Plan na miasto czy plan na... mur-beton? Burzliwe konsultacje o przyszłości Bydgoszczy
fot. własne
Miał być plan ogólny, a wyszła rozmowa o lęku przed betonem, śmieciami, zabudową Górek Fordońskich i przyszłością terenów po Zachemie. Podczas jedynego otwartego spotkania konsultacyjnego, mieszkańcy pytali nie tylko o zapisy dokumentu, ale przede wszystkim o to, jaką Bydgoszcz miasto chce im zostawić.
Inne z kategorii
Spotkanie otwarte urbaniści vs mieszkańcy
18 czerwca na sali w Młynach Rothera nie było tłumów. Byli za to ci, którzy w planie ogólnym zobaczyli coś więcej niż techniczny dokument z kolorowymi strefami. Dla jednych to mapa przyszłości miasta. Dla innych — klucz, który może otworzyć drzwi do decyzji trudnych do odwrócenia.
Padały pytania o Górki Fordońskie, korytarze wietrzenia miasta, tereny pozachemowskie, gospodarkę odpadami, nowe strefy infrastrukturalne i zabudowę w miejscach, które mieszkańcy uważają za przyrodniczo lub środowiskowo wrażliwe. Padały też słowa mocniejsze: betonoza, śmieci, skażenie, bezpieczeństwo.
Urzędnicy przekonywali, że plan nie jest rewolucją, lecz rozwinięciem dotychczasowych dokumentów. Mieszkańcy nie podzielali tego optymizmu. Odpowiadali, że jeśli dokument jest tak ważny, powinien być zrozumiały nie tylko dla urbanistów.
Plan, którego mieszkańcy nie potrafią przeczytać
Jednym z pierwszych problemów, który wybrzmiał podczas spotkania, była sama czytelność planu ogólnego. Mieszkańcy mówili wprost, że dokument jest trudny do zrozumienia. Nie chodziło tylko o język, ale także o sposób pokazania skutków planu: wysokości zabudowy, funkcji terenów, korytarzy powietrznych i ekologicznych.
Z dużym trudem, mimo że włożyłam w to dużo wysiłku, zaczęłam studiować ten plan ogólny — mówiła jedna z uczestniczek spotkania.
Urbanistka, Anna Rembowicz-Dziekciowska, pytała planistów, jak na podstawie dokumentu można zrozumieć, „jaka ma być Bydgoszcz”. Interesowały ją nie tylko pojedyncze działki, ale całościowa wizja miasta: gdzie będą wysokie budynki, jak zmieni się krajobraz, czy zachowane zostaną korytarze wietrzenia i korytarze ekologiczne.
To pytanie wracało jak refren. Bo dla mieszkańców plan ogólny nie jest abstrakcją. To dokument, który może zdecydować, czy za kilka lat za oknem będzie zieleń, droga, blok, hala albo instalacja związana z odpadami.
Dyrektor Miejskiej Pracowni Urbanistycznej Grzegorz Rosa przyznał w rozmowie, że zapisy planu są skomplikowane i mogą budzić obawy, bo są dla mieszkańców nieczytelne. Tłumaczył jednak, że wynika to z obowiązujących przepisów i narzuconych standardów. Bydgoszcz, podobnie jak inne gminy w Polsce, musi zostać podzielona na określone strefy, opisana językiem rozporządzenia.
Problem w tym, że mieszkańcy nie pytali tylko o technikę sporządzania dokumentu. Interesowały ich skutki.
Górki Fordońskie. Rezerwa pod rozwój czy płuca Fordonu?
Największe emocje wzbudził temat Górek Fordońskich. Dla mieszkańców pobliskich osiedli to nie jest pusta przestrzeń na mapie. To miejsce spacerów, biegania, dziecięcych zabaw, kontaktu z przyrodą i codziennego odpoczynku bez konieczności wyjeżdżania z miasta.
Jeden z mieszkańców dzielnicy opowiadał, że Górki zna od dziecka. Chodził tam na sanki, na łyżwy, na zajęcia w plenerze. Dziś biega tam i korzysta z tych terenów rekreacyjnie. Obawia się, że zabudowa osłabi naturalne przewietrzanie okolicznych osiedli, ograniczy retencję wody i zwiększy ryzyko problemów podczas intensywnych opadów.
Górki Fordońskie, przynajmniej dla tej części Fordonu, są takimi płucami — mówił.
W jego ocenie miasto ryzykuje utratę czegoś, co przez dekady tworzyło się naturalnie: zieleni, zakrzewień, częściowo także terenów podmokłych i miejsc, w których woda może wsiąkać w grunt. W zamian mieszkańcy mogą dostać osiedle reklamowane jako „blisko zieleni”, tyle że tej zieleni będzie mniej.
