Bydgoszcz Dzisiaj 17:48 | Redaktor
Spór o bydgoski dąb: Czy zieleń przegra z rowerami?

fot. Google street view

Ponadstuletni dąb u zbiegu ulic Moniuszki i Ogińskiego może zostać wycięty w związku z przygotowywaną inwestycją rowerową. Sprawę jako pierwszy opisał Andrzej Tyczyno z „Gazety Wyborczej”. To kolejny sygnał, że w Bydgoszczy spór o zieleń nie jest już tylko sporem o pojedyncze drzewa, ale o kierunek rozwoju miasta.

Ponad 120 lat historii, prawie trzy metry obwodu pnia na wysokości 130 cm, korona rozpięta na kilkanaście metrów i miejsce w finale plebiscytu na Bydgoskie Drzewo Roku 2025. Tak w największym skrócie można opisać dąb szypułkowy rosnący u zbiegu ulic Moniuszki i Ogińskiego. Teraz drzewo może zniknąć, bo znalazło się w kolizji z projektem drogi rowerowej.

Sprawę szczegółowo opisał Andrzej Tyczyno z bydgoskiej „Gazety Wyborczej”. Warto to wyraźnie odnotować: to kolega z „Wyborczej” pierwszy zebrał dokumenty, stanowiska społeczników i urzędników oraz pokazał, jak wieloletnie drzewo zostało wpisane w logikę inwestycyjnej procedury. Z jego ustaleń wynika, że dąb, mimo bardzo dobrej kondycji, został przeznaczony do usunięcia przy okazji budowy trasy rowerowej z Bartodziejów w stronę Śródmieścia.

Drzewo „jak z książki”

W tekście „Gazety Wyborczej” przywołano głos 11-letniego ucznia Szkoły Podstawowej nr 31, który niemal codziennie mija to drzewo. Chłopiec, dowiadując się o planowanej wycince, miał powiedzieć, że to „drzewo jak z książki”. Trudno o trafniejsze określenie. Nie chodzi bowiem o przypadkową samosiejkę, którą można bez większej straty zastąpić sadzonką z katalogu.

Według danych przytoczonych przez Marzenę Błaszczyk, przewodniczącą Stowarzyszenia MODrzew – Monitoring Obywatelski Drzew, obwód pnia dębu przy gruncie wynosi 445 cm, a na wysokości pierśnicy 294 cm. Drzewo ma około 12,5 metra wysokości, a jego korona osiąga rozpiętość około 14 metrów. To okaz stary, zdrowy i cenny przyrodniczo.

Co więcej, miejska ogrodnik Bogna Rybacka miała początkowo sprzeciwić się wycince. W dokumentach cytowanych przez „Gazetę Wyborczą” zwracano uwagę, że dąb jest w bardzo dobrej kondycji, nie wykazuje oznak osłabienia, ma wyjątkowe walory estetyczne i pełni ważne funkcje środowiskowe. Wprost wskazywano również, że brakuje racjonalnego uzasadnienia dla usunięcia takiego okazu.

Procedura silniejsza od drzewa?

Jak wynika z materiału Andrzeja Tyczyno, ostatecznie przeważyły argumenty drogowe. ZDMiKP miał powołać się na przepisy dotyczące odległości drzewa od krawędzi jezdni. W tej logice drzewo staje się „przeszkodą” w skrajni drogi, nawet jeśli rosło tam wcześniej niż niejeden współczesny układ komunikacyjny miasta.

To jest właśnie sedno problemu. Miasto nieustannie deklaruje troskę o zieleń, retencję, walkę z upałami i jakość życia, ale gdy przychodzi do konkretnej inwestycji, wieloletnie drzewo nagle przegrywa z tabelą, normą i projektem. Papier — jak wiadomo — zniesie wszystko. Drzewo już nie.

Według ustaleń „Wyborczej” kluczowe decyzje zapadły wcześniej, bo dąb znalazł się na liście drzew przewidzianych do usunięcia już w decyzji środowiskowej podpisanej w 2022 roku. Późniejsze zezwolenie na realizację inwestycji drogowej miało w praktyce domknąć sprawę formalnie.

To nie jest pojedynczy przypadek

Sprawa dębu u zbiegu Moniuszki i Ogińskiego dobrze wpisuje się w szerszą dyskusję, którą „Tygodnik Bydgoski” prowadzi od dawna. Niedawno publikowaliśmy rozmowę z Anną Rembowicz-Dziekciowską, byłą szefową Miejskiej Pracowni Urbanistycznej w Bydgoszczy, dotyczącą projektu planu ogólnego miasta. Już wcześniej opisywaliśmy jej krytyczne uwagi wobec tego dokumentu.

