Historia Dzisiaj 15:16 | Michał Jędryka
Bohaterowie książki przyszli na spotkanie. Autor walczy o życie w szpitalu po udarze

fot. własne

Miało to być spotkanie autora z bohaterami jego najnowszej książki. Stefan Pastuszewski zaprosił ludzi, których losy opisał w publikacji o bydgoskiej młodzieży walczącej z komunizmem w latach osiemdziesiątych. Sam jednak nie dotarł. Z powodu udaru znalazł się w ciężkim stanie w szpitalu. Promocja książki zamieniła się więc w spotkanie pamięci, wdzięczności i modlitwy.

13 czerwca 2026 roku odbyło się w Bydgoszczy spotkanie poświęcone książce Stefana Pastuszewskiego „Bydgoska młodzież na »barykadach« lat osiemdziesiątych XX wieku”. Już od pierwszych minut było jasne, że nie będzie to zwykła promocja wydawnicza. Nie będzie autorskiej opowieści, pytań do autora, podpisywania książek i spokojnego powrotu do dawnych zdarzeń.

Autor, który tę książkę przygotowywał, który gromadził relacje, porządkował pamięć i zaprosił na spotkanie jej bohaterów, sam nie mógł przyjść. Jak poinformowano zebranych, Stefan Pastuszewski przebywa w szpitalu po udarze. Jego stan określono jako ciężki.

Ta wiadomość zmieniła wszystko. Spotkanie, zaplanowane jako promocja książki, stało się czymś znacznie bardziej przejmującym: wspólnym byciem tych, których młodość przypadła na czas stanu wojennego, konspiracji, ulotek, przesłuchań, Mszy za ojczyznę i ryzyka, z autorem nieobecnym fizycznie, ale obecnym w każdym wypowiedzianym tego dnia zdaniu.

Stefan Pastuszewski napisał książkę o młodych bydgoszczanach, którzy w latach osiemdziesiątych nie pogodzili się z systemem komunistycznym. To nie jest tylko publikacja historyczna w zwykłym sensie tego słowa. To próba ocalenia pamięci o środowisku, które przez lata pozostawało na uboczu wielkich narracji o „Solidarności”.

W książce pojawiają się licealiści, studenci, młodzi kolporterzy, drukarze, uczestnicy manifestacji, autorzy ulotek i pism podziemnych. Są ci, którzy malowali napisy na murach, rozwieszali transparenty, przenosili wydawnictwa drugiego obiegu, spotykali się przy kościele jezuitów, tworzyli małe grupy oparte na zaufaniu. Wtedy mieli po kilkanaście albo dwadzieścia kilka lat. Dziś — jak padło podczas spotkania — mają już siwiznę na skroniach, włosów mniej, ale pamięć nadal żywą.

Ta książka była dla Pastuszewskiego ważna. Z rozmów poprzedzających jej wydanie wynikało, że bardzo zależało mu właśnie na spotkaniu z ludźmi, których historie zebrał. Chciał, by mogli się zobaczyć, rozpoznać po latach, dopowiedzieć swoje wspomnienia, może sprostować szczegóły, może po prostu usiąść razem i powiedzieć: to my.

Tego dnia to zdanie rzeczywiście wybrzmiało, choć w tonie innym, niż wszyscy się spodziewali.

Spotkanie rozpoczęło się od informacji, że planowana formuła nie może zostać utrzymana. Nieobecność Stefana Pastuszewskiego sprawiła, że zamiast typowej promocji książki uczestnicy zostali zaproszeni do wspólnego zdjęcia, rozmów w mniejszych grupach i przede wszystkim do modlitwy za autora.

Przekazano również informacje o Mszach świętych odprawianych w jego intencji. Jedna z nich związana była z tradycją mszy za ojczyznę u jezuitów, druga została zapowiedziana w parafii Stefana Pastuszewskiego na Czyżkówku.

W pewnym momencie uczestnicy powstali i odmówili modlitwę za Stefana Pastuszewskiego, jego rodzinę i bliskich. W miejscu, gdzie miała być rozmowa o książce, pojawiła się cisza i prośba o zdrowie autora. Był to moment, w którym historia opisana w książce przestała być zamkniętym rozdziałem. Stała się czymś żywym, osobistym, bolesnym.

Podczas spotkania odczytano fragment recenzji książki przygotowanej przez dr. Grzegorza Wasińskiego. Przypomniano w niej, że Bydgoszcz w okresie PRL nie była miejscem szczególnie sprzyjającym działalności opozycyjnej. Silna obecność wojska, Milicji Obywatelskiej i aparatu bezpieczeństwa oznaczała większą kontrolę niż w wielu innych ośrodkach.