Urzędnicy odpowiadali, że plan nie zakłada zabudowania samej skarpy. Jak tłumaczył dyrektor MPU, zbocze fordońskie ma pozostać wyłączone z zabudowy, a w sąsiedztwie skarpy przewidziano strefy zieleni i rekreacji. Zabudowa ma pojawiać się dalej, być stopniowana i uzupełniona klinami zieleni.
Według miejskich planistów chodzi o uporządkowanie procesu, który i tak już trwa, bo część gruntów na górnym tarasie Fordonu jest prywatna, a właściciele występują o warunki zabudowy i pozwolenia na budowę. Miasto chce więc, jak przekonywano, stworzyć ramy dla zabudowy mniej intensywnej i bardziej przyjaznej dla otoczenia.
Inwentaryzacji przyrodniczej nie było?
Mieszkańców te wyjaśnienia nie uspokoiły. Pytali, czy przed wskazaniem tych terenów przeprowadzono szczegółową inwentaryzację przyrodniczą. Chcieli wiedzieć, jakie gatunki roślin i zwierząt tam występują i czy sprawdzono wpływ planowanej zabudowy na temperaturę, wodę, przewietrzanie oraz miejską wyspę ciepła.
Odpowiedź była techniczna: wykonano ekofizjografię i prognozę oddziaływania na środowisko, ale szczegółowa inwentaryzacja każdego gatunku nie była prowadzona. Urzędnicy tłumaczyli, że nie jest wymagana i przy tak dużym obszarze oraz napiętych terminach procedury, byłaby praktycznie niemożliwa.
Dla części uczestników spotkania brzmiało to jak przyznanie, że decyzje o przyszłości ważnego przyrodniczo terenu podejmowane są bez wiedzy, której mieszkańcy oczekiwali.
Betonoza, drogi i pytanie o sens rozwoju
Wątek Górek Fordońskich szybko połączył się z szerszą dyskusją o betonowaniu miasta. Mieszkańcy pytali, po co planować nowe tereny pod zabudowę, skoro Bydgoszcz mierzy się z problemami demograficznymi.
Jedna z uczestniczek zwróciła uwagę na różnicę między prognozami a założeniami planistycznymi. Pytała, skąd w dokumentach bierze się liczba 360 tysięcy mieszkańców, skoro inne wyliczenia wskazywały niższy poziom. W jej ocenie planowanie miasta pod życzeniowy wzrost liczby mieszkańców może prowadzić do niepotrzebnego otwierania kolejnych terenów inwestycyjnych.
Nie można robić planu zagospodarowania przestrzennego pod myślenie życzeniowe — mówiła.
Inna mieszkanka wspomniała o betonie, drogach, ulicy Kamiennej i terenach zielonych, które — jej zdaniem — powinny być chronione, a nie poświęcane pod kolejne inwestycje. Przypominała, że miasto przyjazne mieszkańcom to nie tylko nowe budynki i szersze ulice, ale też miejsca do życia, odpoczynku i oddychania.
Czy Bydgoszcz otworzy się na śmieci?
Drugim dużym tematem była gospodarka odpadami. Wątpliwości dotyczyły przede wszystkim stref infrastrukturalnych, szczególnie na terenach pozachemowskich. Część mieszkańców i społeczników obawia się, że takie zapisy mogą w przyszłości ułatwić lokalizowanie przedsięwzięć związanych z przetwarzaniem odpadów, w tym odpadów niebezpiecznych.
Ten wątek wywołał napięcie, bo w Bydgoszczy temat odpadów nie jest teoretyczny. Padały przypomnienia o wcześniejszych sporach dotyczących lokalizacji instalacji odpadowych i o tym, że plan ogólny będzie prawem miejscowym. A skoro będzie prawem, to jego zapisy mogą mieć realne znaczenie przy kolejnych inwestycjach.
Mieszkańcy pytali, czy strefy infrastrukturalne nie otworzą furtki do przedsięwzięć związanych z gospodarką odpadami na znacznie większą skalę niż dotychczas. Pojawiła się obawa, że Bydgoszcz może stać się miejscem, do którego trafiać będą odpady nie tylko z regionu, ale także z innych części Polski czy Europy.
Przedstawiciele MPU odpowiadali, że gospodarka odpadami jest pojęciem szerokim i nie oznacza wyłącznie spalarni. Wskazywali, że może chodzić także o legalnie działające instalacje, przetwarzanie opakowań czy działalność magazynową. Tłumaczyli również, że plan ogólny nie zawsze pozwala wykluczyć bardzo precyzyjnie poszczególne funkcje.
