którzy szukają usprawiedliwienia w nazywaniu zła dobrem. Przeciwnie, ociera się to o grzech przeciw Duchowi Świętemu. 

Jeśli jednak ktoś nie chce żyć tak, jak wierzy, zaczyna wierzyć według tego, jak żyje. A to nie jest prawdziwą wiarą katolicką. Nie wolno zła cudzołóstwa nazywać dobrem albo miłością. Na słynne hasło „miłość nie wyklucza”, katolik powinien przyjąć i odpowiedzieć prostym – miłość nie wyklucza potomstwa. Nie wolno nazywać szlachetnym mianem miłości obrzydliwej perwersji. Zamysł Boży co do ludzkiej seksualności jest oczywisty. Zaprzeczanie mu jest nie tylko sprzeciwieniem się Kościołowi i jego nauczaniu, ale urąganiem ludzkiemu rozumowi i jego Twórcy. 

Potrzeba troski o Kościół

Mamy więc w naszym synodzie coś oburzającego i niebezpiecznego. Co z tego wynika dla nas? Przede wszystkim konieczność wielkiej i aktywnej troski o Kościół. Konieczność aktywnego sprzeciwu wobec prób uczynienia z Kościoła czegoś, co nie byłoby już latoroślą wszczepioną w Boskiego Założyciela. 

W całym procesie synodalnym mocno zwraca się uwagę na to, że my jesteśmy Kościołem. Tak, jesteśmy nim, ale tylko dopóki trwamy w Chrystusie. Kto nie trwa w Nim, będzie „odcięty jak winna latorośl i uschnie” (por J 15, 6). Kościół jest najpierw i przede wszystkim Chrystusa, a potem nasz. Nie jesteśmy w stanie odebrać Kościoła Chrystusowi, Kościół jest Jego Świętą Małżonką. Więc nawet nie próbujmy, a przeciwstawmy się z całą mocą każdej próbie odcinania latorośli od Winnego Krzewu. 

Kiedy podobną próbę odcięcia (chodziło o istotę kapłaństwa) podjęto na synodzie w Amazonii, Benedykt XVI opublikował wraz z kardynałem Sarahem słynną książkę „Z głębi naszych serc”. Napisali w niej: „Spotykaliśmy się w tych ostatnich miesiącach, w czasie gdy świat wypełniał harmider wywołany przez dziwaczny synod medialny, który wziął górę nad rzeczywistym synodem. (...) Podobieństwo naszych niepokojów i zbieżność wysnutych wniosków sprawiły, że idąc za wzorem świętego Augustyna, postanowiliśmy oddać owoc naszej pracy i duchowej przyjaźni do dyspozycji wszystkich wiernych. Tak jak on możemy więc stwierdzić  »Silere non possum« ! Nie mogę milczeć”. 

Pomni na słynne słowa „Bramy piekielne go nie przemogą” ze spokojem, ale i z pewnością wynikającą z wiary możemy dziś powiedzieć, że Duch Święty zapewne nie dopuści do największego nieszczęścia. Ale nie zwalnia to nas z odpowiedzialności. 

Maksymilian Powęski

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor