Religia Dzisiaj 09:50 | Redaktor
Nie przyszedłem znieść Prawa. Ojcowie Kościoła o niezmienności i posłuszeństwie

fot. pixabay

Są w Ewangelii zdania, które brzmią jak spokojna deklaracja programowa, a w istocie są trzęsieniem ziemi. Nie dlatego, że obiecują nowość dla samej nowości, lecz dlatego, że ustawiają wszystko na właściwym fundamencie: co zostaje, co się dopełnia, co przestaje być cieniem, bo nadeszło ciało. Taki jest dzisiejszy fragment Kazania na Górze. Bez sentymentu, bez ozdobników, za to z żelazną logiką. Chrystus mówi o Prawie, o przykazaniach, o sprawiedliwości, która ma przewyższyć faryzejską, i o tym, jak „małe” zaczyna ważyć wiecznością.

Najpierw słyszymy zdanie, które porządkuje całe napięcie między Starym a Nowym: „Nie mniemajcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków; nie przyszedłem znieść, lecz wypełnić”. Ojcowie natychmiast pilnują, byśmy nie zrobili z tego frazesu. Remigiusz mówi krótko: Chrystus zaprzecza, że przyszedł obalić Prawo, i potwierdza, że przyszedł je wypełnić. A Augustyn dopowiada, że samo „wypełnić” ma podwójny sens. Można wypełnić Prawo, dodając – ale nie w znaczeniu dopisywania nowego Prawa z kaprysu, tylko w znaczeniu wyjaśnienia, doprowadzenia do pełni tego, co było zapowiedziane i nakazane. I można wypełnić Prawo, po prostu czyniąc to, co ono każe. Te dwa sensy nie konkurują ze sobą. Właśnie razem pokazują, kim jest Chrystus: nie tylko Nauczycielem, lecz Prawodawcą, który ma moc wprowadzić człowieka w posłuszeństwo.


Chryzostom mówi jeszcze precyzyjniej: Chrystus wypełnił Proroków, bo spełnił to, co oni przepowiadali o Nim samym; wypełnił Prawo, bo po pierwsze nie przekroczył żadnego jego przykazania, a po drugie dał usprawiedliwienie przez wiarę – to, czego sama litera Prawa dać nie mogła. I tutaj wchodzi mocny, niesentymentalny rys Augustyna: nawet dla żyjących pod łaską w tej śmiertelnej kondycji wypełnienie Prawa w całej jego surowości – choćby w przykazaniu „nie pożądaj” – jest trudne. Dlatego Chrystus nie tylko poucza, ale i uzdrawia; jako Kapłan przez ofiarę swego ciała uzyskuje dla nas „ulgę” w tym sensie, że tam, gdzie słabość członków nie domaga, doskonałość Głowy staje się dla nich źródłem mocy. Wypełnienie Prawa nie polega na tym, że wymagania wyparowują, tylko na tym, że do serca zostaje wlana miłość, która je czyni możliwymi. Augustyn mówi wprost: wypełnieniem Prawa jest miłość, dana w zesłaniu Ducha Świętego. Prawo wypełnia się albo przez spełnienie tego, co nakazuje, albo przez spełnienie tego, co zapowiada.


I dlatego nie da się uczciwie czytać tych słów tak, jakby Stare Przymierze było pomyłką, a Nowe zaczynało od zera. Augustyn tłumaczy to w sposób, który warto zapamiętać: w Starym Testamencie były figury rzeczy przyszłych; gdy przyszła rzeczywistość w Chrystusie, figury ustępują. Zmieniają się znaki, ale nie zmienia się „rzecz”. To jest klucz, który chroni przed myśleniem, że jeśli sakramenty i obrzędy się zmieniły, to znaczy, że Bóg zmienił temat. Nie: obietnica stała się spełnieniem. To, co kiedyś wskazywało w przyszłość, dziś wskazuje na fakt dokonany: narodzenie, mękę i zmartwychwstanie.


Zaraz potem Chrystus schodzi do szczegółu: „dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni”. Augustyn mówi, że to mocna metafora pełni: najmniejsza litera, najmniejszy znak – wszystko ma się dopełnić bez reszty. Raban dorzuca subtelną uwagę: Jezus mówi o greckiej iocie, nie o hebrajskim jod, jakby przy okazji nawiązywał do „dziesięciu” – do Dekalogu – którego Ewangelia jest punktem i doskonałością. Pseudo-Chryzostom widzi w tym jeszcze inną myśl: jeśli człowiek honoru wstydzi się kłamstwa, a mędrzec nie rzuca słów na wiatr, to jakże „Słowo z nieba” miałoby upaść na ziemię puste?


I stąd przejście do ostrzeżenia: kto łamie choćby najmniejsze przykazanie i tak naucza, ten będzie nazwany najmniejszym w królestwie niebieskim; kto natomiast czyni i naucza, będzie wielki. Ojcowie nie pozwalają nam tego złagodzić. Chryzostom mówi wprost: kiedy słyszysz „najmniejszy w królestwie”, nie wyobrażaj sobie miłej degradacji z uśmiechem. To może oznaczać karę – nawet piekło – bo Jezus słowa „królestwo” używa także w kontekście czasu sądu i Jego strasznego przyjścia. A Grzegorz Wielki proponuje odczytanie kościelne: królestwem bywa Kościół tu i teraz; nauczyciel, który łamie przykazania, staje się „najmniejszy”, bo jeśli jego życie jest wzgardzone, to jego kazanie także będzie wzgardzone. Hieronim domyka to bezlitośnie praktycznie: nauka mistrza połączona choćby z małym grzechem odbiera mu najwyższe miejsce; nie pomoże uczyć sprawiedliwości, jeśli niszczy się ją własnym życiem. W tym miejscu Ewangelia podcina nam każdą wygodną ucieczkę: chrześcijaństwo nie jest teorią, którą da się elegancko wygłosić, a potem żyć obok niej.


Na tym tle Jezus wypowiada zdanie o „sprawiedliwości większej niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów”. Hilary widzi w tym piękne wejście do nauki, która wykracza poza dzieła Prawa. Chryzostom dopowiada, że „sprawiedliwość” oznacza tu całość cnoty, całe uporządkowanie życia. I zwraca uwagę na coś zaskakującego: Jezus nie mówi, że faryzeusze nie mają żadnej sprawiedliwości. On ją nazywa sprawiedliwością, ale żąda czegoś więcej. To pokazuje moc łaski: łaska nie obniża poprzeczki, tylko uzdalnia do jej przekroczenia. A Augustyn precyzuje, gdzie przebiega ta granica: faryzeusze mają tę chorobę, którą Chrystus piętnuje gdzie indziej – „mówią, a nie czynią”. Większa sprawiedliwość zaczyna się wtedy, gdy człowiek robi to, czego uczy. I Augustyn dodaje jeszcze ważne rozróżnienie: „królestwo niebieskie” bywa nazwą Kościoła obecnego, gdzie są i mali, i wielcy, i bywa nazwą przyszłej pełni, gdzie wchodzi tylko ten, kto rzeczywiście czyni to, co głosi. Innymi słowy: dziś można być w Kościele, a jutro okazać się poza Królestwem w jego ostatecznym sensie. To nie jest groźba dla efektu. To jest ostrzeżenie dla sumienia.


Potem Chrystus bierze pierwsze z przykazań dotyczących bliźniego: „Nie zabijaj”. I prowadzi je w głąb. Augustyn mówi, że Żydzi widzieli morderstwo tylko jako zniszczenie ciała; Chrystus pokazuje, że zła myśl przeciw bratu jest już pewnym rodzajem morderstwa. I tu pojawia się dyskusja o słowach „bez powodu” – jedni rękopiśmienni dodają, inni nie. Hieronim skłania się ku odczytaniu bez tego złagodzenia: skoro mamy modlić się za prześladowców, to pretekst do gniewu znika, a nakaz staje się bezwarunkowy. Z kolei Pseudo-Chryzostom broni rozróżnienia: gniew z powodu bywa konieczny, bo bez niego nauczanie nie działa, sądy nie stoją, przestępstwa nie są powściągane; nierozumna pobłażliwość sieje wady. Ale ten sam autor dodaje rzecz ważną: gniew „z powodu” nie jest w istocie namiętnością, tylko sądem, rozeznaniem. A Augustyn daje rozwiązanie najbardziej precyzyjne: trzeba zapytać, czym jest „gniew na brata”. Kto gniewa się na brata jako na osobę, ten grzeszy; kto gniewa się na jego wykroczenie, aby brat został poprawiony, ten może poruszać się w porządku miłości. Są takie poruszenia – mówi Augustyn – które wynikają z miłości dobra i świętej miłości, i nie są wadą, jeśli idą za prawym rozumem.


Jezus schodzi jeszcze niżej, do słowa i tonu. Augustyn rozpisuje trzy stopnie: jest gniew skryty, jest okrzyk będący ujściem gniewu – „Raca” – i jest słowo bezpośredniej zniewagi: „głupcze”. Trzy stopnie winy, trzy stopnie osądzenia. I tu znowu Chryzostom studzi nasze usprawiedliwienia: wielu uważa karę za zbyt surową „jak na słowo”, więc tłumaczy to przenośnie. A on odpowiada: jeżeli oszukamy się tu słowami, tam zapłacimy czynem. I przypomina, że od słów zaczynały się morderstwa i przewracały miasta. Nie jest „małym” słowem to, które odbiera bratu rozum i godność, czyniąc go podobnym do nierozumnych.