Młodzi ludzie, którzy angażowali się w działalność antykomunistyczną, musieli liczyć się z obserwacją, przesłuchaniami, problemami w szkole, utrudnieniami w dostępie do studiów, a czasem także z represjami wobec rodzin. W takich warunkach działalność opozycyjna wymagała odwagi, ostrożności i działania w małych, zaufanych środowiskach.

I właśnie ten paradoks Bydgoszczy został mocno podkreślony: im większa kontrola, tym silniejsza u części młodzieży potrzeba buntu. Nie chodziło o bunt dla samego buntu. Chodziło o wolność, niepodległość, prawdę i solidarność pisaną jeszcze nie jako hasło z podręcznika, ale jako konkretne ryzyko.

Szczególnie poruszająca była wypowiedź prof. Piotra Kostyły, jednego z uczestników spotkania. Nazwał to spotkanie momentem „dekonspiracji”. W książce pojawiają się imiona, nazwiska, pseudonimy, relacje. Ale dopiero tego dnia wielu ludzi mogło spotkać się twarzą w twarz i zobaczyć, że ich osobne historie tworzyły wspólną opowieść.

Mówił o zaufaniu, jakie łączyło nastoletnich ludzi podejmujących działania wymierzone w system oparty na przemocy, strachu i inwigilacji. Mówił też o wdzięczności wobec autora, który sprawił, że to środowisko mogło wreszcie „patrzeć na siebie” i rozpoznać się jako wspólnota pamięci.

W tej wypowiedzi nie było triumfalizmu. Była raczej powaga człowieka, który wie, że młodzieńcze decyzje z lat osiemdziesiątych nie były zabawą w konspirację, choć młodość miała w sobie także radość, przyjaźń, energię i śmiech. Były wyborem moralnym. Były odmową zgody na to, by wolność, odzyskana na chwilę w czasie pierwszej „Solidarności”, została bez oporu odebrana.

Książka Stefana Pastuszewskiego pokazuje, że bydgoska młodzieżowa opozycja nie była przypisem do „dorosłej” historii „Solidarności”. Miała własny język, własne formy działania, własny temperament. Była bardziej radykalna, bardziej spontaniczna, czasem mniej rozsądna, ale właśnie przez to wnosiła do oporu społecznego energię, której nie da się zastąpić żadną strukturą.

W książce pojawia się ważna intuicja: młodzi nie zawsze decydowali o głównym biegu wydarzeń, ale ratowali honor pokolenia i miasta. W Bydgoszczy, mieście często opisywanym jako ostrożne, wojskowe, kontrolowane i „ułożone”, byli tacy, którzy tej ostrożności nie przyjęli jako programu życia.

Dlatego spotkanie z 13 czerwca miało wymiar głębszy niż promocja publikacji. Było przypomnieniem, że historia miasta nie składa się wyłącznie z nazwisk zapisanych na tablicach, decyzji polityków i oficjalnych rocznic. Składa się także z ulotek suszonych po pokojach, farby na murach, ryzyka wyrzucenia ze szkoły, nocnych rozmów, mszy za ojczyznę, małych grup i wielkiego zaufania.

Najbardziej przejmujące było jednak to, że człowiek, który tę pamięć zebrał i uporządkował, nie mógł uczestniczyć w jej publicznym odsłonięciu. Stefan Pastuszewski zaprosił bohaterów swojej książki, ale tego dnia to oni przyszli niejako do niego — przez modlitwę, wdzięczność i obecność.

Trudno o bardziej symboliczny obraz: autor, który całe życie uczestniczył w bydgoskim życiu publicznym, badał je, komentował, spierał się z nim i je opisywał, w chwili promocji swojej książki był nieobecny. A jednak to właśnie jego praca zgromadziła ludzi w jednym miejscu.

Ktoś powiedział, że gdy Stefan wydobrzeje, będzie jeszcze chciał nanosić poprawki do książki. To zdanie zabrzmiało jak zwyczajna nadzieja, ale też jak bardzo trafny portret autora. Bo są ludzie, którzy nawet wtedy, gdy napiszą książkę, wiedzą, że pamięć trzeba dalej sprawdzać, dopowiadać, porządkować i ocalać.

13 czerwca w Bydgoszczy nie odbyła się zwykła promocja książki. Odbyło się spotkanie ludzi, którzy kiedyś byli młodzi na barykadach lat osiemdziesiątych. I którzy dziś, po latach, przyszli nie tylko po książkę. Przyszli dać świadectwo, że tamta młodość, choć dawno minęła, nie była daremna.

Przypominamy też wywiad, jakiego Stefan Pastuszewski udzielił Tygodnikowi kilka tygodni wcześniej. 

-->