Wielka Sobota i Wielkanoc po kujawsku: od „święconego” do dyngusu z dachu
Wielka Sobota w polskiej tradycji religijnej ma ton powściągliwy. Kościół trwa przy Grobie Pańskim i nie sprawuje Mszy – to dzień oczekiwania. Współczesna praktyka święcenia pokarmów jest powszechna, ale – jak przypominają księgi liturgiczne – powinna wyrastać z adoracji, a nie ją zastępować.
Inne z kategorii
Cisza przy Grobie i koszyk pełen znaczeń
Dawniej jednak „święcone” miało rozmach, którego dziś już nie widzimy. Jak pisał Zygmunt Gloger w Encyklopedii staropolskiej, na wsi i w dworach znoszono jadło w wielkich ilościach, ustawiając je w półkole, a kapłan święcił całość, często przy wspólnym udziale całej społeczności. W centrum stawiano naczynie z wodą święconą, którą potem rozdzielano między domy. Było to wydarzenie nie tylko religijne, ale i społeczne – moment przejścia od postu do święta.
Noc, która zmienia wszystko
Kulminacja przychodzi dopiero nocą. Wigilia Paschalna – „matka wszystkich liturgii” – rozpoczyna się od światła: ognia i paschału. Potem rozbrzmiewa rozbudowana liturgia słowa, a wszystko prowadzi do Eucharystii Zmartwychwstania.
To istotna zmiana wobec dawnych zwyczajów, kiedy obrzędy często przesuwano na wcześniejsze godziny. Dziś Kościół wyraźnie wraca do pierwotnej logiki: noc ma być naprawdę nocą, a świt – świtem Zmartwychwstania.
Rezurekcja: między sacrum a hukiem
Poranek wielkanocny zaczynał się od rezurekcji – procesji ogłaszającej Zmartwychwstanie. Jak zanotował Jędrzej Kitowicz w Opisie obyczajów za panowania Augusta III, procesja często obchodziła kościół kilkakrotnie, a uroczystościom towarzyszył huk wystrzałów – z moździerzy, broni ręcznej, a nawet specjalnych „harmatek”.
Dla współczesnego ucha brzmi to jak przesada, ale dawniej radość miała być słyszalna. Zmartwychwstanie ogłaszano nie tylko śpiewem, lecz także dźwiękiem, który niósł się po całej okolicy.
Kujawski temperament: między powagą a swawolą
Na Kujawach – także w okolicach dzisiejszej Bydgoszcz – obok liturgii rozwijał się bogaty świat zwyczajów. Opisy Oskar Kolberg pokazują, że Wielka Sobota nie zawsze była tylko dniem ciszy.
Etnograf notował choćby zwyczaj „wybijania żuru”. Chłopcy tłukli garnki wypełnione popiołem, błotem i nieczystościami, czasem zawieszone nad drogą na powrozie. Przechodzień, który znalazł się w nieodpowiednim miejscu, mógł zostać niespodziewanie „ochrzczony” w sposób dalece mniej symboliczny niż woda święcona.
Brzmi to jak wybryk, ale w logice dawnych obyczajów był to element kontrolowanej swobody – chwilowego odwrócenia porządku, które miało swoje miejsce w rytmie świąt.
Dyngus z dachu, czyli lokalna „gazeta”
Najbardziej charakterystyczny dla Kujaw był jednak dyngus. Nie tylko oblewanie wodą – to znane w całej Polsce – lecz jego rozbudowana, niemal teatralna forma.
Kolberg opisywał zwyczaj przywoływek: w Niedzielę Wielkanocną wieczorem chłopcy wchodzili na dach (często karczmy), uderzali w metalowe naczynia i wywoływali imiona dziewcząt, zapowiadając, które z nich zostaną nazajutrz oblane – i w jakim stopniu. Towarzyszyły temu komentarze, nierzadko złośliwe.
W Poniedziałek Wielkanocny następowała realizacja zapowiedzi: oblewanie dziewcząt. We wtorek role się odwracały – kobiety brały odwet. Był też dyngus „chodzony”: grupy młodych ludzi odwiedzały domy, śpiewając i prosząc o poczęstunek.
Ten zwyczaj nie zanikł całkowicie. Do dziś przywołówki organizowane są w Szymborzu koło Inowrocław, gdzie stały się elementem dziedzictwa kulturowego. Mechanizm pozostaje ten sam: społeczność komentuje samą siebie, tyle że w rymie i z dachu.
Od wspólnoty do symbolu
Na przestrzeni XIX i XX wieku wiele z tych zwyczajów uległo zmianie. „Święcone” skurczyło się do koszyczka, rezurekcja straciła swój huk, a dyngus – swoją rozbudowaną dramaturgię.
Nie oznacza to jednak zaniku tradycji. Raczej jej przekształcenie. To, co kiedyś było wydarzeniem całej wsi czy miasteczka, dziś przyjmuje formę bardziej kameralną – ale sens pozostaje ten sam: przejście od ciszy Grobu do radości Zmartwychwstania.
I może tylko jedno się nie zmieniło. Wielkanoc, nawet jeśli zaczyna się w skupieniu, kończy się zawsze głośniej, niż się zaczęła.
Opr. MJ