I w tym momencie Chrystus mówi coś, co dla wielu jest najbardziej niewygodne, bo uderza w pobożność pozorną: jeśli przynosisz dar do ołtarza i przypomnisz sobie, że brat ma coś przeciw tobie, zostaw dar, idź się pojednać, a potem wróć. Hieronim podkreśla różnicę: nie „jeśli ty masz coś przeciw bratu”, ale „jeśli brat ma coś przeciw tobie” – obowiązek jest pilniejszy, bo chodzi o krzywdę wyrządzoną. Grzegorz mówi twardo: Bóg nie chce przyjąć ofiary od tych, którzy trwają w niezgodzie; spór wyrzuca w błoto to, co miało być środkiem odpuszczenia. Pseudo-Chryzostom dodaje rys ascetyczny: Bóg bardziej ceni zgodę wiernych niż dary na ołtarzu; dopóki trwa rozdarcie, modlitwa nie jest wysłuchana. A jeśli pytamy, jak się pojednać, odpowiada prosto: jakim rodzajem grzechu zawiniłeś, takim rodzajem dokonaj pojednania – myślą, słowem, czynem.


Augustyn natomiast pilnuje, byśmy nie popadli w absurd dosłowności. Jeśli brat jest daleko, nie zostawisz daru na ołtarzu i nie popłyniesz za morze. Trzeba więc przyjąć sens duchowy: dar – czy to nauczanie, czy mowa, czy jakiekolwiek dobro – nie zostanie przyjęty, jeśli nie jest wsparty wiarą. A pojednanie dokonuje się przede wszystkim w sercu: w prawdzie skruchy, w pokorze, jakbyś upadł do stóp brata przed Bogiem, którego dar chcesz złożyć. Dopiero wtedy wracasz do tego, co zacząłeś.
Następnie Jezus podkreśla pilność: „pogódź się szybko z przeciwnikiem”. Augustyn rozważa różne znaczenia „przeciwnika” i odrzuca te, które prowadzą do nonsensu – nie zawiera się przyjaźni z diabłem, trudno też mówić o „ugodzie” z ciałem w sensie moralnym. Pozostaje mocne odczytanie: przeciwnikiem może być sam Bóg, skoro grzech czyni nas Jego przeciwnikami, albo – jeszcze lepiej – Prawo Boże, które sprzeciwia się człowiekowi kochającemu grzech. Z tym Prawem trzeba się „zgodzić” szybko: czytać je, słuchać, dać mu najwyższy autorytet, a kiedy jest surowe, nie nienawidzić go za to, że uderza w nasze wady, tylko kochać je za to, że je leczy; a gdy jest trudne, prosić o zrozumienie.


Jednocześnie Hieronim przypomina, że kontekst jest bardzo prosty: Jezus nadal mówi o pokoju z bliźnim. Pseudo-Chryzostom dopowiada motyw pilności w sposób niemal dramatyczny: śmierć może przerwać „drogę”, i wtedy niepojednanie staje się oskarżeniem. Augustyn wyjaśnia też obrazy: Sędzią jest Chrystus, bo Ojciec przekazał Mu sąd; „strażnik” to anioł; „więzienie” – kara ciemności. A „ostatni grosz” oznacza, że nic nie zostaje bez odpłaty. I dodaje myśl, która wytrąca z komfortu: „aż oddasz” może znaczyć „nigdy nie wyjdziesz” – bo ten „ostatni grosz” płaci się w wieczności, nie przez jednorazową spłatę, tylko przez trwanie kary.


Jeżeli spróbować zebrać to wszystko w jedną linię, Ojcowie prowadzą nas do wniosku prostego, ale niełatwego. Chrystus nie przyszedł, by zmienić temat, tylko by doprowadzić temat do końca: Prawo ma się wypełnić, a wypełnia się w miłości. I dlatego sprawiedliwość ucznia Chrystusa nie może być tylko poprawnością zewnętrzną, ani tym bardziej zręczną mową. To ma być życie, które zgadza się z własnym nauczaniem. A skoro Chrystus schodzi aż do gniewu, do słowa, do pamięci krzywdy, to znaczy, że dla Niego „małe” jest polem walki o wieczność. Pobożność, która próbuje ominąć pojednanie, jest pobożnością, która próbuje ominąć Boga.


I dlatego ten fragment – jeśli czytać go po ojcowsku, a nie dekoracyjnie – kończy się wezwaniem do trzeźwości. Nie bój się wymagań Ewangelii; bój się połowiczności. Nie uciekaj w formalność; uciekaj od niezgody. Nie próbuj znaleźć sprytnej szczeliny między Prawem a łaską, jakby łaska była wytrychem do sumienia. Łaska jest mocą do spełnienia. A miłość, którą Duch Święty wlewa w serce, jest nie tyle uczuciem, ile posłuszeństwem, które staje się światłem dla innych. Bo w chrześcijaństwie ostatecznie nie chodzi o to, by mieć rację w interpretacji. Chodzi o to, by wypełnić to, co się rozumie, i nauczać tego, czym się naprawdę żyje.

Michał Jędryka

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor
-->