Dla mieszkańców właśnie to było problemem. Jeśli dokument nie pozwala czegoś jednoznacznie wykluczyć, to czy daje wystarczającą ochronę przed inwestycjami, których lokalna społeczność nie chce?
Tereny po Zachemie. Stare skażenia, nowe pytania
Szczególnie mocno wybrzmiał także temat terenów pozachemowskich. To jeden z najbardziej obciążonych symbolicznie obszarów miasta. Dla wielu bydgoszczan nie jest zwykłą plamą na mapie, ale miejscem kojarzonym z przemysłową przeszłością, skażeniami i pytaniem o odpowiedzialność.
W materiałach i wypowiedziach społeczników pojawił się zarzut, że ogniska skażenia z terenów po Zachemie nie zostały ujęte w nowych planach, ponieważ nie figurują w rejestrze GDOŚ. A nie figurują — jak twierdzą aktywiści — bo nie przeprowadzono odpowiednich badań. Ich zdaniem brak wpisania takich miejsc choćby jako terenów zdegradowanych może w przyszłości utrudnić starania o badania i remediację.
To pytanie brzmi prosto: jeśli plan nie widzi problemu, to kto później będzie chciał go rozwiązywać?
W tle pojawił się również temat Łęgnowa Wsi i terenów oznaczanych jako infrastrukturalne. Mieszkańcy pytali, jakie funkcje faktycznie mogą tam powstać i dlaczego określone obszary są tak kwalifikowane. W przestrzeni społecznej pojawiły się nawet spekulacje dotyczące możliwości lokalizacji małej elektrowni jądrowej, choć podczas spotkania najważniejsze były nie tyle same plotki, ile brak jednoznacznego poczucia bezpieczeństwa po stronie mieszkańców.
Wiele odpowiedzi było formalnych, ale nie zawsze uspokajających.
Planistyczny język kontra mieszkańcy
Spotkanie pokazało zderzenie dwóch światów. Po jednej stronie byli planiści, którzy mówili o strefach, wskaźnikach, profilach funkcjonalnych, intensywności zabudowy, powierzchni biologicznie czynnej i obowiązkach wynikających z ustawy. Po drugiej mieszkańcy, którzy pytali o drzewa, wodę, dzieci, oddychanie, śmieci, skażenia i to, co zobaczą za oknem.
Obie strony mówiły o tym samym mieście, ale często innymi językami.
Urzędnicy podkreślali, że działają w granicach przepisów, a plan ogólny musi być przygotowany według określonych standardów. Mieszkańcy odpowiadali, że plan nie może być dokumentem zrozumiałym wyłącznie dla specjalistów, bo jego skutki będą ponosić wszyscy.
To pytanie o sens konsultacji. Bo jeśli przeciętny mieszkaniec nie jest w stanie samodzielnie odczytać, co plan oznacza dla jego osiedla, działki, ulicy czy terenów zielonych, to trudno mówić o realnym udziale społecznym.
Mało ludzi, dużo emocji
Choć w czasie blisko 3-godzinnego spotkania sala nie pękała w szwach, ciężar tematów był ogromny. Mówiono o przyszłości Fordonu, terenach po jednej z największych przemysłowych traum Bydgoszczy, możliwym rozwoju gospodarki odpadami, zieleni, wodzie, demografii i bezpieczeństwie.
Mieszkańcy przyszli nie tylko z pytaniami, ale i pokaźnym zasobem nieufności. Bo, choć urzędnicy zapwniali, że chodzi jedynie o ogólny plan, to właśnie w takich dokumentach zapisuje się przyszłość miasta.
Niektórzy bydgoszczanie niedowierzali zapewnieniom , że „betonozy nie ma”. Nieufnie podchodzą także do stref, które mogą oznaczać coś zupełnie innego dla planisty, a zupełnie innego dla człowieka mieszkającego obok.
Pytanie, które zostało na sali
Z konsultacji wyłania się nie tylko spór o konkretne miejsca, ale też większe pytanie: czy bydgoszczanie mogą poczuć, że to naprawdę ich plan na rozwój miasta i czy urzędnicy wezmą pod uwagę ich doświadczenie?
Czwartkowe spotkanie otwarte w Młynach Rothera było jedynym takim wydarzeniem w czasie trwających konultacji społecznych. Chętni mogą jednak porozmawiać z urzędnikami w ramach dyżurów w siedzibie Miejskiej Pracowni Urbanistycznej przy ul. Grudziądzkiej 9-15. Dyżury zaplanowano 10, 12, 15, 22 i 25 czerwca oraz 1 lipca.
Uwagi do projektu planu ogólnego można składać do 6 lipca 2026 roku za pomocą formularza udostępnionego przez Pracownię na stronie internetowej. Przyjmowane są w formie elektronicznej i pisemnej.