Rembowicz-Dziekciowska ostrzegała, że projekt planu ogólnego w wersji z kwietnia 2026 roku może otwierać drogę do nadmiernego dogęszczania zabudowy, ograniczania zieleni i pogorszenia jakości życia mieszkańców. W artykule Tygodnika wskazywaliśmy, że szczególnie poważne zarzuty dotyczą m.in. zmniejszania wymaganego udziału powierzchni biologicznie czynnej, zwiększania dopuszczalnej intensywności zabudowy i lekceważenia problemu miejskich wysp ciepła. Zobacz tutaj

To samo pytanie wraca teraz w skali jednego skrzyżowania: czy zieleń jest realnym elementem planowania miasta, czy tylko ładnym dodatkiem do prezentacji? Jeśli stuletnie, zdrowe drzewo można uznać za przeszkodę, to mieszkańcy mają prawo pytać, ile warte są deklaracje o zielonej Bydgoszczy.

Bydgoszcz już raz uratowała drzewa

Ta historia ma też swój bydgoski precedens. W 2017 roku „Tygodnik Bydgoski” mocno zaangażował się w obronę kasztanowców na placu Kościeleckich. Wtedy również urzędnicy chcieli usunąć ponadstuletnie drzewa. Pisaliśmy o sprawie, pytaliśmy o podstawy decyzji, publikowaliśmy argumenty ekspertów i zachęcaliśmy mieszkańców do poparcia petycji.  zobacz

Tamta akcja zakończyła się zwycięstwem. Wojewódzki konserwator zabytków nie zgodził się na wycinkę. Jak wyjaśniał później, z ekspertyzy wynikało, że kasztanowce nie muszą być usunięte, lecz wymagają redukcji koron dla poprawy statyki. Drzewa więc zostały.  zobacz

I stoją do dziś. Co więcej, po rewitalizacji placu Kościeleckich miasto samo chwaliło się, że wiekowe kasztanowce zostały zachowane, a po zmroku są podświetlone. W 2023 roku zapowiadano, że istniejące drzewa pozostaną, a w 2024 roku ratusz informował już o zakończeniu prac i eleganckiej zieleni placu.  zobacz

To ważna lekcja. Gdyby wtedy przyjąć urzędniczą logikę bez sprzeciwu, dziś na placu Kościeleckich mielibyśmy zapewne kilka młodych nasadzeń i wspomnienie po cieniu, którego nie da się odtworzyć przez kilkadziesiąt lat. Tymczasem stare kasztanowce ocalały i stały się jednym z atutów odnowionego miejsca.

Rowerzyści przeciw drzewom? Fałszywy wybór

W sprawie dębu przy Moniuszki i Ogińskiego szczególnie łatwo wpaść w pułapkę fałszywego sporu: rowery albo drzewa. To nie tak. Bydgoszcz potrzebuje dobrej infrastruktury rowerowej. Potrzebuje jej tym bardziej, im bardziej chce ograniczać ruch samochodowy i poprawiać jakość życia w centrum.

Ale dobra polityka miejska polega właśnie na tym, by nie przeciwstawiać jednego dobra drugiemu. Droga rowerowa nie powinna oznaczać automatycznego wyroku dla zdrowego, ponadstuletniego drzewa. Jeżeli projekt wymaga wycięcia takiego okazu, to naturalne pytanie brzmi: czy naprawdę wyczerpano wszystkie warianty alternatywne?

Zwłaszcza że — jak wynika z opisu sprawy — już wcześniej pojawiały się sugestie przesunięcia przejścia dla pieszych i poszukiwania rozwiązań pozwalających zachować drzewo. Skoro przy placu Kościeleckich udało się połączyć remont, retencję, funkcję komunikacyjną i ochronę starych drzew, to bydgoszczanie mogą oczekiwać podobnej determinacji także tutaj.

Stare drzewa nie rosną na zamówienie

Najłatwiej w polityce miejskiej obiecać „nasadzenia zastępcze”. Brzmi urzędowo, schludnie, niemal pocieszająco. Problem w tym, że małe drzewko posadzone po wycince nie zastępuje drzewa stuletniego. Nie daje tego samego cienia, nie chłodzi tak samo przestrzeni, nie ma tej samej wartości krajobrazowej, historycznej i przyrodniczej.

Stare drzewa w mieście są jak stare kamienice. Można je zaniedbać, można uznać za kłopot, można znaleźć przepis, który ułatwi ich usunięcie. Ale kiedy znikną, nie da się ich po prostu „odbudować” w następnym sezonie budżetowym.

Dlatego sprawa dębu z Moniuszki i Ogińskiego powinna stać się czymś więcej niż lokalnym protestem. Powinna być testem dla bydgoskiej polityki zieleni. Czy miasto rzeczywiście chce chronić dojrzałe drzewa, czy tylko sadzić nowe tam, gdzie stare przegrały z projektem?

Na placu Kościeleckich udało się kiedyś powiedzieć: stop. Dziś tamte kasztanowce są żywym dowodem, że warto było walczyć. Teraz podobne pytanie wraca przy Moniuszki i Ogińskiego. I znów nie chodzi tylko o jedno drzewo. Chodzi o to, czy Bydgoszcz będzie miastem, które potrafi budować bez niepotrzebnego niszczenia tego, co rosło tu długo przed nami.

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor
-->